Uważnie nasłuchiwałam słów Searila chodząc przy tym niespokojnie w tą i z powrotem. Co prawda nie mówił zbyt wiele, postawił raczej na rękoczyny, co i tak mało poskutkowało. Niecierpliwie czekałam na jakąkolwiek odpowiedź ze strony wytatuowanego, ale ten uważał całą tą sytuację za jakąś gierkę, w której miał przewagę, a przecież to on sterczał obolały i przywiązany do drzewa. Spodziewałam się, że nie będzie chciał gadać, ale zawsze mam w sobie tą głupią nadzieję. Muszę nauczyć się, że nie zawsze to działa jak powinno. Krążąc tak w pobliżu jasnowłosego wbijałam spojrzenie w ziemię zastanawiając się jak sprawić żeby nieznajomy cokolwiek powiedział. Nawet jakiś głupi żart, z którego udałoby się nam wywnioskować resztę faktów. Miałam w głowie już prawie wszystko poukładane gdy to usłyszałam głośne chrząknięcie przez co przystałam i spojrzałam w kierunku reszty. Widać było po skrzywionej minie naszego więźnia, że nieźle przed chwilą oberwał i mogłam przysiąc, że był gotów coś wyśpiewać. Searil pokazał na co go stać, więc może zbieg się jednak namyślił. Zamiast tego jego skrzywiony wyraz twarzy szybko zmienił się w rozbawiony. Dało się nawet dosłyszeć jego cichy i drwiący śmiech. W tym momencie straciłam wszelką cierpliwość, a także pozbyłam się z głowy swojego wcześniejszego planu. Wyrwałam do przodu wyciągając z pasa spodni krótki, ale niesamowicie ostry sztylet i wymijając mojego pomocnika, dopadłam do niewolnika. Nastąpiłam mu grubym obcasem na palce u stóp co dodatkowo dodało mi kilka centymetrów i bez problemu znajdowałam się twarzą w twarz z mężczyzną. Przystawiłam mu nóż do gardła, a jego ostrze zahaczyło o bladą skórę tworząc na niej lekkie rozcięcie. Sztylet naprawdę był ostry, gdyż ledwo dotknął on krtani, a już pozostawił krwawy ślad.
- Nie będziemy się tak bawić - warknęłam mocniej zgniatając palce faceta, na co tylko lekko zmarszczył brwi - Albo zaczniesz gadać do rzeczy albo nie będziemy już tacy łaskawi - dodałam mając nadzieję, że Searila stać na więcej i gdy będzie trzeba popisze się swoimi umiejętnościami.
- To nie ja się tutaj bawię - wzruszył ramionami patrząc na mnie pobłażliwie jak na małe dziecko - Tracisz na mnie swój cenny czas - parsknął starając się poruszyć palcami, ale wtedy na chwilę uniosłam piętę, żeby zaraz ponownie mocno zgnieść jego stopę.
- Czasu mam pod dostatkiem, nie martw się. Za to twój dobiega końca - odparłam gniewnie w końcu odsuwając się od faceta przy okazji rozcinając mocniej jego szyję jednak nie na tyle, żeby uszkodzić tętnicę.
Cofnęłam się do Searila i odwróciłam plecami do drzewa nie chcąc, żeby zbieg do niego przywiązany mnie słyszał.
- Wiem, że to strata czasu, ale muszę się czegoś dowiedzieć... Czegokolwiek - westchnęłam odwracając wzrok - Ciebie jednak to nie dotyczy, więc zrozumiem jeżeli odejdziesz - dodałam kierując się w stronę swojej chaty, która była stąd dobrze widoczna.
Weszłam do środka mocno zatrzaskując drzwi, przez co wszystkie meble się zatrzęsły, a przedmioty zagrzechotały. Oparłam się o drzwi i zjechałam po nich do pozycji siedzącej opuszczając przy tym głowę ze zmęczenia. Bez bicia się przyznam, że cierpliwością nie grzeszę, ale po tylu latach w końcu udało mi się natrafić na jakiś trop. Wcześniej podróżowałam tylko bez celu i wypytywałam przypadkowych ludzi, ale ci albo mnie spławiali albo uważali za mało godną zaufania. Cóż im się dziwić, jeżeli przestaję ufać sama sobie. Najwidoczniej ochota zemsty na tyle mną zawładnęła, że przestaję odczuwać cokolwiek poza gniewem i frustracją. Mogłabym się zwyczajnie poddać i dać zakłamanemu ojcowi żyć dalej, ale po co, skoro mogę pomścić matkę jak należy? Zrezygnowana wplotłam palce we włosy i cicho westchnęłam starając się odzyskać zdrowy rozsądek i szybko ułożyć dalszy plan działania. Przypomniałam sobie znak na ramieniu faceta i nagle wszystko stało się jasne i całkiem proste. Skoro skrzydła były poobdzierane z piór znaczy to, że jest łowcą czy może nawet zabójcą aniołów, a tak się składa, że ja również pragnę śmierci jednego z nich. W ułamku sekundy odzyskałam wiarę i podniosłam się szybko z podłogi niemalże wybiegając z chaty.
- Wiem co może się u.. - zaczęłam z podekscytowaniem jednak spostrzegłam, że Searil posłuchał mnie i odszedł.
W głębi miałam nadzieję, że jednak został i zdecydował się mi pomóc. Z drugiej strony mówiłam prawdę. Nie dotyczyło go to, a ja nie chciałam zawracać mu głowy swoimi sprawami. Pokręciłam więc szybko głową oczyszczając umysł i podeszłam do mojego więźnia.
- Zapytam inaczej. Zdaje mi się, że nie cierpisz aniołów? - uniosłam jedną brew zdając sobie sprawę, że odtąd muszę ukrywać to, że ja również jestem po części jednym z nich - Otóż tak się składa, że jeden podpadł mi na tyle, że jego śmierć bardzo by mnie zadowoliła, a dla ciebie to zapewne codzienność.
- I co niby będę z tego miał? Skąd masz pewność, że wpierw nie zabiję ciebie? - zmarszczył brwi znudzony kopiąc podeszwą buta w ziemię.
Racja, tego nie wiedziałam. Zwróciłam jednak uwagę na jego całkiem opłakany stan w postaci wielu sińców, rozcięć i nadmiaru krwi na ubraniach.
- Bo jeżeli spróbujesz, to wtedy ja zabiję ciebie - odparłam unosząc wysoko głowę jakby chcąc pokazać swoją przewagę. Może i marna to była pogróżka, ale nic innego nie zostało - O wynagrodzeniu porozmawiamy po drodze.
Zdołałam powiedzieć tylko tyle, gdyż chwilę później usłyszałam dźwięk pękania liny. Zdezorientowany mężczyzna oswobodził swoje ramiona uśmiechając się chytrze, ale jego mina zaraz zrzedła, gdy tym razem związano mu ręce za plecami twardym i zimnym łańcuchem. Uniosłam spojrzenie na wysoką sylwetkę jasnowłosego i poczułam ulgę. Cały czas byłam zdania, że on niepotrzebnie się w to wszystko miesza, ale jednocześnie wiedziałam, że bez niego byłoby dosyć ciężko.
- No, to w którą stronę do tego królestwa? - zapytał z uśmiechem Searil zaciskając twarde łańcuchy na nadgarstkach niewolnika. Jego skrzywiona mina wskazywała również na to, że musiały one wyrządzać mu nieprzyjemny ból. Wysiliłam się na lekki uśmiech w stronę chłopaka.
<Searil? No to w drogę c:>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nauka latania i zaufania.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nauka latania i zaufania.... Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 lutego 2019
sobota, 9 lutego 2019
Od Searila do Yennefer - Nauka latania i zaufania...
Mój uparty aniołek przyznał, że potrzebuje pomocy z tym ciałami. I niestety w trakcie wspólnego zakopywania zwłok, jeden ze zbirów nie wyzionął ducha. Kobieta postanowiła go utrzymać przy życiu, co naprawdę mi nie odpowiadało. Jakichkolwiek informacji potrzebowała, nie cierpię przesłuchań. Wyciąganie z kogoś informacji, zwłaszcza z tak parszywych organizacji graniczyło z cudem. Oczywiście będzie musiało się użyć przemocy, zejdzie jej to nawet do kilku dni, tygodni jeśli okaże się naprawdę wytrzymałym typem. Nie próbowałem już rozmawiać z Yennefer, w jakikolwiek sposób komentować to wszystko. Straciłem na to nastrój, a uświadomienie jej, że to co robi jest bezsensowne. Nawet jeśli chciała go zastraszyć cierpieniem bliskimi, to nie miała jak tego zrobić. Wątpię w to, by miała kontakty na tyle by ustalić wszystkie niezbędne informacje. To strata czasu na takiego szaraka.
-Dziękuję - wydukała cicho pod nosem. Dla poprawy humoru musiałem ją trochę przydusić. Drugi raz mogę tego nie usłyszeć. Satysfakcjonujące kiedy jednak tak sroga kobieta potrafi powiedzieć ci dziękuję.
-O co masz zamiar go wypytać - zapytałem z nutą powagi, jednak na mojej twarzy nadal igrał niebezpieczny uśmieszek.
- Lider gildii, do której należę wspominał o tych znakach - wzruszyła ramionami. To zbyt błachy powód do przesłuchania.
-Ale nie o to chodzi - zwróciłem jej uwagę wprost. Jest kiepska jeśli chodzi o kłamanie.
-Może mieć ważne dla mnie informacje, okay? - poczułem, że to dość drażliwy temat. Chociaż kto ją tam wie, kobiety raczej lubią wyolbrzymiać. - Szukam czegoś, a od dawna nie miałam żadnego tropu aż do dzisiaj. Nie zaprzepaszczę takiej okazji - podeszła do przywiązanego mężczyzny.
Nasz chwilowy kolega patrzył na nas spod byka. Ostry kolor jego oczu mocno kontrastował z jego trupio-bladą skórą. Gdzieniegdzie spod ubrań widać było siniaki czy blizny. Ból będzie odczuwał mocniej. Z mojej wstępnej analizy budowy ciała wynika też, że nie jest istotą nadludzką. Jest prawdopodobieństwo, że się mylę ale to zwykły człowiek. Ściągnąłem brwi ku sobie i ruszyłem stanąć tuż obok Yennefer. Tatuaże na jego głowie, biegnące aż po kark i szyję napawały mnie jakimś dziwnym niepokojem. Zastanawiał mnie też jeden symbol: skrzydła poobdzierane z piór. Dla mnie kojarzył się z upadkiem aniołów, nefilimami i innymi aniołopodobnymi. “Drowy też mogą mieć swój symbol?”, zapytałem siebie w myślach. Po chwili jednak parsknąłem śmiechem przyciągając tym uwagę obu otaczających mnie postaci.
-Nikt jeszcze nie wytępił szaraków? - zakpił ze mnie myśląc, że nie odpłacę mu się w żaden sposób.
-Nikt jeszcze nie wytępił istot z IQ na poziomie węgla kopalnego? - uniosłem jedną brew ku górze zbliżając się do mężczyzny. - Słuchaj, zróbmy to szybko i bezboleśnie, a może zafundujemy ci piękną śmierć. Co ty na to? - zniżyłem głowę do jego poziomu.
Nieznajomy jedynie splunął, co mi niezbyt odpowiadało. Wyprostowałem się i z niewiarygodną szybkością kopnąłem go w brzuch. Chciał zgiąć się w pół ale liny skutecznie mu to uniemożliwiły. Zwiesił głowę mając nadzieję, że mu to coś da. Ze skwaszoną miną jednak zbyt szybko ją podniósł. Przekrzywiłem swoją lekko na bok z dziecinnym wyrazem.
-Uznajmy to, za wspaniały początek współpracy. Zadzierać z ‘szarakiem’ nie jest dobrym pomysłem. Wiedziałeś o tym? Ot, taka ci ciekawostka. Moje kolejne pytanie brzmi: z jakiego ugrupowania pochodzisz? Wiesz, bardzo nas interesuje kto był na tyle zuchwały zaatakować moją przyjaciółkę - z przyjaciółką sobie pozwoliłem skłamać, nie może mnie złapać za żadne słówko.
-Niech was to nie interesuje kim jestem - odparł pewny siebie. Pogroziłem mu palcem.
-Nie prosiłem o to, żebyś mi powiedział kim ty jesteś. Twoja jednostka mnie nie interesuje. Interesuje mnie wasze ugrupowanie. Wypadałoby słuchać co się mówi, bossa też w taki sposób traktujesz? - zacząłem bawić się swoim lekkim uzbrojeniem. Yennefer pozwoliła mi go zastraszyć, pobawić się z nim. Przynajmniej przez jakiś czas. Potem ona przejmie pałeczkę i wyciągnie od niego informacje dla siebie.
Nasz uparciuch milczał za co oberwał kopniakiem w twarz z półobrotu. Słychać było charakterystyczny chrupnięcie.
<Yennefer? ulegnie nam czy nie?>
-Dziękuję - wydukała cicho pod nosem. Dla poprawy humoru musiałem ją trochę przydusić. Drugi raz mogę tego nie usłyszeć. Satysfakcjonujące kiedy jednak tak sroga kobieta potrafi powiedzieć ci dziękuję.
-O co masz zamiar go wypytać - zapytałem z nutą powagi, jednak na mojej twarzy nadal igrał niebezpieczny uśmieszek.
- Lider gildii, do której należę wspominał o tych znakach - wzruszyła ramionami. To zbyt błachy powód do przesłuchania.
-Ale nie o to chodzi - zwróciłem jej uwagę wprost. Jest kiepska jeśli chodzi o kłamanie.
-Może mieć ważne dla mnie informacje, okay? - poczułem, że to dość drażliwy temat. Chociaż kto ją tam wie, kobiety raczej lubią wyolbrzymiać. - Szukam czegoś, a od dawna nie miałam żadnego tropu aż do dzisiaj. Nie zaprzepaszczę takiej okazji - podeszła do przywiązanego mężczyzny.
Nasz chwilowy kolega patrzył na nas spod byka. Ostry kolor jego oczu mocno kontrastował z jego trupio-bladą skórą. Gdzieniegdzie spod ubrań widać było siniaki czy blizny. Ból będzie odczuwał mocniej. Z mojej wstępnej analizy budowy ciała wynika też, że nie jest istotą nadludzką. Jest prawdopodobieństwo, że się mylę ale to zwykły człowiek. Ściągnąłem brwi ku sobie i ruszyłem stanąć tuż obok Yennefer. Tatuaże na jego głowie, biegnące aż po kark i szyję napawały mnie jakimś dziwnym niepokojem. Zastanawiał mnie też jeden symbol: skrzydła poobdzierane z piór. Dla mnie kojarzył się z upadkiem aniołów, nefilimami i innymi aniołopodobnymi. “Drowy też mogą mieć swój symbol?”, zapytałem siebie w myślach. Po chwili jednak parsknąłem śmiechem przyciągając tym uwagę obu otaczających mnie postaci.
-Nikt jeszcze nie wytępił szaraków? - zakpił ze mnie myśląc, że nie odpłacę mu się w żaden sposób.
-Nikt jeszcze nie wytępił istot z IQ na poziomie węgla kopalnego? - uniosłem jedną brew ku górze zbliżając się do mężczyzny. - Słuchaj, zróbmy to szybko i bezboleśnie, a może zafundujemy ci piękną śmierć. Co ty na to? - zniżyłem głowę do jego poziomu.
Nieznajomy jedynie splunął, co mi niezbyt odpowiadało. Wyprostowałem się i z niewiarygodną szybkością kopnąłem go w brzuch. Chciał zgiąć się w pół ale liny skutecznie mu to uniemożliwiły. Zwiesił głowę mając nadzieję, że mu to coś da. Ze skwaszoną miną jednak zbyt szybko ją podniósł. Przekrzywiłem swoją lekko na bok z dziecinnym wyrazem.
-Uznajmy to, za wspaniały początek współpracy. Zadzierać z ‘szarakiem’ nie jest dobrym pomysłem. Wiedziałeś o tym? Ot, taka ci ciekawostka. Moje kolejne pytanie brzmi: z jakiego ugrupowania pochodzisz? Wiesz, bardzo nas interesuje kto był na tyle zuchwały zaatakować moją przyjaciółkę - z przyjaciółką sobie pozwoliłem skłamać, nie może mnie złapać za żadne słówko.
-Niech was to nie interesuje kim jestem - odparł pewny siebie. Pogroziłem mu palcem.
-Nie prosiłem o to, żebyś mi powiedział kim ty jesteś. Twoja jednostka mnie nie interesuje. Interesuje mnie wasze ugrupowanie. Wypadałoby słuchać co się mówi, bossa też w taki sposób traktujesz? - zacząłem bawić się swoim lekkim uzbrojeniem. Yennefer pozwoliła mi go zastraszyć, pobawić się z nim. Przynajmniej przez jakiś czas. Potem ona przejmie pałeczkę i wyciągnie od niego informacje dla siebie.
Nasz uparciuch milczał za co oberwał kopniakiem w twarz z półobrotu. Słychać było charakterystyczny chrupnięcie.
<Yennefer? ulegnie nam czy nie?>
środa, 30 stycznia 2019
Od Yennefer do Searila - Nauka latania i zaufania...
Podniosłam się z ziemi z lekkim trudem, ale w końcu samodzielnie. Może i nieźle oberwałam, ale podniosę się zawsze sama, bo tylko na siebie mogę liczyć. Tego przynajmniej nauczyłam się po odkryciu całej prawdy. A propo samotności, ptak o którego zapytał Searil zniknął gdzieś odkąd zeskoczyłam facetowi na głowę. Nawet na nim nie mogę polegać.
- Jeżeli pytasz o Ferre to znika kiedy tylko ma okazję - odparłam poważnie i spojrzałam w tym samym kierunku, co facet - Wiesz co oznaczają? - zapytałam wskazując brodą na tatuaże ostatniego zabitego.
- Coś tam słyszałem - wzruszył ramionami i spojrzał na mnie - To co? Zabierasz się do pracy?
Przypomniał mi o czterech ciałach, które najlepiej byłoby gdzieś zakopać lub znaleźć jakikolwiek inny sposób aby się ich pozbyć. Niepewnym wzrokiem zlustrowałam wszystkie masywne cielska i głośno przełknęłam ślinę jednak po chwili wyprostowałam się i podeszłam do pierwszego. Złapałam go pod pachami i uniosłam na tyle ile pozwalała mi moja siła, czyli marne kilka centymetrów nad ziemią. Za wioską znajdują się lasy, w których raczej nikt nie urzęduje, więc można ich tam zakopać. Skierowałam się w tamtym kierunku ciągnąc martwego mężczyznę, który piętami zadzierał o ziemię. Wydawało mi się, że idzie mi całkiem nieźle i zaszłam całkiem daleko, ale gdy uniosłam głowę spostrzegłam, że oddaliłam się od Searila zaledwie 3 metry. Zrezygnowana opuściłam głowę i głośno westchnęłam. Chyba jednak będę zmuszona poprosić o pomoc.
- Co tak stoisz? Może mi pomożesz? - w mojej głowie te słowa brzmiały nieco przyjaźniej niż po tym, jak z trudem już wycedziłam je przez zęby.
- Jak sobie aniołek życzy - uniósł kącik ust i podszedł odpychając mnie lekko, a potem sam złapał martwego pod pachami - Poradzę sobie. Idź po kolejnego - dodał po czym pociągnął zwłoki dalej.
Pokiwałam lekko głową wycierając ręce z krwi przebitego mieczem i ukucnęłam przy tym, którego ogłuszyłam jako pierwszego. Zdjęłam mu z głowy kaptur, który zasłaniał znaki wytatuowane czarnym i granatowym atramentem. Większość z nich wyglądało na jakieś litery nie znanego mi wcześniej języka, ale były tam również wymalowane czarne skrzydła poobdzierane z piór. Skoro ci tutaj aniołami nie są, a nie są na pewno to znaczy, że muszą na nie polować albo przynajmniej ich bardzo nienawidzić. Szczerze to się im nawet nie dziwię. Niektóre aniołki nie są takie święte jak być powinny. W głowie jednak zaświeciła mi się lampka. Skoro szukają aniołów to na pewno muszą wiedzieć, gdzie znajduje się ich królestwo. Obejrzałam szybko jego obrażenia i nie wyglądały na tak poważne, więc teoretycznie powinien żyć. Nie myliłam się, gdyż chwilę później facet szybkim ruchem wyciągnął rękę i pociągnął mnie za włosy. Jęknęłam trochę to ze zdziwienia, trochę z bezradności, a trochę nawet z bólu gdy to jeszcze poczułam jak skutecznie zablokował mnie nogam i przystawił nóż do gardła. Gdy to on będzie miał nade mną przewagę, na pewno nie wydobędę z niego żadnych informacji. Na moje szczęście w miarę szybko Searil był już z powrotem. Gdy zorientował się co ma miejsce, nieoczekiwanie wyciągnął z kieszeni shurikena, który poleciał w stronę trzymającego mnie zbira i wylądował głęboko w jego ramieniu. Zdezorientowany złapał się od razu za ramię wypuszczając przy tym nóż, który i tak zaczepił o mój na szczęście policzek. Wykorzystałam chwilę jego nieuwagi i przewróciłam go twarzą do ziemi jednocześnie przygniatając go do niej.
- Koniec tej zabawy - zniecierpliwiony mężczyzna gotów był wyjąć miecz.
- Zaczekaj! - zatrzymałam go wyciągając dłoń w jego stronę - Przyda mi się żywy - odparłam mocniej wciskając mu kolano w plecy na co burknął niezadowolony.
- Jak chcesz - nie rozumiał, ale dał mi wolną rękę, za co byłam mu wdzięczna - Ale trzeba zająć się resztą.
Pokiwałam głową szybko wymyślając plan jak na dłużej przytrzymać faceta, żeby nie prysnął.
Chwilę później był już mocno przywiązany wytrzymałą liną do pobliskiego drzewa, a reszta ciał została zakopana gdzieś w lesie. Zajęło nam to kilka godzin. W tym czasie zdążyło się rozjaśnić, a las wyglądał na tyle przyjemnie, że nikt nie spodziewałby się, że gdzieś na jego terenie zakopano trzy martwe ciała. Wracaliśmy z Searilem do przywiązanego typa, abym w końcu go mogła przesłuchać. Po drodze było dosyć cicho, ale stwierdziłam, że zdobędę się na coś, czego zazwyczaj nie robię.
- Dziękuję - wydukałam odwracając wzrok w przeciwną stronę.
- Hm? Coś mówiłaś? - dopytał nastawiając ucha, a dobrze wiedziałam, że mnie usłyszał.
- Dziękuję! - odparłam głośniej wywracając oczami.
- A więc jednak potrafisz - zrobił wielkie oczy, po czym cicho się zaśmiał - O co masz zamiar go wypytać?
- Lider gildii, do której należę wspominał o tych znakach - odparłam wzruszając ramionami starając się odbiec od moich prawdziwych intencji.
- Ale tobie nie chodzi o to - od razu zauważył i to nie pierwszy raz, przez co ponownie zaczyna działać mi na nerwy.
- Może mieć ważne dla mnie informacje, okej? - przytrzymałam się widząc, że zbliżamy się do drzewa - Szukam czegoś, a od dawna nie miałam żadnego tropu aż do dzisiaj. Nie zaprzepaszczę takiej okazji - wyjaśniłam odwracając się w stronę przywiązanego mężczyzny. Wciąż zastanawiałam się jak wyciągnąć z niego informacje, bo łatwe to na pewno nie będzie. Skrycie liczyłam na nikłą pomoc Searila chociaż w końcu nie zdobyłam się na to, żeby o nią poprosić.
<Searil? Send help>
- Jeżeli pytasz o Ferre to znika kiedy tylko ma okazję - odparłam poważnie i spojrzałam w tym samym kierunku, co facet - Wiesz co oznaczają? - zapytałam wskazując brodą na tatuaże ostatniego zabitego.
- Coś tam słyszałem - wzruszył ramionami i spojrzał na mnie - To co? Zabierasz się do pracy?
Przypomniał mi o czterech ciałach, które najlepiej byłoby gdzieś zakopać lub znaleźć jakikolwiek inny sposób aby się ich pozbyć. Niepewnym wzrokiem zlustrowałam wszystkie masywne cielska i głośno przełknęłam ślinę jednak po chwili wyprostowałam się i podeszłam do pierwszego. Złapałam go pod pachami i uniosłam na tyle ile pozwalała mi moja siła, czyli marne kilka centymetrów nad ziemią. Za wioską znajdują się lasy, w których raczej nikt nie urzęduje, więc można ich tam zakopać. Skierowałam się w tamtym kierunku ciągnąc martwego mężczyznę, który piętami zadzierał o ziemię. Wydawało mi się, że idzie mi całkiem nieźle i zaszłam całkiem daleko, ale gdy uniosłam głowę spostrzegłam, że oddaliłam się od Searila zaledwie 3 metry. Zrezygnowana opuściłam głowę i głośno westchnęłam. Chyba jednak będę zmuszona poprosić o pomoc.
- Co tak stoisz? Może mi pomożesz? - w mojej głowie te słowa brzmiały nieco przyjaźniej niż po tym, jak z trudem już wycedziłam je przez zęby.
- Jak sobie aniołek życzy - uniósł kącik ust i podszedł odpychając mnie lekko, a potem sam złapał martwego pod pachami - Poradzę sobie. Idź po kolejnego - dodał po czym pociągnął zwłoki dalej.
Pokiwałam lekko głową wycierając ręce z krwi przebitego mieczem i ukucnęłam przy tym, którego ogłuszyłam jako pierwszego. Zdjęłam mu z głowy kaptur, który zasłaniał znaki wytatuowane czarnym i granatowym atramentem. Większość z nich wyglądało na jakieś litery nie znanego mi wcześniej języka, ale były tam również wymalowane czarne skrzydła poobdzierane z piór. Skoro ci tutaj aniołami nie są, a nie są na pewno to znaczy, że muszą na nie polować albo przynajmniej ich bardzo nienawidzić. Szczerze to się im nawet nie dziwię. Niektóre aniołki nie są takie święte jak być powinny. W głowie jednak zaświeciła mi się lampka. Skoro szukają aniołów to na pewno muszą wiedzieć, gdzie znajduje się ich królestwo. Obejrzałam szybko jego obrażenia i nie wyglądały na tak poważne, więc teoretycznie powinien żyć. Nie myliłam się, gdyż chwilę później facet szybkim ruchem wyciągnął rękę i pociągnął mnie za włosy. Jęknęłam trochę to ze zdziwienia, trochę z bezradności, a trochę nawet z bólu gdy to jeszcze poczułam jak skutecznie zablokował mnie nogam i przystawił nóż do gardła. Gdy to on będzie miał nade mną przewagę, na pewno nie wydobędę z niego żadnych informacji. Na moje szczęście w miarę szybko Searil był już z powrotem. Gdy zorientował się co ma miejsce, nieoczekiwanie wyciągnął z kieszeni shurikena, który poleciał w stronę trzymającego mnie zbira i wylądował głęboko w jego ramieniu. Zdezorientowany złapał się od razu za ramię wypuszczając przy tym nóż, który i tak zaczepił o mój na szczęście policzek. Wykorzystałam chwilę jego nieuwagi i przewróciłam go twarzą do ziemi jednocześnie przygniatając go do niej.
- Koniec tej zabawy - zniecierpliwiony mężczyzna gotów był wyjąć miecz.
- Zaczekaj! - zatrzymałam go wyciągając dłoń w jego stronę - Przyda mi się żywy - odparłam mocniej wciskając mu kolano w plecy na co burknął niezadowolony.
- Jak chcesz - nie rozumiał, ale dał mi wolną rękę, za co byłam mu wdzięczna - Ale trzeba zająć się resztą.
Pokiwałam głową szybko wymyślając plan jak na dłużej przytrzymać faceta, żeby nie prysnął.
Chwilę później był już mocno przywiązany wytrzymałą liną do pobliskiego drzewa, a reszta ciał została zakopana gdzieś w lesie. Zajęło nam to kilka godzin. W tym czasie zdążyło się rozjaśnić, a las wyglądał na tyle przyjemnie, że nikt nie spodziewałby się, że gdzieś na jego terenie zakopano trzy martwe ciała. Wracaliśmy z Searilem do przywiązanego typa, abym w końcu go mogła przesłuchać. Po drodze było dosyć cicho, ale stwierdziłam, że zdobędę się na coś, czego zazwyczaj nie robię.
- Dziękuję - wydukałam odwracając wzrok w przeciwną stronę.
- Hm? Coś mówiłaś? - dopytał nastawiając ucha, a dobrze wiedziałam, że mnie usłyszał.
- Dziękuję! - odparłam głośniej wywracając oczami.
- A więc jednak potrafisz - zrobił wielkie oczy, po czym cicho się zaśmiał - O co masz zamiar go wypytać?
- Lider gildii, do której należę wspominał o tych znakach - odparłam wzruszając ramionami starając się odbiec od moich prawdziwych intencji.
- Ale tobie nie chodzi o to - od razu zauważył i to nie pierwszy raz, przez co ponownie zaczyna działać mi na nerwy.
- Może mieć ważne dla mnie informacje, okej? - przytrzymałam się widząc, że zbliżamy się do drzewa - Szukam czegoś, a od dawna nie miałam żadnego tropu aż do dzisiaj. Nie zaprzepaszczę takiej okazji - wyjaśniłam odwracając się w stronę przywiązanego mężczyzny. Wciąż zastanawiałam się jak wyciągnąć z niego informacje, bo łatwe to na pewno nie będzie. Skrycie liczyłam na nikłą pomoc Searila chociaż w końcu nie zdobyłam się na to, żeby o nią poprosić.
<Searil? Send help>
piątek, 25 stycznia 2019
Od Searila Do Yennefer - Nauka latania i zaufania...
Kobieta nie miała najwyraźniej poczucia humoru, bo mogłaby chociażby wyśmiać moje teksty. Przyznaję, że momentami są naprawdę beznadziejnie ale otwarcie mi o tym mówią. Istota zachowywała się okropnie formalnie, bez serca. Nie chcąc więc dłużej się męczyć, odszedłem tak jak chciała. Kiedy zniknęła mi z oczu mój uśmiech zastąpiła zrzędnięta mina. Łaziłem po lesie prawdę mówiąc bez celu. Miałem mocne wrażenie, że się rozmijałem z bandytami, których chciałem osobiście dorwać. Wspiąłem się na powrót na drzewo wylegując się na jednej z grubszych gałęzi. Gapiłem się przed siebie aż mimowolnie zasnąłem. Z braku laku było to zdecydowanie lepsze niż miałbym odwalić coś głupiego. A mogłem, sam nie wiem co ale mógłbym. Kiedy się zbudziłem z zdziwieniem odkryłem, że słońce schyla się już ku horyzontowi. Przymrużyłem oczy szybko kalkulując swoją pozycję.
-Wypadałoby już wrócić chyba - mruknąłem sam do siebie.
Ze swojego plecaka podróżnika wziąłem wodę i troszkę jedzenia, żeby mieć siłę wrócić do wioski. Sprawdziłem czy wszystko jest na swoim miejscu i udałem się w drogę powrotną. Nie zważałem na to, że jest noc i teoretycznie powinienem bacznie obserwować otoczenie. Szczerze miałem to gdzieś, nie oglądałem się wokół siebie. Ba, szedłem niczym te dumne dzieciaki co się niczego nie boją. Moją sielankę przerwały odgłosy walki. Udałem się w ich stronę odkrywając, że 3 mężczyzn już leży na ziemi, a 4 stoi nad postacią kobiety - mojej Yennefer. Jest, jest! Szansa z nieba! Zostanę bohaterem. Dobyłem swojego wspaniałego oręża i pewnym ruchem wbiłem ostrze w plecy, przeszywając ofiarę na wylot. To był tylko moment. Z zadowolonym uśmieszkiem rzuciłem ciało obok, a swój miecz wyczyściłem od krwi.
-Aniołek wplątał się w tarapaty? - nie ukrywam, że sprawiło mi to frajde.
-Nie prosiłam cię o pomoc - syknęła na co ja jedynie uniosłem lekceważąco brwi. - Na co się tak gapisz? - tym razem to ona uniosła brew.
Brawo, myślałem już, że te ostrą minę ma zawsze. Uniosłem ręce do góry w geście poddańczym wycofując się do tyłu.
-Skoro panienka nie chce mojej pomocy. Tylko… - zrobiłem krótką przerwę dla pewności rzucając 3 shurikeny w stronę pozostałych już truposzów. Faktycznie, tylko ich ogłuszyła.
-... teraz musisz sprzątnąć 4 ciała, żeby czasem nie zatruły swoim zapachem tego lasu. No i dojść do siebie, bo nieźle cię skatowali - zmierzyłem jej sylwetkę z dość nieodgadnionym wyrazem.
-Poradzę sobie i czuję się świetnie - rzuciła siląc się na samodzielne wstanie. Szło jej to mizernie, ale skoro twierdziła, że da radę to da radę. - Widzisz? -wycedziła przez zęby ukrywając ból. Lekko zgięta w pół ale stała.
-Widzę - przytaknąłem mało usatysfakcjonowany jej samodzielnością. - To teraz zajmij się nimi - kopnąłem lekko pierwszego lepszego.
Yennefer spojrzała na mnie ostro, a ja tylko swoją gestukulacją ją zachęcałem do tego czynu. Naprawdę nie miałbym za złe tego, jakby jednak poprosiła. To żadna ujma na honorze. Sam miałem delikatny problem z dwoma, bo dół musiał być odpowiedni i takie tam. Nie uczą mnie wiedzy teoretycznej w tej dziedzinie, a jednak mam tego świadomość. Kobieta również z pewnością taką świadomość ma.
-A gdzie twoje urocze ptaszysko?- spytałem jak gdyby nigdy nic. -Stęskniłem się za nim, może za ciebie wyrzuci tych zbirów? Niezłe ziółka z nich - zmarszczyłem brwi oglądając dziwne znaki. -Widywałem ładniejsze - skwitowałem.
<Yennefer? Nic na siłę XD>
-Wypadałoby już wrócić chyba - mruknąłem sam do siebie.
Ze swojego plecaka podróżnika wziąłem wodę i troszkę jedzenia, żeby mieć siłę wrócić do wioski. Sprawdziłem czy wszystko jest na swoim miejscu i udałem się w drogę powrotną. Nie zważałem na to, że jest noc i teoretycznie powinienem bacznie obserwować otoczenie. Szczerze miałem to gdzieś, nie oglądałem się wokół siebie. Ba, szedłem niczym te dumne dzieciaki co się niczego nie boją. Moją sielankę przerwały odgłosy walki. Udałem się w ich stronę odkrywając, że 3 mężczyzn już leży na ziemi, a 4 stoi nad postacią kobiety - mojej Yennefer. Jest, jest! Szansa z nieba! Zostanę bohaterem. Dobyłem swojego wspaniałego oręża i pewnym ruchem wbiłem ostrze w plecy, przeszywając ofiarę na wylot. To był tylko moment. Z zadowolonym uśmieszkiem rzuciłem ciało obok, a swój miecz wyczyściłem od krwi.
-Aniołek wplątał się w tarapaty? - nie ukrywam, że sprawiło mi to frajde.
-Nie prosiłam cię o pomoc - syknęła na co ja jedynie uniosłem lekceważąco brwi. - Na co się tak gapisz? - tym razem to ona uniosła brew.
Brawo, myślałem już, że te ostrą minę ma zawsze. Uniosłem ręce do góry w geście poddańczym wycofując się do tyłu.
-Skoro panienka nie chce mojej pomocy. Tylko… - zrobiłem krótką przerwę dla pewności rzucając 3 shurikeny w stronę pozostałych już truposzów. Faktycznie, tylko ich ogłuszyła.
-... teraz musisz sprzątnąć 4 ciała, żeby czasem nie zatruły swoim zapachem tego lasu. No i dojść do siebie, bo nieźle cię skatowali - zmierzyłem jej sylwetkę z dość nieodgadnionym wyrazem.
-Poradzę sobie i czuję się świetnie - rzuciła siląc się na samodzielne wstanie. Szło jej to mizernie, ale skoro twierdziła, że da radę to da radę. - Widzisz? -wycedziła przez zęby ukrywając ból. Lekko zgięta w pół ale stała.
-Widzę - przytaknąłem mało usatysfakcjonowany jej samodzielnością. - To teraz zajmij się nimi - kopnąłem lekko pierwszego lepszego.
Yennefer spojrzała na mnie ostro, a ja tylko swoją gestukulacją ją zachęcałem do tego czynu. Naprawdę nie miałbym za złe tego, jakby jednak poprosiła. To żadna ujma na honorze. Sam miałem delikatny problem z dwoma, bo dół musiał być odpowiedni i takie tam. Nie uczą mnie wiedzy teoretycznej w tej dziedzinie, a jednak mam tego świadomość. Kobieta również z pewnością taką świadomość ma.
-A gdzie twoje urocze ptaszysko?- spytałem jak gdyby nigdy nic. -Stęskniłem się za nim, może za ciebie wyrzuci tych zbirów? Niezłe ziółka z nich - zmarszczyłem brwi oglądając dziwne znaki. -Widywałem ładniejsze - skwitowałem.
<Yennefer? Nic na siłę XD>
środa, 23 stycznia 2019
Od Yennefer do Searila - Nauka latania i zaufania...
Zmarszczyłam brwi powoli opuszczając łuk, a gdy zauważyłam zniesmaczoną minę ptaszyska odpuściłam zupełnie. Nie jestem w stanie stwierdzić czy ten oto osobnik stanowił dla mnie zagrożenie, ale nie mogłam patrzyć jak zaciska paluchy na białych piórach mojego towarzysza. Przewiesiłam łuk z powrotem przez ramię i podeszłam pewnym krokiem, aby wydostać Ferre z objęć faceta. Uwolniwszy ptaka poczęłam bezsensownie układać jego potargane piórka przy okazji siląc się na dalszy dialog.
- Och, jakże mogłam nie słyszeć o sławnym Searilu, królu dupków - parsknęłam zerkając na niego tylko kątem oka, a udało mi się dostrzec jego poirytowanie. Zanim zdążył coś powiedzieć, zwyczajnie kontynuowałam - Jestem Yennefer i na pewno nie jestem anielicą - poprawiłam go czując obrzydzenie do tej jakże fałszywej rasy.
- No, w pewnym sensie chyba jesteś - stwierdził prychając śmiechem przejeżdżając wzrokiem po mojej sylwetce - Zresztą widziałem jak latałaś sobie, o tak - uniósł palec pokazując jak wznosi się do góry, a potem nagle spada i niby uderza o ziemię.
- Nie masz skrzydeł, więc nie wiesz jak to jest - burknęłam pomagając Ferre wspiąć się na moje ramię, po czym wyprostowana zwróciłam się w stronę jak się niedawno dowiedziałam - Searila.
- Owszem, nie mam, ale gdybym miał chyba umiałbym nimi kilka razy zatrzepotać - skrzyżował ramiona na piersi i nie utrzymywał ze mną kontaktu wzrokowego będąc jednak bardziej zainteresowanym znalezieniem jakiegoś wyjścia, aby się mnie pozbyć.
- Mogę się dowiedzieć co tutaj robisz? - podeszłam bliżej starając się zwrócić na siebie uwagę.
- Po co ci to wiedzieć, maleńka? - zmarszczył brwi uśmiechając się pobłażliwie - Jeżeli chcesz mnie zaprosić do siebie, to po prostu to powiedz.
Przewróciłam oczami nie mając siły na takie gadki, więc po prostu pokręciłam głową i usunęłam mu się z drogi. Wskazałam ręką przejście jakby chcąc go zachęcić, aby ruszył już dalej. Cokolwiek, aby stąd zniknął i więcej mnie nie drażnił. Mężczyzna skinął głową i zagadując jeszcze raz w jakiś głupi sposób, postawił kilka kroków w przód. Spojrzał na mnie ostatni raz przez ramię i zupełnie już zniknął za drzewami. Odetchnęłam z ulgą uspokajając przy tym kruka, który cały czas był jakoś dziwnie spięty. Szybko zapominając o wydarzeniach sprzed kilku minut, nasunęłam spory kaptur i ruszyłam w przeciwnym kierunku niż tamten koleś. Po drodze bacznie rozglądałam się dookoła w obawie, że spotkam dzisiaj jeszcze nie jednego takiego podejrzanego typa. W tych okolicach zazwyczaj nikogo nie ma, dlatego między innymi zatrzymałam się tu na nieco dłużej. Jak widać niedługo przyda się zmienić miejsce zamieszkania, bo pułapek jakoś nie chce mi się zakładać. Mam w tej chacie bardzo cenne rzeczy nawet, jak tylko dla mnie, to i tak muszę ich strzec. Strzec, przed takimi na przykład, jak ci masywni mężczyźni przebijający się przez leśną gęstwinę. Była ich czwórka i szli prosto w moją stronę, ale zanim udało im się mnie dostrzec, już bezszelestnie wspinałam się na drzewo. Przytrzymałam się na jednej wystarczająco grubej gałęzi i odwróciłam, aby lepiej przyjrzeć się śmiałkom. Nie bardzo mogłam rozpoznać ich twarzy, ale po znakach na ciele i ubraniach wywnioskowałam tyle, że nie mają dobrych zamiarów. Tak przynajmniej tłumaczył Lukas, gdy wyjaśniał od kogo lepiej trzymać się z daleka, a kogo bez wahania zabijać. Tym jednak darowałabym gdyby nie to, że kierowali się prosto do mojej chaty widocznie zainteresowani jej położeniem i tym, jakie sekrety mogła skrywać.
- Nie tak prędko - szepnęłam sama do siebie nakazując Ferre, aby podleciał bliżej po drodze wskazując mi drogę.
Było dosyć ciemno, a jego białe pióra w kontakcie ze światłem księżyca niemalże błyszczały idealnie oświetlając kolejne gałęzie, po których skakałam zbliżając się do chaty. Gdy byłam już wystarczająco blisko, sięgnęłam łuku i naciągnęłam strzałę z trucizną paraliżującą. Wycelowałam w pierwszego faceta, którego dłoń sięgała klamki mojej chaty. Po chwili obserwowałam jak strzała wbija się w ramię zbira, a trucizna powoli rozchodzi się po jego ciele uniemożliwiając mu poruszanie się. Pozostała trójka od razu zwróciła się w moją stronę, a raczej tam gdzie przed chwilą jeszcze siedziałam. Przeskoczywszy na kolejną gałąź wystrzeliłam kolejną strzałę, tym razem powodującą poparzenia. Skóra faceta zaczęła puchnąć i pojawiały się na niej liczne i nieprzyjemnie wyglądające bąble. Uśmiechnęłam się z satysfakcją i umieszczając łuk na plecach przystąpiłam do walki tym razem nie z ukrycia. Zeskoczyłam z drzewa lądując prosto na barkach zdezorientowanego olbrzyma. Owinęłam mu nogi wokół szyi i skutecznie przewróciłam go na ziemię obkręcając się z impetem. Z trudem uwolniłam się spod mężczyzny, który prawie co przygniótł mnie do ziemi. Ostatni przeciwnik zauważywszy w jakiej pozycji znajduje się jego kolega, groźnie uniósł wargi i rzucił się w moją stronę. Przewidziawszy jego pierwszy cios z pięści, wykonałam unik schylając się przy tym podkaszając mu nogi. W mojej głowie przewidziałam już naszą całą walkę i wszystko wyglądało na to, że zwyciężę. Muszę się jednak skarcić za to, że w stresie przewidywanie przyszłości rzadko się udaje. Za bardzo polegam na swojej ledwo odkrytej mocy. Warknęłam sama do siebie i tym razem nie zdążyłam uchronić się przed ciosem. Dostałam całkiem mocno twardym buciorem w nos przez co odleciałam do tyłu. Podczas lotu wyczułam, że kość idealnie pękła. Wylądowałam na tyłku i nie czekając na oklaski, otarłam krew wyciekającą z nosa i podniosłam się. A raczej taki miałam zamiar. Miałam kolejne nieprzyjemne spotkanie z butem zbira. Tym razem dostałam w brzuch, gdzie poczułam niesamowity ból. Zaczęłam kaszleć czując jak niepohamowane łzy napływają mi do oczu. Ostatecznie znalazłam nieco sił na to, żeby wyciągnąć łuk i wycelować śmiercionośną strzałę w faceta. Nie zdążyłam jej jednak wypuścić, gdyż jego klatkę piersiową na wylot przebił miecz. Zmarszczyłam brwi obserwując śmiertelnie zdziwioną minę mężczyzny, który po wyjęciu miecza od razu opadł na ziemię niczym kurtyna odsłaniając stojącego Searila. Spojrzał na mnie wycierając miecz z krwi i lekko przekrzywił głowę.
- Aniołek się wplątał w tarapaty? - zacmokał umieszczając miecz na powrót w swoim pasie.
- Nie prosiłam cię o pomoc - pokręciłam głową ignorując wszelki ból, aby w końcu się podnieść.
Wypowiadając te słowa czułam na języku metaliczny posmak krwi, więc ponownie otarłam nos o rękaw, który i tak przesiąknięty był już krwią.
- Na co się tak gapisz? - uniosłam jedną brew nie ukazując mu swojej wdzięczności, a przyznać muszę, że zawdzięczałam mu życie.
<Searil? My hero? XD>
- Och, jakże mogłam nie słyszeć o sławnym Searilu, królu dupków - parsknęłam zerkając na niego tylko kątem oka, a udało mi się dostrzec jego poirytowanie. Zanim zdążył coś powiedzieć, zwyczajnie kontynuowałam - Jestem Yennefer i na pewno nie jestem anielicą - poprawiłam go czując obrzydzenie do tej jakże fałszywej rasy.
- No, w pewnym sensie chyba jesteś - stwierdził prychając śmiechem przejeżdżając wzrokiem po mojej sylwetce - Zresztą widziałem jak latałaś sobie, o tak - uniósł palec pokazując jak wznosi się do góry, a potem nagle spada i niby uderza o ziemię.
- Nie masz skrzydeł, więc nie wiesz jak to jest - burknęłam pomagając Ferre wspiąć się na moje ramię, po czym wyprostowana zwróciłam się w stronę jak się niedawno dowiedziałam - Searila.
- Owszem, nie mam, ale gdybym miał chyba umiałbym nimi kilka razy zatrzepotać - skrzyżował ramiona na piersi i nie utrzymywał ze mną kontaktu wzrokowego będąc jednak bardziej zainteresowanym znalezieniem jakiegoś wyjścia, aby się mnie pozbyć.
- Mogę się dowiedzieć co tutaj robisz? - podeszłam bliżej starając się zwrócić na siebie uwagę.
- Po co ci to wiedzieć, maleńka? - zmarszczył brwi uśmiechając się pobłażliwie - Jeżeli chcesz mnie zaprosić do siebie, to po prostu to powiedz.
Przewróciłam oczami nie mając siły na takie gadki, więc po prostu pokręciłam głową i usunęłam mu się z drogi. Wskazałam ręką przejście jakby chcąc go zachęcić, aby ruszył już dalej. Cokolwiek, aby stąd zniknął i więcej mnie nie drażnił. Mężczyzna skinął głową i zagadując jeszcze raz w jakiś głupi sposób, postawił kilka kroków w przód. Spojrzał na mnie ostatni raz przez ramię i zupełnie już zniknął za drzewami. Odetchnęłam z ulgą uspokajając przy tym kruka, który cały czas był jakoś dziwnie spięty. Szybko zapominając o wydarzeniach sprzed kilku minut, nasunęłam spory kaptur i ruszyłam w przeciwnym kierunku niż tamten koleś. Po drodze bacznie rozglądałam się dookoła w obawie, że spotkam dzisiaj jeszcze nie jednego takiego podejrzanego typa. W tych okolicach zazwyczaj nikogo nie ma, dlatego między innymi zatrzymałam się tu na nieco dłużej. Jak widać niedługo przyda się zmienić miejsce zamieszkania, bo pułapek jakoś nie chce mi się zakładać. Mam w tej chacie bardzo cenne rzeczy nawet, jak tylko dla mnie, to i tak muszę ich strzec. Strzec, przed takimi na przykład, jak ci masywni mężczyźni przebijający się przez leśną gęstwinę. Była ich czwórka i szli prosto w moją stronę, ale zanim udało im się mnie dostrzec, już bezszelestnie wspinałam się na drzewo. Przytrzymałam się na jednej wystarczająco grubej gałęzi i odwróciłam, aby lepiej przyjrzeć się śmiałkom. Nie bardzo mogłam rozpoznać ich twarzy, ale po znakach na ciele i ubraniach wywnioskowałam tyle, że nie mają dobrych zamiarów. Tak przynajmniej tłumaczył Lukas, gdy wyjaśniał od kogo lepiej trzymać się z daleka, a kogo bez wahania zabijać. Tym jednak darowałabym gdyby nie to, że kierowali się prosto do mojej chaty widocznie zainteresowani jej położeniem i tym, jakie sekrety mogła skrywać.
- Nie tak prędko - szepnęłam sama do siebie nakazując Ferre, aby podleciał bliżej po drodze wskazując mi drogę.
Było dosyć ciemno, a jego białe pióra w kontakcie ze światłem księżyca niemalże błyszczały idealnie oświetlając kolejne gałęzie, po których skakałam zbliżając się do chaty. Gdy byłam już wystarczająco blisko, sięgnęłam łuku i naciągnęłam strzałę z trucizną paraliżującą. Wycelowałam w pierwszego faceta, którego dłoń sięgała klamki mojej chaty. Po chwili obserwowałam jak strzała wbija się w ramię zbira, a trucizna powoli rozchodzi się po jego ciele uniemożliwiając mu poruszanie się. Pozostała trójka od razu zwróciła się w moją stronę, a raczej tam gdzie przed chwilą jeszcze siedziałam. Przeskoczywszy na kolejną gałąź wystrzeliłam kolejną strzałę, tym razem powodującą poparzenia. Skóra faceta zaczęła puchnąć i pojawiały się na niej liczne i nieprzyjemnie wyglądające bąble. Uśmiechnęłam się z satysfakcją i umieszczając łuk na plecach przystąpiłam do walki tym razem nie z ukrycia. Zeskoczyłam z drzewa lądując prosto na barkach zdezorientowanego olbrzyma. Owinęłam mu nogi wokół szyi i skutecznie przewróciłam go na ziemię obkręcając się z impetem. Z trudem uwolniłam się spod mężczyzny, który prawie co przygniótł mnie do ziemi. Ostatni przeciwnik zauważywszy w jakiej pozycji znajduje się jego kolega, groźnie uniósł wargi i rzucił się w moją stronę. Przewidziawszy jego pierwszy cios z pięści, wykonałam unik schylając się przy tym podkaszając mu nogi. W mojej głowie przewidziałam już naszą całą walkę i wszystko wyglądało na to, że zwyciężę. Muszę się jednak skarcić za to, że w stresie przewidywanie przyszłości rzadko się udaje. Za bardzo polegam na swojej ledwo odkrytej mocy. Warknęłam sama do siebie i tym razem nie zdążyłam uchronić się przed ciosem. Dostałam całkiem mocno twardym buciorem w nos przez co odleciałam do tyłu. Podczas lotu wyczułam, że kość idealnie pękła. Wylądowałam na tyłku i nie czekając na oklaski, otarłam krew wyciekającą z nosa i podniosłam się. A raczej taki miałam zamiar. Miałam kolejne nieprzyjemne spotkanie z butem zbira. Tym razem dostałam w brzuch, gdzie poczułam niesamowity ból. Zaczęłam kaszleć czując jak niepohamowane łzy napływają mi do oczu. Ostatecznie znalazłam nieco sił na to, żeby wyciągnąć łuk i wycelować śmiercionośną strzałę w faceta. Nie zdążyłam jej jednak wypuścić, gdyż jego klatkę piersiową na wylot przebił miecz. Zmarszczyłam brwi obserwując śmiertelnie zdziwioną minę mężczyzny, który po wyjęciu miecza od razu opadł na ziemię niczym kurtyna odsłaniając stojącego Searila. Spojrzał na mnie wycierając miecz z krwi i lekko przekrzywił głowę.
- Aniołek się wplątał w tarapaty? - zacmokał umieszczając miecz na powrót w swoim pasie.
- Nie prosiłam cię o pomoc - pokręciłam głową ignorując wszelki ból, aby w końcu się podnieść.
Wypowiadając te słowa czułam na języku metaliczny posmak krwi, więc ponownie otarłam nos o rękaw, który i tak przesiąknięty był już krwią.
- Na co się tak gapisz? - uniosłam jedną brew nie ukazując mu swojej wdzięczności, a przyznać muszę, że zawdzięczałam mu życie.
<Searil? My hero? XD>
wtorek, 22 stycznia 2019
Od Searila Do Yennefer - Nauka latania i zaufania...
Pożegnałem się z dwoma swoimi kumplami i udałem się do swojej kwatery. Musiałem przygotować się na podróż po nieznanym. A tak faktycznie, to po prostu czekała mnie prosta misja typu przynieś, wyrzuć, pozamiataj. Jakbym nie miał nic konkretnego do roboty. A mała samodzielność handlarzy cennych przedmiotów wręcz mnie z lekka dobijała. Każda lepsza zbójnicka banda mogła z łatwością pokonać takiego zwykłego handlarza. A korzystając z okazji wezmą ze sobą pierwszego lepszego skrytobójcę, licząc na to że ich obroni. Na mnie mogą nie liczyć. Przedmiot, który miał zostać przewieziony nie należał do super rzadkich. Trudno, jakoś się wytłumaczę. No i nie zapłacili od razu całej kwoty. Skąd więc mam mieć pewność że nie oszukają mnie na pieniądze? Nie mam zamiaru narażać życia dla tych ludzi. Jestem okrutny, ale za to jaki szczery.
Nadeszła ta wyczekiwana przeze mnie godzina. Do swojego boku miałem przymocowane dwa ulubione miecze. Ich ostrza na obu końcach klingi połyskiwały niebezpiecznie czekając aż zatopią się w czyimś ciele. Praktycznie nie czułem ich ciężaru, ponieważ te były przystosowane do szybkiej reakcji bez zbędnych opóźnień. Wystarczyła milisekunda opóźnienia i mogło być po mnie. Na plecach miałem przewieszony mały plecak, w którym zapakowałem dla siebie wodę, prowiant i lecznicze rośliny, których mogłem tak łatwo nie znaleźć na naszej trasie. W małej kieszonce miałem zapas shurikenów. Szedł z nami jeszcze jeden młokos niezwykle szczęśliwy z wyprawy. Przewróciłem tylko oczami zastanawiając się dlaczego nie przydzielono ze mną żadnej pięknej niewiasty.
W nocy rozbiliśmy obozowisko i na początku postawiłem młokosa na wachcie, a kiedy przyszła kolej na mnie, udałem się kawałek dalej. No może troszkę dalej niż kawałek ale na tyle blisko, żeby usłyszeć ich przerażający krzyk. Zaskoczony tym wszystkim pobiegłem sprawdzić co się stało. Ja tylko żartowałem, halo, będę miał kłopoty. Jednak zastałem zamordowanych handlarzy, nietknięty przedmiot i spłoszonego jelonka w postaci tego kretyna.
-Co się stało? - spytałem szczerze rozbawiony.
-Nie mam bladego pojęcia, ale zjebaliśmy na całej linii - wykrztusił jedynie na co parsknąłem.
-Mieliśmy nie dać zabrać tego - wskazałem na przedmiot. - a nie dać im przeżyć. Takich jak oni jest całe mnóstwo. Zwykłe porachunki jak mniemam. To cud, że ciebie nie tknęli -po krótkiej ciszy na powrót zwróciłem się do młokosa. -Zabierz ten przedmiot i czym prędzej wracaj do wioski. Niech ktoś inny się tym zajmie. Nic nie będziemy doręczać.
-A co z tobą? - ochłonął na tyle, by mógł wstać i udawać że nic się nie wydarzyło. Bardziej chyba przestraszył się kary i konsekwencje nie wykonania zadania niż widoku martwych ludzi.
-Ja? Rozejrzę się za bandą odpowiedzialną za to, pochowam ich czy coś, wiesz takie tam, coś wymyśl.
Faktycznie, zakopałem dwóch nieboszczyków i zabrawszy swój plecaczek ze sobą, ruszyłem dalej przed siebie, kij wie gdzie. Najważniejsze, że wiem jak wrócić. Wspiąłem się na jedno z wyższych drzew oceniając swoją pozycję. Na niebie przyuważyłem anielice. Albo dziecko anioła. W każdym bądź razie tych skrzydeł nie da się pomylić z niczym innym. Wzbijała się w powietrze więc opcja, że na nią wpadnę była mało prawdopodobna. Zszedłem z drzewa kierując się dalej w swoją stronę. Wnet jednak usłyszałem jakieś dziwne hałasy. Przyspieszyłem nie dbając o zachowanie dyskrecji. Nie tak szybko oberwę. A cóż to za spotkanie… nie za przyjemne, bo już niewiasta grozi mi bronią. Wydawała się niezwykle pewna tego co robi. Zagwizdałem krótko. Wsparłem się dłońmi o biodra przekrzywiając głowę.
-No maleńka, chyba ktoś nienawidzi świata, co? - uśmiechnąłem się tak jak zwykle. Ale nie działa. - I nigdy nie wierzyłem, że anielicę spadają z nieba, a jednak.
-Nie nazywaj mnie w ten sposób - nie ruszyła się choćby o centymetr, nie zwątpiła choćby na sekundę. Mój urok na nią nie działa, a nie zamierzam się wycofać.
-No pewnie, facet chce zaimponować chociażby w głupi sposób, to żadna kobieta nie doceni naszych starań - wydawałem się być urażony.
-Nikt nie będzie mnie dotykał. My kobiety wiemy czego chcecie i tego nie dostaniecie - odpowiedziała prędko unosząc delikatnie podbródek.
-Uuu… zgrywamy niedostępną? Ładnie, ładnie ale wybacz mi, nie ze wszystkim same sobie poradzicie. A teraz złotko, opuścisz ten łuk? Jakbym miał pewność, że nie jest nasączony żadną trucizną, chętnie bym się dał przebić strzałą kupidyna - zaśmiałem się zastanawiając jak ją ominąć.
-Nic z tego, nie będzie tak łatwo - nagle poczułem jak jakieś ptaszysko uderza mnie w skroń. Zmarszczyłem brwi odganiając ptaszysko wokół głowy, ale to krakało mi nad uchem i nie chciało odpuścić.
-Co to za durne ptaszysko. Nic ci nie zrobiłem, zostaw mnie - mruknąłem zdruzgotany. Pochwyciłem ptaka w dłoń wyciągając przed siebie. Uniosłem jedną brew do góry. - No mały, przegwizdałeś sobie.
Mina boskiej istoty dawała mi do zrozumienia, że coś jest na rzeczy.
-To twoje ? No i skończmy już z podejrzliwością, jestem Searil Olhier Sarethe i nic mnie nie obchodzi czy słyszałaś o mnie, czy też wręcz przeciwnie. Ale zapamiętać je możesz -zerknąłem na blondynkę.
<Yennefer?>
Nadeszła ta wyczekiwana przeze mnie godzina. Do swojego boku miałem przymocowane dwa ulubione miecze. Ich ostrza na obu końcach klingi połyskiwały niebezpiecznie czekając aż zatopią się w czyimś ciele. Praktycznie nie czułem ich ciężaru, ponieważ te były przystosowane do szybkiej reakcji bez zbędnych opóźnień. Wystarczyła milisekunda opóźnienia i mogło być po mnie. Na plecach miałem przewieszony mały plecak, w którym zapakowałem dla siebie wodę, prowiant i lecznicze rośliny, których mogłem tak łatwo nie znaleźć na naszej trasie. W małej kieszonce miałem zapas shurikenów. Szedł z nami jeszcze jeden młokos niezwykle szczęśliwy z wyprawy. Przewróciłem tylko oczami zastanawiając się dlaczego nie przydzielono ze mną żadnej pięknej niewiasty.
W nocy rozbiliśmy obozowisko i na początku postawiłem młokosa na wachcie, a kiedy przyszła kolej na mnie, udałem się kawałek dalej. No może troszkę dalej niż kawałek ale na tyle blisko, żeby usłyszeć ich przerażający krzyk. Zaskoczony tym wszystkim pobiegłem sprawdzić co się stało. Ja tylko żartowałem, halo, będę miał kłopoty. Jednak zastałem zamordowanych handlarzy, nietknięty przedmiot i spłoszonego jelonka w postaci tego kretyna.
-Co się stało? - spytałem szczerze rozbawiony.
-Nie mam bladego pojęcia, ale zjebaliśmy na całej linii - wykrztusił jedynie na co parsknąłem.
-Mieliśmy nie dać zabrać tego - wskazałem na przedmiot. - a nie dać im przeżyć. Takich jak oni jest całe mnóstwo. Zwykłe porachunki jak mniemam. To cud, że ciebie nie tknęli -po krótkiej ciszy na powrót zwróciłem się do młokosa. -Zabierz ten przedmiot i czym prędzej wracaj do wioski. Niech ktoś inny się tym zajmie. Nic nie będziemy doręczać.
-A co z tobą? - ochłonął na tyle, by mógł wstać i udawać że nic się nie wydarzyło. Bardziej chyba przestraszył się kary i konsekwencje nie wykonania zadania niż widoku martwych ludzi.
-Ja? Rozejrzę się za bandą odpowiedzialną za to, pochowam ich czy coś, wiesz takie tam, coś wymyśl.
Faktycznie, zakopałem dwóch nieboszczyków i zabrawszy swój plecaczek ze sobą, ruszyłem dalej przed siebie, kij wie gdzie. Najważniejsze, że wiem jak wrócić. Wspiąłem się na jedno z wyższych drzew oceniając swoją pozycję. Na niebie przyuważyłem anielice. Albo dziecko anioła. W każdym bądź razie tych skrzydeł nie da się pomylić z niczym innym. Wzbijała się w powietrze więc opcja, że na nią wpadnę była mało prawdopodobna. Zszedłem z drzewa kierując się dalej w swoją stronę. Wnet jednak usłyszałem jakieś dziwne hałasy. Przyspieszyłem nie dbając o zachowanie dyskrecji. Nie tak szybko oberwę. A cóż to za spotkanie… nie za przyjemne, bo już niewiasta grozi mi bronią. Wydawała się niezwykle pewna tego co robi. Zagwizdałem krótko. Wsparłem się dłońmi o biodra przekrzywiając głowę.
-No maleńka, chyba ktoś nienawidzi świata, co? - uśmiechnąłem się tak jak zwykle. Ale nie działa. - I nigdy nie wierzyłem, że anielicę spadają z nieba, a jednak.
-Nie nazywaj mnie w ten sposób - nie ruszyła się choćby o centymetr, nie zwątpiła choćby na sekundę. Mój urok na nią nie działa, a nie zamierzam się wycofać.
-No pewnie, facet chce zaimponować chociażby w głupi sposób, to żadna kobieta nie doceni naszych starań - wydawałem się być urażony.
-Nikt nie będzie mnie dotykał. My kobiety wiemy czego chcecie i tego nie dostaniecie - odpowiedziała prędko unosząc delikatnie podbródek.
-Uuu… zgrywamy niedostępną? Ładnie, ładnie ale wybacz mi, nie ze wszystkim same sobie poradzicie. A teraz złotko, opuścisz ten łuk? Jakbym miał pewność, że nie jest nasączony żadną trucizną, chętnie bym się dał przebić strzałą kupidyna - zaśmiałem się zastanawiając jak ją ominąć.
-Nic z tego, nie będzie tak łatwo - nagle poczułem jak jakieś ptaszysko uderza mnie w skroń. Zmarszczyłem brwi odganiając ptaszysko wokół głowy, ale to krakało mi nad uchem i nie chciało odpuścić.
-Co to za durne ptaszysko. Nic ci nie zrobiłem, zostaw mnie - mruknąłem zdruzgotany. Pochwyciłem ptaka w dłoń wyciągając przed siebie. Uniosłem jedną brew do góry. - No mały, przegwizdałeś sobie.
Mina boskiej istoty dawała mi do zrozumienia, że coś jest na rzeczy.
-To twoje ? No i skończmy już z podejrzliwością, jestem Searil Olhier Sarethe i nic mnie nie obchodzi czy słyszałaś o mnie, czy też wręcz przeciwnie. Ale zapamiętać je możesz -zerknąłem na blondynkę.
<Yennefer?>
niedziela, 20 stycznia 2019
Od Yennefer - Nauka latania i zaufania...
Ciche skrobanie o cienkie, drewniane ściany chaty, w której się znajdowałam, wystarczyło abym gwałtownie obudziła się pełna obaw. Na tyle szybko zerwałam się do siadu, że zabrakło mi w płucach powietrza i usiłowałam go nieco zaczerpnąć przy tym się uspokajając. Na brzuchu poczułam lekki ciężar, więc wysunęłam rękę spod koca, aby upewnić się czy to może po prostu nie Ferre. Jednak gdy poczułam jak ostrze lekko zahacza o moją skórę przypomniałam sobie, że przed zaśnięciem musiałam coś skrobać nożykami. Syknęłam tylko wycierając dosłownie kilka kropel krwi o prześcieradło i wyciągnęłam tą samą dłoń w stronę szafki stojącej przy łóżku. Po omacku odnalazłam pudełko z zapałkami i zapaliłam lampę naftową stojącą na tej samej szafce. Jasne światło pozwoliło mi ujrzeć nieco więcej. Na przykład to, że nie byłam przebrana, nigdzie nie było mojego kruka, a drzwi od chaty były szeroko otwarte. Zerwałam się z łóżka zwalając nożyki i niedokończone strzały na podłogę i podbiegłam do niskiego kredensu w pseudo kuchni oddzielonej od holu zaledwie grubą zasłoną. Szybko otworzyłam szafkę upewniając się, że nic z niej nie zniknęło. Na szczęście wszystkie trucizny jak i składniki do nich były na miejscu. Odetchnęłam z ulgą przysiadając na chwilę na zimnej posadzce. Czego się spodziewałam, w końcu mieszkam w tej okolicy jako jedyna, a przynajmniej tak mnie się wydaję. Nigdy nie widziałam tu żadnej żywej duszy pomijając wszelką zwierzynę. Rozmasowałam obolałą głowę od tego całego zamieszania i zamknęłam szafkę z trzaskiem. Zaczynam popadać w jakąś paranoję obawiając się, że ktoś skradnie moje składniki albo co gorsza wskazówki, które zbieram żeby zaprowadziły mnie do królestwa. Mojemu ojcu na pewno nie ujdzie na sucho zabójstwo mojej matki, na pewno nie kiedy ja stąpam po tej ziemi. Wiedząc, że tej nocy już raczej nie zasnę, podniosłam się z ziemi przy okazji gwizdaniem przywołując mojego towarzysza.
- Durne ptaszysko - warknęłam, gdy Ferre nie raczył się zjawiać już od dłuższego czasu.
Prędzej czy później i tak zgłodnieje. Nie zawracając sobie tym więcej głowy z szafy wyjęłam swoją czarną pelerynę, łuk i futerał ze strzałami. Upewniłam się, że wszystkie zaopatrzone są w truciznę i opuściłam zimną chatę zatrzaskując za sobą drzwi. Kolejne wspomnienia o ojcu przyprawiły mnie tylko o mdłości i ochotę zrobienia komuś krzywdy. Zacisnęłam zęby starając się powstrzymać te złe myśli. I tak nikogo tutaj nie znajdę, więc mogę próbować wyżyć się zaledwie na głupim drzewie, a do tego poziomu się nie zniżę. Zamiast tego zarzuciłam na głowę kaptur kryjąc pod nim włosy i praktycznie połowę twarzy. Wygodnie ułożyłam cały swój sprzęt na plecach i uniosłam głowę. Na niebie znajdowało się bardzo dużo gwiazd, ale przez gęste korony drzew nie mogłam dostrzec księżyca. Zaciskając pięści rozłożyłam skrzydła tłumiąc przy tym cichy jęk. Odkąd odkryłam, że w ogóle posiadam skrzydła nigdy nie zastanawiałam się dlaczego rozkładanie ich sprawia mi ból ani też czy da się go jakoś złagodzić. Z czasem jednak przestało mi to przeszkadzać, gdy nie raz znosiłam już gorszy ból od tego. Chwilę później ujrzałam już stłumiony blask bijący od pary szarawych skrzydeł, które wydawały się być brudne czy uwięzione pod czarnym dymem. Widząc skrzydła aniołów, te moje zaczynają mnie brzydzić i najchętniej to bym się ich pozbyła, ale cóż. Taki urok bycia nefilim. Nie chcąc tracić czasu w końcu odbiłam się od podłoża i kilka razy mocno machnęłam skrzydłami aby zdołały umieść mnie nad ziemią. Latania jeszcze nie wyćwiczyłam na tyle dobrze, żeby przychodziło mi to z łatwością i bez żadnych wpadek. Gdy udało mi się przedostać pomiędzy wszelkimi gałęziami w końcu ujrzałam księżyc. Nie wyglądał tak ładnie jak zeszłej nocy, więc przyznam, że nieco się zawiodłam. Tylko widok pełnego, jasnego księżyca mnie uspokajał. Tak czy siak miałam ochotę podlecieć do niego bliżej, ale w tym samym momencie oberwałam czymś twardym w tył głowy przez co od razu straciłam panowanie nad skrzydłami. Zdezorientowana starałam się nakłonić je szybko do współpracy, ale na próżno i niedługo potem miałam spotkanie z twardą ziemią. Syknęłam od razu wyciągając rękę w stronę głowy. Jak się okazało pocisk zaplątał się w moje włosy, a gdy go wyplątałam, pociskiem okazał się być Ferre.
- Świetny moment se wybierasz na odwiedziny - warknęłam odtrącając ptaka, który przekoziołkował do tyłu i zakończył niezdarnie stając na dwie nóżki - I naucz się obierać właściwy kierunek - pomasowałam się w tył głowy gniewnie burcząc coś pod nosem.
Ferre przekrzywił tylko łeb i nie wyglądało na to, że zamierza mnie w jakiś sposób przeprosić. Przewróciłam tylko oczami i poczęłam powoli podnosić się na nogi, kiedy spostrzegłam dziwną reakcję kruka. Lekko zestresowany wpatrywał się w pewien punkt za mną, a gdy usłyszałam szelest liści, ostre pazury Ferre zaciskały się na moim ramieniu. Odważny ptak głośno zaskrzeczał, gdy kroki stawały się coraz głośniejsze. Nie czekałam chwili dłużej, tylko zwinnie dostałam do swojego łuku i strzały przesiąkniętej trucizną paraliżującą, po czym naciągnęłam ją na żyłkę i obróciłam się wcelowując grot w nieznajomego.
- Nie wiem kim jesteś i co tutaj robisz, ale raczej nie chcesz dostać tym w brzuch - wskazałam skinięciem na strzałę i uśmiechnęłam się chytrze nie cofając się ani o krok.
Ktuś?
- Durne ptaszysko - warknęłam, gdy Ferre nie raczył się zjawiać już od dłuższego czasu.
Prędzej czy później i tak zgłodnieje. Nie zawracając sobie tym więcej głowy z szafy wyjęłam swoją czarną pelerynę, łuk i futerał ze strzałami. Upewniłam się, że wszystkie zaopatrzone są w truciznę i opuściłam zimną chatę zatrzaskując za sobą drzwi. Kolejne wspomnienia o ojcu przyprawiły mnie tylko o mdłości i ochotę zrobienia komuś krzywdy. Zacisnęłam zęby starając się powstrzymać te złe myśli. I tak nikogo tutaj nie znajdę, więc mogę próbować wyżyć się zaledwie na głupim drzewie, a do tego poziomu się nie zniżę. Zamiast tego zarzuciłam na głowę kaptur kryjąc pod nim włosy i praktycznie połowę twarzy. Wygodnie ułożyłam cały swój sprzęt na plecach i uniosłam głowę. Na niebie znajdowało się bardzo dużo gwiazd, ale przez gęste korony drzew nie mogłam dostrzec księżyca. Zaciskając pięści rozłożyłam skrzydła tłumiąc przy tym cichy jęk. Odkąd odkryłam, że w ogóle posiadam skrzydła nigdy nie zastanawiałam się dlaczego rozkładanie ich sprawia mi ból ani też czy da się go jakoś złagodzić. Z czasem jednak przestało mi to przeszkadzać, gdy nie raz znosiłam już gorszy ból od tego. Chwilę później ujrzałam już stłumiony blask bijący od pary szarawych skrzydeł, które wydawały się być brudne czy uwięzione pod czarnym dymem. Widząc skrzydła aniołów, te moje zaczynają mnie brzydzić i najchętniej to bym się ich pozbyła, ale cóż. Taki urok bycia nefilim. Nie chcąc tracić czasu w końcu odbiłam się od podłoża i kilka razy mocno machnęłam skrzydłami aby zdołały umieść mnie nad ziemią. Latania jeszcze nie wyćwiczyłam na tyle dobrze, żeby przychodziło mi to z łatwością i bez żadnych wpadek. Gdy udało mi się przedostać pomiędzy wszelkimi gałęziami w końcu ujrzałam księżyc. Nie wyglądał tak ładnie jak zeszłej nocy, więc przyznam, że nieco się zawiodłam. Tylko widok pełnego, jasnego księżyca mnie uspokajał. Tak czy siak miałam ochotę podlecieć do niego bliżej, ale w tym samym momencie oberwałam czymś twardym w tył głowy przez co od razu straciłam panowanie nad skrzydłami. Zdezorientowana starałam się nakłonić je szybko do współpracy, ale na próżno i niedługo potem miałam spotkanie z twardą ziemią. Syknęłam od razu wyciągając rękę w stronę głowy. Jak się okazało pocisk zaplątał się w moje włosy, a gdy go wyplątałam, pociskiem okazał się być Ferre.
- Świetny moment se wybierasz na odwiedziny - warknęłam odtrącając ptaka, który przekoziołkował do tyłu i zakończył niezdarnie stając na dwie nóżki - I naucz się obierać właściwy kierunek - pomasowałam się w tył głowy gniewnie burcząc coś pod nosem.
Ferre przekrzywił tylko łeb i nie wyglądało na to, że zamierza mnie w jakiś sposób przeprosić. Przewróciłam tylko oczami i poczęłam powoli podnosić się na nogi, kiedy spostrzegłam dziwną reakcję kruka. Lekko zestresowany wpatrywał się w pewien punkt za mną, a gdy usłyszałam szelest liści, ostre pazury Ferre zaciskały się na moim ramieniu. Odważny ptak głośno zaskrzeczał, gdy kroki stawały się coraz głośniejsze. Nie czekałam chwili dłużej, tylko zwinnie dostałam do swojego łuku i strzały przesiąkniętej trucizną paraliżującą, po czym naciągnęłam ją na żyłkę i obróciłam się wcelowując grot w nieznajomego.
- Nie wiem kim jesteś i co tutaj robisz, ale raczej nie chcesz dostać tym w brzuch - wskazałam skinięciem na strzałę i uśmiechnęłam się chytrze nie cofając się ani o krok.
Ktuś?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Template by...
Eilay
Zireael Graphic
Zireael Graphic