Nie sądziłem, że ten dzień wyróżni się z pozostałych, jeśli nie licząc podróży do tej wioski. Był to zwyczajny, szary dzień jak każdy inny, podczas których ludzie pracują, a Inkwizycja szuka nieludzi. Przyjechałem do tej wioski, by odwiedzić starego przyjaciela mojego ojca oraz kupić gwoździe. Mogłem je zakupić gdzie indziej, ale w tej wiosce produkowano najlepsze, dlatego mogłem załatwić dwie sprawy za jednym zamachem. Podróż minęła szybko, dlatego nim się obejrzałem, byłem na miejscu. Przywitać mnie przyjechał starszy mężczyzna ze swoją żoną, oraz malutką wnuczką. Dziewczynka mnie nie znała, dlatego stała u boku swej babci i uważnie mi się przyglądała.
Wydusiłem z siebie sztuczny uśmiech, kiedy mężczyzna do mnie podszedł.
- Witaj Aerandirze, im jesteś starszy, tym bardziej przypominasz ojca – odkąd on umarł, widzieliśmy się ze trzy razy. Zawsze do niego przyjeżdżałem pomóc w czymś, można powiedzieć, że to tradycja mojego ojca, którą odziedziczyłem. Za każdym razem mówił to samo, a ja wiedziałem, że kłamie. Mój ojciec był potężnym mężczyzną, silnym i bardzo przystojnym, ja przypominałem matkę, miałem nawet jej budowę, która niezbyt umożliwiała mi nabranie masy (ale to nie oznacza, że wcale jej nie miał).
Zmusiłem się do uścisku dłoni z dziadkiem oraz z babcią, która posłała mi serdeczny uśmiech. Potem kucnąłem obok dziewczynki.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aerandir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aerandir. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 czerwca 2019
niedziela, 10 lutego 2019
Od Aerandira do Reece - W poszukiwaniu szczęścia
Pokiwałem powoli głową, ciągle patrząc mu w oczy. Nie chciałem myśleć, co takiego zrobił, w końcu w konflikt można popaść w wiele sposób: wyzwać kogoś, poniżyć, okraść, odmówić, zabić… a po co mam wiedzieć? W końcu nie zamierzałem się z nim zaznajamiać na długie lata. Mężczyzna się odwrócił i wybrał drogę, a ja ruszyłem za nim, kompletnie nie mając pojęcia, gdzie się znajdowałem, tym bardziej, że po ciemku wszystko wydawało się dokładnie takie same, jakby wszędzie były porozstawiane lustra. Przez chwilę szliśmy w ciszy, między drzewami, zostawiając za sobą ślady w śniegu. W końcu dotarliśmy do jakiejś drogi; przynajmniej takie miałem wrażenie, ponieważ drzewa przed nami były bardziej odsunięte w bok, zamiast stać przed naszymi nosami. Biała ścieżka była co jakiś czas oświetlana przez słabe światło księżyca, który wychodził zza chmur, by znowu się za nimi skryć.
- Jak się nazywasz? - usłyszałem pytanie, które wybudziło mnie z monotoniczności naszego zadania. Przestałem nasłuchiwać sów, skrzypienia śniegu i świstu wiatru. Przez chwilę milczałem.
- Aerandir – odpowiedziałem po paru krokach. - A ty? - także wolałem znać imię mojego nieznanego towarzysza, choćby tylko po to, by wypełnić czymś to wspomnienie na przyszłe lata.
- Reece – odparł. Znowu zapadła cisza. Ponownie nasłuchiwałem otoczenia, przypominając sobie jego słowa o śledzeniu. Czy ktoś naprawdę mógł nas podglądać? Jeśli tak, czemu teraz nie zaatakują? Teren na pewno jest bezpieczny, przynajmniej miałem takie wrażenie. Nie słyszałem niczego podejrzanego, nawet nie musiałem się bać, gdyż taka osoba jak ja, nie ma czego. - Co robiłeś tak właściwie w lesie o tej porze? - zadał po chwili, a ja zacząłem się zastanawiać, czy powiedzieć prawdę, gdyż mimo wszystko „oglądałem gwiazdy i zasnąłem na drzewie” brzmiało w pewien sposób śmiesznie i nienaturalnie; przynajmniej tak to odbierali inni ludzie.
- Poszedłem się przejść, aż straciłem poczucie czasu. Dopiero po fakcie zauważyłem, że zabłądziłem – wytłumaczyłem. Słowa te w pewien sposób oddawały prawdy, ale jej nie przekazały. Idealnie. Szliśmy już długo, zacząłem się zastanawiać, czy chłopak zna drogę, bo jeśli tak, naprawdę daleko się zapuściłem, aż sobie przypomniałem, że mówił o okrężnej drodze. Po chwili zauważyłem blade światło na niebie, które nie mogło być wynikiem ogniska czy jakiejś tam gwiazdki. Musieliśmy się zbliżać do miasta.
- Miałeś szczęście trafiając na mnie – stwierdził.
- Racja – odparłem krótko, nie mogąc się doczekać zamknięcia w swoich czterech ścianach.
Jednak to, co się wydarzyło w zaledwie trzy sekundy, mogło zmienić moje plany. Okrążyło nas parę osób, było ich niewielu, a dwóch z nich podsunęło pod nasze gardła jakieś ostrza. Zatrzymałem się, czując lekkie ukłucie na szyi.
- Nareszcie cię mamy… - usłyszałem czyjś głos. Od razu się domyśliłem, że słowa te zostały skierowane do towarzysza. Przełknąłem ślinę, na chwilę zamykając oczy. Chociaż wiedziałem, że nic mi się nie stanie, nie mogłem się pozbyć lekkiego strachu, który dalej we mnie siedział.
- A co z tym drugim? - usłyszałem innym głosem. Poczułem na sobie spojrzenia obcych ludzi.
- Zabić każdego świadka – odparł suchym głosem.
Nie poczułem niczego, ale widziałem kątem oka, jak czyjaś dłoń sięgnęła do mojego karku, a po chwili jego właściciel został odrzucony do tyłu na drzewo. Zrobiło się zamieszanie, gdzieś obok błysnął ogień, a strzała zatrzymała się przed moją twarzą. Została złamana.
<Reece?>
- Jak się nazywasz? - usłyszałem pytanie, które wybudziło mnie z monotoniczności naszego zadania. Przestałem nasłuchiwać sów, skrzypienia śniegu i świstu wiatru. Przez chwilę milczałem.
- Aerandir – odpowiedziałem po paru krokach. - A ty? - także wolałem znać imię mojego nieznanego towarzysza, choćby tylko po to, by wypełnić czymś to wspomnienie na przyszłe lata.
- Reece – odparł. Znowu zapadła cisza. Ponownie nasłuchiwałem otoczenia, przypominając sobie jego słowa o śledzeniu. Czy ktoś naprawdę mógł nas podglądać? Jeśli tak, czemu teraz nie zaatakują? Teren na pewno jest bezpieczny, przynajmniej miałem takie wrażenie. Nie słyszałem niczego podejrzanego, nawet nie musiałem się bać, gdyż taka osoba jak ja, nie ma czego. - Co robiłeś tak właściwie w lesie o tej porze? - zadał po chwili, a ja zacząłem się zastanawiać, czy powiedzieć prawdę, gdyż mimo wszystko „oglądałem gwiazdy i zasnąłem na drzewie” brzmiało w pewien sposób śmiesznie i nienaturalnie; przynajmniej tak to odbierali inni ludzie.
- Poszedłem się przejść, aż straciłem poczucie czasu. Dopiero po fakcie zauważyłem, że zabłądziłem – wytłumaczyłem. Słowa te w pewien sposób oddawały prawdy, ale jej nie przekazały. Idealnie. Szliśmy już długo, zacząłem się zastanawiać, czy chłopak zna drogę, bo jeśli tak, naprawdę daleko się zapuściłem, aż sobie przypomniałem, że mówił o okrężnej drodze. Po chwili zauważyłem blade światło na niebie, które nie mogło być wynikiem ogniska czy jakiejś tam gwiazdki. Musieliśmy się zbliżać do miasta.
- Miałeś szczęście trafiając na mnie – stwierdził.
- Racja – odparłem krótko, nie mogąc się doczekać zamknięcia w swoich czterech ścianach.
Jednak to, co się wydarzyło w zaledwie trzy sekundy, mogło zmienić moje plany. Okrążyło nas parę osób, było ich niewielu, a dwóch z nich podsunęło pod nasze gardła jakieś ostrza. Zatrzymałem się, czując lekkie ukłucie na szyi.
- Nareszcie cię mamy… - usłyszałem czyjś głos. Od razu się domyśliłem, że słowa te zostały skierowane do towarzysza. Przełknąłem ślinę, na chwilę zamykając oczy. Chociaż wiedziałem, że nic mi się nie stanie, nie mogłem się pozbyć lekkiego strachu, który dalej we mnie siedział.
- A co z tym drugim? - usłyszałem innym głosem. Poczułem na sobie spojrzenia obcych ludzi.
- Zabić każdego świadka – odparł suchym głosem.
Nie poczułem niczego, ale widziałem kątem oka, jak czyjaś dłoń sięgnęła do mojego karku, a po chwili jego właściciel został odrzucony do tyłu na drzewo. Zrobiło się zamieszanie, gdzieś obok błysnął ogień, a strzała zatrzymała się przed moją twarzą. Została złamana.
<Reece?>
niedziela, 27 stycznia 2019
Od Aerandira do Reece - W poszukiwaniu szczęścia
Po skończonej pracy zacząłem wracać do domu. Wieczór był dość ciepły jak na tę porę roku, słońce powoli chowało się za horyzontem, a ludzie zamiast wracać do swoich domów, oni wychodzili na zewnątrz. Wsadziłem ręce do kieszeni, zwiesiłem głowę w dół i udając, że nikogo nie widzę, przeszedłem na drugą stronę, gdzie było mniej ludzi. Powozy ciągnące przez konie musiały się raptownie zatrzymywać. Słyszałem w moim kierunku wiele wyzwisk, ale ja dalej udawałem, że jestem sam na tym świecie. Dopiero gdy znalazłem się po drugiej stronie, wszedłem w uliczkę, by całkowicie odciąć się od ludzi.
~ Szukasz problemów? ~ usłyszałem głos w głowie, na co wzruszyłem ramionami.
- Po prostu tam jest za dużo ludzi - stwierdziłem idąc przed siebie. Wyszedłem z uliczki na inną ulicą wiedząc, że wydłużyłem sobie drogę do domu. Z obojętną miną ruszyłem w odpowiednim kierunku, ale istot było nadal dla mnie za dużo. Najpierw masa ludzi i osób w pracy, a teraz po niej, gdy powinno się w tym czasie relaksować. Znowu skręciłem w uliczkę, mając nadzieję, że nie pomylę dróg, gdy na drodze stanęło mi trzech mężczyzn.
- Oddawaj pieniądze - powiedzieli. Stanąłem i zadarłem głowę do góry. Słabe światło ostatnich promieni słonecznych oświetliło ich brzydkie wykrzywione twarze i dłonie, w których trzymali drewnianą broń. - Nie słyszałeś? Oddawaj pieniądze - westchnąłem. Miałem ochotę znaleźć się w swoich czterech ścianach, zamknąć się na klucz i odłączyć od świata, niestety jakieś przybłędy ubzdurały sobie, że oddam im swoje monety. Nic bardziej mylnego. Stałem w miejscu i czekałem, aż wykonają ruch. Aby pospieszyć ich ruchy, wzruszyłem ramionami.
- Głuchy jesteś?! - jeden z nich podszedł do mnie i gdy chciał mnie złapać za kołnierz, został odepchnięty do tyłu.
- Jeszcze się stawia - odezwał się drugi. Podniósł drewnianą pałkę i zamachnął się nią w moim kierunku, ona jednak odbiła się od niewidzialnej bariery i uderzyła w głowę swego pana. Nie czekając na tego trzeciego, ruszyłem przed siebie. Nie widziałem, co zrobił, ale usłyszałem łomot. Wtedy wyszedłem z zaułku i wkroczyłem na piaskową dróżkę. Spojrzałem przed siebie, przede mną rozciągał się las, a za mną królestwo, w którym miałem swój dom i do którego miałem iść. Plany szlak trafił przez te skracanie drogi. Po parę razy rzuciłem okiem na las i na budynki, aż w końcu spojrzałem w niebo. Tak bardzo mnie kusiło, by pooglądać gwiazdy, ale w zacisznym miejscu, pozbawionym żywych istot. W tym celu odwróciłem się do natury i poszedłem do lasu. Tak nie zwracając uwagi na kierunek, drogę czy ile się oddalam od cywilizacji, szukałem odpowiedniego drzewa, z masą grubych gałęzi. Gdy takowe znalazłem po jakimś czasie, wspiąłem się na nie, aż na sam czubek. Usiadłem wygodnie i parzyłem w gwiazdy, mając przed sobą rozciągający się las, a gdzieś tam w oddali światło ogniska. Zadarłem głowę do góry i rozmyślałem.
Nie mam pojęcia, ile czasu tu spędziłem, straciłem rachubę czasu, aż ziewnąłem. To dało mi znać, że powinienem iść spać. Zacząłem schodzić z drzewa, jednak to zawsze jest trudniejsze od wchodzenia. Noga mi się powinęła i puściłem gałąź, lecąc na ziemie. W ostatniej chwili niewidzialna postać mnie złapała i odstawiła na ziemię.
- Dzięki - szepnąłem.
~ Uważaj lepiej ~ odezwała się w mojej głowie, na co skinąłem głową. Zacząłem wracać, obrałem jakiś kierunek, ale... nie miałem pojęcia gdzie idę. Podczas mojego błądzenia, zauważyłem jakąś postać. Księżyc słabo oświetlał sylwetkę, widziałam tylko parę błyszczących się złotych oczu. Nie miałem nic do stracenia.
- Przepraszam - odezwałem się. - Zgubiłem się, czy możesz mnie wyprowadzić z lasu? Najlepiej do Królestwa Du'Courteu.
<Reece? c;>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Template by...
Eilay
Zireael Graphic
Zireael Graphic