Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mira. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lipca 2019

Od Miry do Xarena - Nostalgię czas zacząć

Nie mogę uwierzyć, że Mira aż tak dużo je, ale najwyraźniej musi. Jednak ta historia nie jest o zawodach w jedzeniu.
Dziwnie by było zobaczyć taką scenę: w tle miasto, które zaraz zostanie całe rozwalone przez niegodziwców, a nad rzeką dwaj poszukiwacze przygód... a raczej jedna poszukiwaczka, bo drugi ma predyspozycje na Supermena. Gdy Xaren trzymał przez chwilę rękę Miry, ona- jak to ona- trzymała w zębach kolejny kawał pieczywa.
W momencie, gdy poprosił ją o zostanie chwilkę tutaj, nie była pewna, czy jej nowy przyjaciel na pewno dobrze postępuje w tej chwili. Nie wyglądał zbyt dobrze, a jednak mimo wszystko wrócił do miasta, żeby skopać tyłki tym gangsterom.
Mira zwiesiła się na kilkanaście sekund, po czym zestresowana sięgnęła po kolejne rzeczy do wszamania. Myślała nad tym, co powiedział jej Xaren, ale jakoś jej się w głowie nie układało, że może być odważna. Sama siebie nie określiłaby tym słowem. Gdy już chłopaka nie było widać, bo zniknął za murkami miasta, Mira rozejrzała się pośpiesznie wokoło i dostrzegła, że jest na otwartej przestrzeni. Zwinęła więc pośpiesznie swoje rzeczy i podskoczyła w najbliższe zarośla i niewielkie drzewa. Wystawiła oczy znad liści, bacznie obserwując miasto wzrokiem super detektywa.
- Do beznadzieniowego pączka - rozpoczęła monolog, wyciągając z plecaka swój notatnik - Może nie zwrócą na niego zbytniej uwagi... - jeszcze lekko trzęsącymi się rękami zaczęła przerzucać kartki zeszytu, przypatrując się miastu.
Sekundę po tym ujrzała w cholerę dymu, a po chwili rozbrzmiał huk, jakby jakaś olbrzymka dała z liścia swojemu adoratorowi. Mira aż podrzuciła wszystko, co trzymała w rękach, by za chwilę dostać tym w głowę. W tej chwili poczuła jeszcze nieprzyjemne kłucie w swojej ranie na boku, co przyprawiło ją o ciarki.
- AŁA - kuląc się masowała obolałą część głowy, jednak zwędziła spowrotem notatnik.
" Drogi pamiętniczku, co tu się w ogóle dzieje :' ) "  Panowie w zbrojach są jacyś opętani. Trzeba ich unikać- zapamiętać. I dlaczego jestem tak blisko miejsca zagrożenia?? Czy to dokładnie jest odwaga? Nie pamiętam co mi rodzice mówili o odwadze, dlatego muszę napisać swoją regułkę, albo chociaż kogoś się spytać". Nabazgrała jeszcze kilka rysunków wiejącego Xarena i siebie w formie geparda, uciekających przed facetami w zbrojach. Dodała też chmury dymu wokoło- efekty specjalne jakieś muszą być.
Zastanawiała się, czy by nie zmienić formy i nie pobiec, żeby spróbować jakoś pomóc, ale wiedząc, co tam się dzieje, zbierało jej się na wymioty. Schowała notatnik do torby.
Nawet się nie spostrzegła, a usłyszała dziwne dźwięki umierających ludzi. Mira zupełnie nie wiedziała co robić, dlatego została tam, gdzie była. Odgłosy jednak zbliżały się coraz bardziej, a Mira zaczęła panikować, że kolejni z inkwizycji lecą i zabijają wszystkich, którzy chcą się uratować. Po chwili ujrzała jednak, zdawało jej się, nieznajomego mężczyznę. Trochę ją przeraziło, a jaką szybkością zapierniczył ludzi. Zobaczyła jego czerwone oczy i ani jej się śniło zostawać tu ani sekundę dłużej, bo mózg podpowiadał jej tylko jedno- ci z inkwizycji przysłali jakiegoś goryla, ich tajną broń. Pozabija wszystkich i ani się będzie mu śniło mieć litość dla kogokolwiek. Mira zrobiła więc oczy jak pięć złotych, po czym powoli podniosła ręce. Serce biło jej jak oszalałe, nie dała rady absolutnie niczego wymyślić.
- Eeee... to nie ja proszę pana, to oni - wskazała palcem w prawo. Gdy chłopak spojrzał na moment we wskazanym przez nią kierunku, Mira natychmiast zmieniła się w kota, po czym wyszła na drzewo, obok którego stała. Niestety rana okazała się być o wiele gorsza, niż Mira się spodziewała, dlatego nie była w stanie w tej chwili ani zmienić się w nic większego, ani zbyt daleko uciec. Położyła się na jednej z gałęzi i próbowała uspokoić oddech. Szeroko otwartymi ślepiami wpatrywała się w podejrzaną przez siebie osobę.Obserwowany jednak zrobił coś, czego Mira ani trochę się nie spodziewała.
- Mira? - odezwał się znajomym dla niej głosem. Ta przekręciła tylko łeb w geście zdziwienia.  Zeskoczyła więc na cztery łapy, po czym podniosła się już zza krzaka w ludzkiej formie i odetchnęła z ulgą.
- Osz ty w życiu, nie strasz tak, ufff - podeszła i poklepała go po ramieniu.- Co ci się stało z oczami? Strzelili w ciebie kolorową farbą, która zmienia kolor oczu? Niee... to niemożliwe...- podparła brodę dłonią w geście zamyślenia. Ogarnęła teraz dokładnie wzrokiem, jak Xaren wygląda. Z tymi ranami nie wyglądał za dobrze, na pewno nie lepiej, niż wcześniej, przed ponownym wejściem do miasta.
Nie była pewna, jak Xaren się dokładnie czuje, bo zdawało się jej, że nie okazuje żadnej reakcji na to, że jest cholernie ranny. Mira pośpiesznym ruchem wyciągnęła z torby niewielką, rozkładaną karteczkę z mapą.
- Z mapy wynika... dobra, tak na prawdę to niewiele z niej wynika, ale niedaleko jest teren, gdzie można zdobyć te kwiaty na rany, a nam się akurat bardzo przydadzą. - Wskazała palcem na miejsce na mapce, gdzie narysowane były koślawe drzewa. Za chwilę jednak wróciła wzrokiem na towarzysza, który był wyraźnie nad czymś zamyślony. Myśląc, że Xaren zastanawia się nad tą rośliną, dodała:
- Nie martw się, mimo, że nie jest często spotykana, to nietrudno ją zauważyć. - Mira machnęła ręką i już chciała jak najszybciej opuścić miejsce zamachu. Zastanawiała się, czy aby przyjaciel nie zgłodniał od tego ataku.

czwartek, 20 czerwca 2019

Od Miry do Xarena - Nostalgię czas zacząć

Mira nie zdawała sobie ani trochę sprawy z tego, co minęła chwilkę wcześniej, gdy przerażona uciekała przed tymi bandziorami z Inkwizycji. Była tak zapatrzona w drogę przed siebie, że nie zauważyła tego, na co zwrócił uwagę Xaren. No, ale cóż jej się dziwić, biegła ponad 100 kilometrów na godzinę, a panika wcale nie pomagała.
Ale przenieśmy się do czasu, gdy nasze duo stoczyło się już 'spokojnie' ze wzgórza, kiedy Xaren rozkopywał podręczną psełdo apteczkę.
- Tak, tam powinna być jeszcze gaza, ale nie musisz się martwić, spokojnie wystarczy na wielkość twojej rany. - odparła Mira, gdy nowy znajomek odkładał na bok niepotrzebne rzeczy, które jak zwykle odgradzały najbardziej w tym momencie potrzebne bandaże od światła dziennego.
- Moja rana jest nie ważna w tym momencie, pokaż ten bok. - ruszył w jej stronę niczym Dwayne Johnson ze słonecznego patrolu. Nie dało się ukryć, że Mira poczuła się przez chwilę trochę niezręcznie i zrobiła gest, machając dłonią, że nie trzeba i będzie w porządku.
- Nie no, daj spokój, moja się już przemyła w tej wodzie, sobie przewiążę ją... eee... tym rękawem... - tutaj wskazała na rękaw swojej prawej ręki - ... no i będzie.
Myślała, że jakoś przekona, żeby jednak on zabrał sobie ten bandaż na swoją ranę, ale w życiu, Xaren za Chiny sobie nie dał nic wmawiać, tylko wziął jej opatrzył tę jej brzuchowo boczną ranę. Mira przez chwilę czuła się dziwnie, jednak zignorowała to uczucie.
Podczas opatrywania nastała cisza tak wielka, że aż Mira zaczęła się zastanawiać skąd tak właściwie jest Xaren i czy gdzieś mieszka, w ogóle kogo szukał wtedy przy pierwszym spotkaniu, no o co chodzi. Nie zwracała zbytnio uwagi na różne rasy i tego typu rzeczy, bo jednak wszystkich uważała za równych, ale sami wszyscy wiemy, jak działa ciekawość, zwłaszcza, gdy ktoś inny okaże nam zainteresowanie.
- Gotowe, powinno wytrzymać, dopóki nie kupisz nowego bandażu! - chłopak oparł dłonie o swoje biodra, wyraźnie zadowolony z rezultatu swojej pracy.
- Ło, dziękuję! - Mira także była uradowana, ale niestety trochę smutna z faktu, że ostatni bandaż nie poszedł na ranę w nodze Xarena, tylko na nią.
Po tym wyciągnęła ze swojego bagażu... jedzenie, bo cóż by to mogło być innego i skorzystała z okazji, że przebywają na miłej łączce nad rzeką. Gdy tak wsłuchiwała się w     słowa swojego nowego ziomka, sama zaczęła się zastanawiać nad tym, gdzie pójdzie. Spojrzała na zawalające się, jeszcze przed chwilą starannie wykonane domki i innego rodzaju budowle w wiosce. Dziwiła się okropnie, no i smuciła, że ktoś potrafi tak po prostu zniszczyć wszystko tylko i wyłącznie dla swojej wygody. Zmarszczyła brwi, kiedy Xaren zwrócił uwagę na ludzi, którzy giną z rąk tych zwyroli.
Gdy po chwili usłyszała kolejne wyrazy, to na koniec sama nie poczuła, kiedy się zaczerwieniła, kiedy usłyszała ostatnie słowa, bo nie była przyzwyczajona do takich określeń, a jedynie, kiedy je słyszała, to od swoich kochanych opiekunów, gdy była jeszcze mała. Odchrząknęła.
- Daj spokój, opatrunek jest w porządku. - uśmiechnęła się i stanęła na baczność - A to, czy odwaga mi kiedyś wzrośnie, to zielonego pojęcia nie mam.
Związała plecak, po czym założyła go na plecy.
- Tak sobie myślę, że sama nawet często wpadam w tarapaty, a ta ucieczka była przez tych chorych świrów, a nie przez ciebie, więc nie panikuj. Ty raczej uratowałeś nasze tyłki, a jak widać , jeszcze żyję, to znaczy że mam na świecie jakąś misję do spełnienia.
Uśmiechnęła się do towarzysza. Czuła gdzieś podświadomie, że totalnie nie nadaje się do tego typu misji, bo nie dość, że bała się okropnie, to jeszcze był strach przed tym, że coś popsuje w planie. Ale gdy pomyślała o ludziach, którzy są teraz w miasteczku i cierpią okropnie, to jej się szkoda ich zrobiło.
- Z resztą jestem ci winna ciasto. I opatrunek. - wzniosła rękę, jakby miała bardzo ważne przemówienie -  No i do spieczonego beza, chcę też jakoś pomóc, jeśli będę mogła. W tej wiosce nadal może być ktoś, kto panikuje i nie wie, gdzie się udać, trzeba ludzi wyciągnąć z tego bagna.
Chociaż miała bardzo duże obawy przed wszystkimi misjami i w ogóle przed ludźmi pokroju tych z Inkwizycji, to Tenge pomogła jej dojrzeć, że Mira jednak może się na coś przydać.
- No i to ja powinnam cię przeprosić za to okropne uderzenie...
Podrapała się po głowie. Było jej trochę głupio, ale co się stało, to się nie odstanie.
Mimo strachu przed wszystkim dookoła, to przez czas przyjaźni z kruczą dziewczyną doceniła trochę samą siebie i tą pomoc, którą sama też jednak w jakimś stopniu potrafi zastosować wobec innych. Z resztą przerośnięty gepard zawsze się na coś przyda, chociażby do przekazywania listów. Także mimo okropnie pocących się dłoni ze stresu, z jednej strony chciała zwiewać gdzie pieprz rośnie dalej przed tymi zbirami, których spotkali wcześniej, jednak z drugiej strony... Każdy chyba kojarzy ten moment w życiu, gdy  nie możemy zdecydować, gdzie iść. Rozrywa nas wtedy wewnętrznie. Mira miała już takie momenty w życiu i to wiele, wiele razy, zwłaszcza odkąd próbowała przegonić kruka, który ją obudził na drzewie.
Nagle Mira strzeliła sobie z liścia.
- Dobra, idę z tobą, bez przesady, sumienie by mi żyć nie dało.
Tylko, że na prawdę sobie nie zdawała sprawy z tego, że nie tylko sumienie by jej nie dało żyć.
- Chyba, że mnie wykopiesz siłą w inną stronę, to ja się nie rzucam... - podniosła dłonie w geście "spokojnie, ja nic nie zrobiłam".
Tak więc czekała teraz, czy Xaren ją odeśle, czy co on zrobi, bo sama się nie chciała narzucać, gdyby miała jakoś przeszkadzać, ale też chciała pomóc.

<Xaren?>

niedziela, 16 czerwca 2019

Od Miry do Xarena - Nostalgię czas zacząć

- No, ciekawe imię masz - odpowiedziała, po czym kichnęła na reakcję jej nosa z popiołem. Chwilkę po tym, gdy "robiła porządki" w swym bagażu, usłyszała prośbę chłopaka, a następnie zobaczyła, jak jego twarz zmienia kolor na iście pomidorowy.
Jedyne, co jej przyszło wtedy na myśl, to to, że pomidory są zdrowe. Nie miała wtedy zbytnio czasu na dalsze przemyślenia, bo usłyszała nagle świsty lecących strzał. Jedna z nich przebiła nogę towarzysza, na co Mira się cała zatrzęsła. Zrobiło jej się niedobrze na sam widok rany, ale jeszcze nie aż tak, jak w przypadku jakiś czas wcześniej przebitego skrzydła Isariona. Z labiryntu myślowego wyrwało ją jednak nagłe uniesienie nad ziemię. Zanim sama zdążyła cokolwiek powiedzieć, usłyszała dosyć mocny wybuch. Wszystkie dźwięki na moment stały się dla Miry słyszane jakby znajdowała się w wodzie, a w głowie poczuła pulsowanie. Odczuwała tak dużo emocji, że przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje.
Gdy w kolejnych sekundach zorientowała się, że Xaren biegnie ze zranioną nogą, jeszcze z nią na rękach (no i z jej nie zbyt lekkim plecakiem), zestresowała się, że facet sobie jeszcze bardziej tę nogę załatwi, jeśli zaraz czegoś nie zrobią.
Czas jednak biegł coraz szybciej, a chłopak nagle zatrzymał się i wybił jedno z napotkanych okienek. Gdy Mira była już w środku prawdopodobnie nie zbyt często odwiedzanej piwnicy, odwróciła się czekając, by towarzysz także wszedł przez okno, jednak on pobiegł dalej. Mira chciała sobie normalnie wszystkie włosy z głowy powyrywać, gdy to zobaczyła.
- O matko, ludzie kochani, cóż on wyrabia?!?! - zapytała samą siebie szeptem, ponieważ przez wcześniej zaistniałe sytuacje czuła jeszcze strach w płucach.
Serce biło jej jak oszalałe, ale mimo wszystko próbowała się skupić na wymyśleniu czegoś, ale za chiny nie wiedziała, po pierwsze- gdzie on pobiegł, a po drugie- czy ci zwyrole jeszcze ich gonią i gdzie sami pobiegli, czy zastawiają jakieś pułapki, czy kto wie co oni tam jeszcze wymyślą. Na odpowiedź na swoje drugie pytanie nie musiała długo czekać, ponieważ gdy się odwróciła, ujrzała wychodzące z cienia dwie dosyć wysokie sylwetki tych samych gości, przed którymi na początku zwiewali. Zauważyła też, że jeden z nich zablokował drzwi, przez które normalnie wchodziło się do piwniczki.
- My sami nie wiemy co wyrabia twój kolega, oboje pójdziecie z nami. - powiedział jeden z nich dosyć szorstko. Mirze w tej chwili już ciężko było oddychać, gdy zobaczyła, jak w dłoniach uzbrojonych mienią się sześciany, którym jeden z nich rzucił w jej stronę. W trakcie lotu, gdy kostka była już w połowie niewielkiej dzielącej ich drogi, otworzyła się i rozłożyła na średnich rozmiarów specjalną sieć. Mira nie zdążyła się zmienić, jednak cudem uniknęła wpadnięcia w sidła, odskakując w ostatniej chwili dosyć daleko w bok. Ręce jej się trzęsły z nerwów, jednak to nie przeszkodziło jej, by dobiec do półek, na których były poustawiane zapasy konfitur oraz innych podobnych. W czasie, gdy wrogowie wyciągali coś z torebek, które mieli przyczepione do pasa, Mira wzięła szybko kawałek prześcieradła, które wypatrzyła przy okazji ucieczki i nabrała nim tak dużo mąki z jednego z otwartych worków, ile tylko się zmieściło do tej szmatki.
Po zrobieniu tej jakże wymyślnej konstrukcji psełdo procy, zakręciła nim nad głową kilka razy, aby nabrało jakiegoś rozpędu, po czym z całej siły rzuciła zawiniątko w sufit zaraz nad dwoma bandziorami. Sufit całe szczęście nie był wysoko, dlatego mąka rozproszyła się na tyle, aby na bardzo krótki czas zakryć sporą część piwnicy. Nie tracąc więc ani chwili, Mira poprawiła ramiączko w plecaku a następnie zaliczyła transformację w geparda i zwiała przez to samo okienko, przez które pomógł jej wejść Xaren. Mąka, która jeszcze została jej na rękach, a teraz już na futrze, pozwoliła się nie ślizgać, gdy musiała się niemalże wspiąć. Nie obyło się jednak bez jakiegokolwiek zadrapania, ponieważ Mira za bardzo się śpieszyła, aby patrzeć na to, którą stroną okna wychodzi. Przedarła sobie bowiem kawałek boku o wystające kawałki szkła. Jednak dzięki adrenalinie nie czuła w tym momencie zbytnio bólu, co pozwoliło jej w miarę bezpiecznie zwiać.
Biegła niczym struś pędziwiatr, cholernie martwiąc się, czy z nowym znajomym wszystko jest w porządku.
Gdy jej głowę zaprzątało zamartwianie się o nowego ziomka, to gdy minęła zakręt, władowała się właśnie na niego. Uderzyli się o siebie tak mocno, że pod wpływem prędkości, z jaką teraz Mira biegła, wyrzuciło ich przez rosnący w pobliżu żywopłot. Po okradnięciu rośliny z liści, towarzysze polecieli dalej, niczym kula śnieżna zaczęli spadać w dół po trawie. Mira przez wcześniejsze uderzenie łbem prosto w twardą klatę Xarena, nie była w stanie zatrzymać tej karuzeli, przez co oboje nabrali rozpędu niczym wyścigówki w formule 1. Także gdy napotkali na swej trasie mniejszą górkę, to ta zadziałała jak skocznia. Dzięki niej wybili się i wzlecieli w powietrze. Gdy się rozdzielili w locie, Mira zaczęła wywijać wszystkimi łapami i ćwierkać ze strachu przed tym, że zaraz się mogą rozbić o ziemię. Przelecieli jedno z niewielkich pól, które było ogrodzone murkiem, a rolnicy, którzy właśnie robili sobie przerwę, widząc lecące postacie, wylali resztę wina, które pili. Jednak lecącym na szczęście nic się nie stało. Oboje chlupnęli bezpiecznie do rzeki, która płynęła sobie spokojnie u stóp góry, z której towarzysze właśnie się stoczyli.
Mira zaraz po wylądowaniu w rzece wypłynęła na brzeg, otrzepała się jak pies z wody i kichnęła. Przemieniła się z powrotem w swoją ludzką formę, chcąc spytać Xarena, czy nic mu nie jest, a przy okazji go przeprosić za to toczenie. Jednak mimo tego wszystkiego, Mira była ogromnie nabuzowana po tych ucieczkach, czego nie dała rady za nic ukryć.
- Osz ty do spalonego pączka, też im zwiałeś?? - stojąc rozkraczona w pozie, jakby przed chwilą wyszła pierwszy raz z siłowni, ucieszyła się, że nowy kolega jest w całości. Przypomniała sobie jednak o pewnej rzeczy.
- O ludzie, twoja noga! - odparła pełna emocji, patrząc na Xarena, po czym znowu sobie coś przypomniała i spojrzała na bok swojego torsu:
- O ludzie, mój bok! O nie, plecak! - już po chwili trzymała bagaż, z którego kapało. Albowiem nie wiedziała, że jej plecak raczej przetrzyma tak krótki pobyt w wodzie bez przemoknięcia. Zawartość więc była cała i zdrowa, łącznie z niewielką apteczką, którą zawsze przy sobie nosiła z resztą rzeczy.
- Yyyy... Bandażu? - Mira uśmiechnęła się do towarzysza, wyciągając bandaże i inne waciki do opatrunku.

piątek, 14 czerwca 2019

Od Miry do Xarena - Nostalgię czas zacząć

Mira była tak bardzo wdzięczna za podarowane jedzenie i za naprawiony plecak, że postanowiła skomponować coś na przegryzkę nowemu znajomemu, gdy tylko nadejdzie taka okazja. W tamtym momencie tylko przytrzasnęła sobie policzki dłońmi i podziękowała, nie ukrywając zdziwienia. Kochała robić różnego rodzaju ciasta i słodycze i korzystała z każdej nadarzającej się okazji, tudzież gdy znalazła idealne składniki bądź gdy miała okazję skorzystać z jakiejś lepszej blachy. Ale na zwykłym ognisku też sobie radziła, także to nie tak, że porzuciła swoje hobby.
Pomyślała przez chwilę, że w zasadzie, to szorstkość skóry nowo poznanego wcale jej nie przeszkadzała. Zważając także na to, że często sypiała w swojej futrzastej postaci, to bardzo lubiła szorstkie i drapiące powierzchnie. Może nie przez cały czas, ale tak czy siak kochała szczotki, czy korę drzewa. Machnęła więc tylko na to ręką, żeby się facio nie przejmował, bo tak na prawdę, to nie szkodzi.
Gdy oboje po chwili stali przed gościem w zbroi, Mira przyglądała się ukradkiem zza pleców śnieżnowłosego właśnie temu uzbrojonemu."Jak jemu nie jest gorąco, to ja się nie mogę nadziwić" - myślała, przegryzając bagietę, którą otrzymała w prezencie. Nie było jej dane jednak w spokoju spożyć jakże wykwintnego dania, ponieważ zorientowała się, że chłopak każe jej spierniczać, a moment po tym poczuła mocny uścisk na nadgarstku, co wywołało u niej to, że głowa przez chwilę została w tyle, gdy jej ciało ruszyło w przód.
- O JAPIERNICZE - powiedziała z przerażeniem w oczach, gdy dostrzegła, że za nimi biegnie kolejny, uzbrojony gościu. "O ten cwaniaczek, chciał nas zajumać od tylca"- pomyślała i nadal biegła za swoim nowym ziomkiem, uważając, żeby nie wpaść na żadną beczkę ani skrzynię, które mijali po drodze. Mirze zaświeciła się świeczka nad głową, bowiem wpadła na pomysł. Nie zbyt wyszukany, ale zawsze coś. W biegu zrobiła więc obrocik, a nogą kopnęła jedną z beczek, najszybciej jak potrafiła. Drewniana beczka poleciała prosto na ich oprawcę, jednak niestety, ku wielkim zdziwieniu Miry, beczka nie wyrządziła mu żadnej krzywdy, a jedynie rozbiła się o coś, czego użył do obrony. Nie dostrzegła dokładnie, czy to był jakiś miecz, ręka czy coś jeszcze innego, w każdym razie już tak nie cwaniaczkowała i włączyła motorek, aby biec nieco szybciej. Przestraszyła się jak cholera. Do tego nie miała zielonego pojęcia, z jakiego klanu był ten facet i jakie dokładnie miał zamiary, dlatego zaczęła dopiero teraz szukać w pamięci, czy przypadkiem nie zna chociażby charakteru zbroi.
"Chwila... inkwizycja, inkwizycja, tak tak, przecież przed chwilą tak do niego powiedział..."- no to jeden problem miała już z głowy.
Gdy dobiegli do ślepego zaułka, Mira ześwirowała, bo cholera jasna, trafili na zaślepkę, akurat wtedy,  gdy za nimi podążała złowroga trójca i na pewno nie mieli dobrych zamiarów.
"Jak niektórzy to robią, że ktoś nie ma zapachu, a go wyczuwają, o co chodzi" - Myśli Miry nie chciały ani trochę współpracować w tej sytuacji, przez co wróciła pamięcią do momentu przed chwilą. Po rozpoczęciu kamuflowania, jej mózg zaczął świdrować, no w każdym razie przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje. Podeszła więc bliżej wysokiego, prostego muru i zaczęła szukać dłońmi ruchomej cegły, bo ubzdurało jej się, że skoro uciekają, a trafili na ścianę, to gdzieś w niej musi być ukryta cegła, która aktywuje tajne przejście. A mur był trochę przechylony u samej góry, więc musiałaby się tak czy siak odbić jako gepard od jakiegoś dachu naprzeciwko. W tej chwili jednak zważając na to, że albo ta cała inkwizycja, albo aura użyta do ochrony przez nowego towarzysza była wyczuta przez nią pierwszy raz, to na moment się zbytnio zamyśliła. Do tego dodajmy zbytnio stresującą sytuację, a powstanie istny armagedon.
- Nie mogę znaleźć, wszyscy zginiemy. - łapiąc się za głowę zaczęła panikować i próbowała ogarnąć jakoś zaistniałą sytuację. Zrobiła więc to, co potrafiła najlepiej. A mianowicie przysunęła jedyną skrzynię, która znajdowała się w jej zasięgu i za nią przykucnęła, wystawiając tylko pół głowy. Jednak po chwili usłyszała coś w stylu: "O nie, tak nie będzie" zza rogu. Okazało się bowiem, że inkwizytorzy ich nie odnaleźli, tragedia się nie wydarzyła, ale co się najadła strachu, to jej. W kolejnych sekundach zorientowała się, że są tutaj w miarę bezpieczni, bo jakimś cudem oprawcy jeszcze ich nie namierzyli.
Rozglądnęła się więc dookoła, później spojrzała na kompana, z którym zwiała, później jeszcze raz po wszystkich ścianach dookoła i zrobiła minę pod tytułem: "Co się tutaj właściwie stało?". Bandziory chyba sobie odpuścili, bo już nie było ich nawet słychać, jednak Mira nie była pewna, czy zaraz któryś z nich nie zaatakuje ich po użyciu ukrytego przejścia w murze za nimi...
- Tak w ogóle, to miło cię poznać, jestem Mira. - podała mu dłoń, bo tak szczerze, to sama osobiście nie lubiła, gdy z kimś przebywa chociaż chwilę dłużej, a nie zna chociażby imienia drugiej osoby. - Mam nadzieję, że nas nie śledzą... - zmarszczyła nos i znowu się rozglądnęła, bo na prawdę nie była dobra w wyczuwaniu jakiegokolwiek zagrożenia. Jedyne, co w tej chwili przyciągało jej nos, to było ciastko, które dostała wcześniej od nieznajomego, a które zostawiła sobie na później, bo jak to się nie podzielić takim prezentem.

czwartek, 13 czerwca 2019

Od Miry do Xarena - Nostalgię czas zacząć

- Co to ma być za śledzenie? - żując kolejny kawałek bagiety, Mira zadała pytanie retoryczne gołębiowi, który za nią cały czas łaził, oczekując kawałka chlebka. Gołąbek jednak zachowywał się jak profesjonalny tajny agent i nie odpowiedział nawet słowem. Zagruchał tylko kilka razy. Mira już wiedziała, ona już czuła, że to nie był pokojowy odgłos. Momentalnie zleciało się całe stado gołębi. Stada ją dzisiaj prześladowały.
- Oooooo nie, nie nie nie, nie weźmiesz mnie na litość, ja też muszę wykarmić całą moją jednoosobową rodzinę, wie...
Nie zdążyła dokończyć zdania, a gołębie się rzuciły na nią i na jej chlebek, co wywołało wymachiwanie rękami w każdą możliwą stronę, na jaką tylko pozwalały stawy, no i wyrzuceniem plecaka gdzieś w kosmos, którym Mira zamierzała się obronić choć trochę przed dziobaniem i drapaniem.
Nie dość, że jej ukradzione jedzenie zostało ukradzione, to jeszcze drugą część żarcia wyrzuciła gdzieś w powietrze. Razem z torbą. Przez tą całą sytuację dopiero teraz zauważyła, że przebieg stad już się skończył. Wypluła więc pióra, które przykleiły jej się do języka, gdy się wydzierała w niebogłosy, a następnie poczłapała szukać plecaka. Gdy tak przeszła kilka kroków, usłyszała wołanie. Zastanowiło ją to okropnie, bo to, co wypowiadał gościu, brzmiało cholernie nietypowo, jak na poszukiwania kogoś.
Poruszając się nadal po dachach domów, podbiegła bliżej, żeby się temu przyjżeć. Zaparkowała na psełdo attyce obok komina, siadając po turecku, bo przy okazji zgubiła buta, bo też jej gdzieś w powietrze wyleciał.
- Hej, Panie Śnieżka, kogoś coś pan zgubił? Może się ludzie pogubili w tym zmieszanym tłumie - gdy ten się odwrócił w jej stronę, wyprostowała się i wskazała palcem w stronę, w którą pognało stado ludzi, bo to drugie się gdzieś rozbiegło. - Albo może niech pan ogłoszenia rozwiesi, bo brzmi pan jak Narcyz wołający jakąś kobite - po tym spojrzała na nieznajomego z miną w stylu: "Serio, ja nie zmyślam".
Zanim facet zdążył cokolwiek powiedzieć, Mira wtrąciła jeszcze kolejne pięć groszy:
- Ale możliwe, że tego, kogo pan szuka, zadziobały gołębie. - to znów wywołało u niej smutną retrospekcję sprzed kilku minut. Nieznajomy podniósł rękę, no widać było jak w mordę strzelił, że ma coś ważnego do powiedzenia. Mira w międzyczasie sobie na spokojnie zeskoczyła z dachu i podeszła parę kroków. Już chciała spytać nieznajomego, gdzie kupił tą zarąbistą kamizelkę.
- To ona, zapierdzieliła mi bagiete! - dalszy rozwój akcji przerwał facio, który wyszedł zza rogu budynku i ujrzywszy Mirę całą w piórach i zadrapaniach, rzucił się do biegu w ich stronę, unosząc chwiejną rękę, w której znajdował się nóż do chleba.
Mira jak to Mira, myślała, że jej serce zaraz wyskoczy, ale niewiele myśląc, obczaiła ile ma piór na sobie i zaczęła poruszać rękami jak kura, kracząc przy tym jak wrona, poruszajac charakterystycznie głową. Facet musiał być nachlany, bo migusiem się zatrzymał.
- Ojjjj... biedny człowiek... miałeś trudny przebieg biznesu przez te niemiłe gołębie, które zjadały ci chleb... - Mira miała nadzieję jakoś przedłużyć czas na ogarnięcie, czy gdzieś tutaj nie ma jej plecaka przy okazji. Gdy tak mówiła, ujrzała, że jednak go nie ma w tym obszarze.
- Ale chwila... - straszny sprzedawca podrapał się po łysinie - ... przecież ty jesteś ich przywódcą! GIŃ MASZKARO, wiedźmo francowata!
Przełknęła ślinę i odeszła parę kroków w tył, machając rękami.
- Wiejemy - powiedziała szeptem do nowo poznanego, białowłosego wędrowca, po czym natychmiast zaczęła spierniczać przed okradzionym, wyskakując na płot, a później dzięki niemu robiąc sobie skrót, biegła przez kolejną alejkę. Przez chwilę słyszała za sobą krzyki sprzedawcy, jednak po chwili ucichły. Mira zwolniła bieg, a po chwili już stała w miejscu, oglądając się za siebie.
- Co on, załatwił go? Oooooo nie, ooooo nie nie nieeee - trzymając się za głowę zaczęła się wracać myśląc, co powie na pogrzebie nieznajomego, no i jeszcze ile będzie ją kosztować dobry adwokat... Ukratkiem wyjrzała więc zza murku, by ogarnąć sytuację w miejscu, gdzie wyskoczył zza rogu ten gościu od bagiety.

<Xaren?>

wtorek, 11 czerwca 2019

Od Miry - Nostalgię czas zacząć

"Nigdy bym nie pomyślała, że ten rozdział podróży tak szybko się skończy"- pomyślała Mira, gdy machała do Tenge, która także jej odmachiwała już z daleka. A jeszcze kilka dni wcześniej razem przeżywały niezłą akcję z Isarionem, który też z resztą musiał odejść w całkiem inną stronę. A jakieś 10 minut wcześniej Mira nie chciała puścić nogi Tenge, bo była załamana, że ta musi odejść.
Mira mimo smutku była trochę przyzwyczajona do samotnej podróży, jednak nie była przygotowana na taką sytuację. Tenge została natychmiast wezwana w pewne odległe miejsce, niestety sama, ponieważ to jakaś sprawa tajna, na pewno niemałej wagi. Zmiennokształtna nadal patrzyła na oddalającą się sylwetkę przyjaciółki, trzymając w dłoni niewielkie drewienko, takie otwierane, w którym był wspólny portret Miry i Tenge, który dostały, gdy spotkały na polnej drodze ulicznego rysownika.
Gdy sylwetka zniknęła za pagórkiem, a jednocześnie horyzontem razem z oddziałem kruków, które radośnie skrzeczały na pożegnanie, Mira zmarszczyła brwi i westchnęła. Otworzyła drewienko, które było jak okładka książki bez kartek w środku i zobaczyła sobie jeszcze raz na rysunek, zanim schowała go w swoim torbo plecaku.
- No cóż - westchnęła, zawiązując plecak - czas iść coś wszamać.
Mimo co jakiś czas poburkującego żołądka, myśli Miry nie odbiegały ani trochę od wcześniejszych przeżyć. Mimo, że niektóre ucieczki sprawiały, że jej włosy jeżyły się na głowie, to i tak bardzo miło wspominała czas z krukowatą kobitą.
Jej nostalgię przerwał nagły, mega słodki zapach jakiegoś dziwnego sosu, któego jeszcze wcześniej nigdy nie spotkała. To oznaczało, że miasteczko już blisko, a gdzie miasteczko- tam żarcie. Podbiegła więc za krzaki a przed jej oczami wyrosły kamienno drewniane chałupy. Uradowana zaczęła więc dreptać w obszar karczmowo- targowy.
Gdy tak chodziła i zachwycała się wyglądem i zapachami różnorodnego jedzenia, nagle zobaczyła, jak niektórzy ludzie wbiegają do swoich (lub nie) domów, inni wyglądają z okna pobliskiej jadłodajni, a jeszcze inni po prostu się patrzą. Mira także spojrzała w miejsce zamieszki, gdzie zobaczyła na serio jakąś zamieszkę, ale to typowe, także strażników nikt nawet nie wzywał, o ile tutaj jacyś są. Mira, wykorzystując całą sytuację, od razu chapnęła bagiete, a z innego kramiku łapnęła gruszkę, a jeszcze z jednego obok jakiegoś zdechłego, chudego kurczaka, obskubanego z piór. Po tym natychmiast skoczyła w jedną z wąskich uliczek i biegła tak z buta jeszcze chwilkę upewniając się, że nikt za nią nie podąża. Odetchnęła z ulgą, gdy się obejrzała, po czym przykucnęła za jakąś beczką, by schować zdobycze do plecaka.
- Pam, param pam... - uśmiechając się i nucąc, wstała na równe nogi, ale w oddali usłyszała, jakby jakieś stado biegło w stronę, gdzie ona się znajduje. Odwróciła głowę w prawo i nagle zbledła z przerażenia. Stado ludzi biegło chyba jakiś maraton, bo zapierniczali tak, aż się ziemia trzęsła. U Miry od razu pojawiła się myśl: "Ja piernicze. To wszystko przez te głupie bagiety", następnie wzięła nogi za pas, i skręciła w jakąś alejkę, by później wyskoczyć na jeden z dachów.
Siedząc tak z oczami jak u gołębia, dostrzegła, że stado ludzi przed czymś ucieka. Wyjrzała więc bardziej znad ściany, by zobaczyć mniejsze stado młodych byków pędzących tak, że sie kurzy. Dostrzegła także, że za tym całym stadem biegnie jeszcze jedna postać, ale niestety Mira nie miała aż tak perfekcyjnego wzroku, aby dostrzec dokładnie kto to. Do tego nad ziemią unosiła się dosyć spora chmura dymu przez oba stada...

<Tajemnicza postacio? I mean Łuki>

poniedziałek, 18 marca 2019

Mira - Fabuła I

- OSZ CHOLERA! - głośno dysząc, biegłam ze wszystkich sił w stronę lasu rosnącego zaraz obok wioski, w której dzień temu postanowiłam się zatrzymać.
Nie sądziłam, że spotka mnie kiedyś ten problem, że nie będę dała rady się przemienić w trakcie ucieczki. Jedyne co mi teraz zostało, to skakanie po koronach drzew, ale to i tak nie gwarantowało mi udanej ucieczki. W każdej chwili mogłam nadepnąć na jakąś cienką gałąź, albo jej brak...
Nie oglądałam się, ponieważ słyszałam groźby dwóch rozwścieczonych facetów, które były oczywiście skierowane w moją stronę, a jakże by inaczej. To wcale nie przez to, że przyłapali mnie na kradzieży świeżutkich pączków prosto z pieca... no dobra, przez to, ale nie ważne.
"WRESZCIE!"- ucieszyłam się w duszy, gdy w końcu odzyskałam panowanie nad przemianą. Natychmiast odepchnęłam się smukłymi, centkowanymi łapami od kolejnej, grubszej gałęzi i poleciałam jak najdalej tylko dam radę, gubiąc tych, którzy próbowali mnie schwytać.
"Szybciejszybciejszybciejświętamakrelo"- mimo, że wiedziałam, że nie mają szans mnie dogonić, to i tak to uczucie strachu przed zagrożeniem nigdy nie dawało mi spokoju. W takim obliczu zawsze wiodczały mi kończyny i nie było mi łatwo się opanować.
Ale zastanawiało mnie to, dlaczego czułam takie zachwianie w mózgu, przez co nie mogłam zapanować nad zmianą formy. Cała zdyszana przez to, że wcześniej musiałam biec o ludzkich siłach, usiadłam w jednym z wydrążonych miejsc w skale, która znajdowała się w lasku na wyżynie. Wracając do ludzkiej formy oparłam się o kamień, który natychmiast schłodził moje mokre plecy, a nogi wyciągnęłam przed siebie. Wypuściłam całe powietrze z płuc, a przy okazji niechcący rypnęłam zbyt mocno głową w skałę.
Po chwili przysłuchiwaniu się szelestowi liści, zachwycałam się widokiem, jak światło wschodzącego słońca działa na widok lasu. Kocham ten widok. No i  klimat. To był jeden z tych momentów, gdy do moich myśli zaczęły napływać nostalgiczne wspomnienia.
Założyłam nogę na nogę, oparłam wygodniej głowę i przymknęłam oczy. Moje myśli krążyły teraz wokół tego, w jakie kolejne miejsce by się tutaj udać. Do tamtej wioski szybko nie wrócę, także o tym nawet nie ma co się rozwodzić. Niespodziewanie poczułam coś na nosie. Nie tylko jakiś dziwny zapach, ale i czubek nosa zaczął mnie swędzieć. Otworzyłam oczy i natychmiast podwinęłam nogi, po czym w żabim stylu odskoczyłam w bok. Najpierw towarzyszył mi przy tym przeraźliwy krzyk niewiasty wołającej o pomoc swego Romea, co z kolei przeobraziło się w niesamowicie melodyjny krzyk rozpaczy. Ponieważ strach przed osobą, którą ujrzałam powiązał się z tym, że przez ten skok spadłam z górki, by po chwili zatrzymać się głową w stronę dalszej części stoku.
- Fffyyyhhhhhhh... - to jedyne co potrafiłam z siebie wydobyć, gdy powoli odgarniałam runo leśne z mojej twarzy i szyi.
- Nic ci nie jest !?- usłyszałam kobiecy głos ze szczytu górki, z której właśnie zleciałam prawdopodobnie w stylu wystraszonej kury.
- Mam... tfu... nadzieję... ble... - odpowiedziałam wypluwając ziemię, która podczas szalonego rajdu dostała mi się do ust, niczym kawałki trzewików ostatnim zawodnikom na wyścigach biegania. Niedługo po tym nieznajoma z uszami jak misiek pomogła mi się podnieść. Oddaliłam się dwa kroki i przyjrzałam się jej dokładniej. Miała nietypowy kolor skóry, jak jakiś nieboszczyk, okropnie blade. Dodatkowo ciało miała wysadzane paskami, jak u tygrysa. Ciekawe. Pogładziłam swój nieistniejący bicek na ramieniu, bo zrobił mi się na nim siniak przez ten upadek.
- Zapomniałaś czegoś- powiedziała, niemal rzucając mi w twarz moim plecakiem. Brakuje tylko żeby mi zęby wybili.
- Dzięki... - odparłam niepewnie.
Nastała niezręczna cisza. Założyłam plecak na ramiona.
- Em... jesteś strażnikiem?... -zapytałam powoli oddalając się od niej jeszcze ze trzy kroki. Dziewczyna zrobiła wielkie oczy, po czym natychmiast przyskoczyła bliżej mnie.
- Tak! Skąd wiedziałaś?? Próbuję to zatuszować! - rozłożyła ręce, a następnie w zdenerwowaniu zmarszczyła czoło i zrobiła gest palcem, jakby mi groziła. Rozglądnęła się wokoło, po czym wzrok znów skierowała na mnie.- Nikomu ani słowa!
Co? Że jakiś tajny agent? Tak czy siak wolałam się nie przyznawać ŻADNEMU strażnikowi, że zdarza mi się podpierniczyć pączki...
- Czyli... bronisz prawa, nie? Nie nudzi ci się ta robota? - zadałam pytanie, żeby nie było, że się cholernie cykam strażników.
Ta spojrzała na mnie okropnie zdziwiona.
- O czym ty mówisz?... A, no tak, zapomniałam, że tutaj u was strażnik oznacza całkiem coś innego. Uff... weź mnie nie strasz, haha!- poklepała mnie po ramieniu. - Dobre siostro, dobre. A co, ty też próbujesz zwiać, nie?
Przełknęłam ślinę.
- Tak... tak trochę... - na mojej twarzy pojawił się stresowy uśmiech i podniesione brwi.
- Ha! Wiedziałam! - najwyraźniej się ucieszyła. No cóż, w zasadzie to sama się zaśmiałam. - Jestem Sinta Donna! - podała mi dłoń, którą uścisnęłam.
- Ale masz milutkie dłonie, oooo- przez chwilę zachwycałam się tymi dłońmi, które były jakby zrobione z puszku. Zarąbista sprawa.- A ja Mira, miło mi. - uśmiechnęłyśmy się do siebie.
Niebawem wyszłyśmy spowrotem na górę. Sinta rozglądnęła się w prawo, lewo, w górę, za siebie, a później spojrzała w moją stronę.
- Too... gdzie idziemy?- zaczęła. - Wiesz, nie znam dobrze tego świata, może byś mnie trochę oprowadziła?
"Tego świata?" To skąd ona do jasnego felka pochodzi? Może w jej terenie jest takie określenie na inny kontynent, że określają to jako zupełnie inny świat? Ale to jest niemożliwe, jak niby by sama przeszła przez pół kontynentu, jeżeli byłaby z innego, skoro nie zna tutaj niczego? Już mi się własne myśli poplątały, dlatego po prostu stwierdziłam, że najłatwiej będzie ją zapytać. Więc gdy po przechadzce przez lasek zatrzymałyśmy się na piknik, skorzystałam z okazji.
- A ty skąd jesteś? - zaczęłam, podając jej jednego z pączków, które udało mi się zwinąć.
Widać, że trochę się zawahała nad odpowiedzią. Westchnęła, po czym znowu nabrała powietrza do płuc.
- Z wymiaru zwanego Arco. - przyjęła ode mnie jedzenie i zaczęła opowiadać, uprzednio wąchając pączka.- Wiem, że tutaj bardzo, bardzo sporadycznie można spotkać jakiegokolwiek podróżnika między wymiarowego, z resztą tak samo, jak u nas. Niektórym po prostu zbyt dobrze jest w naszym świecie, więc się nigdzie nie ruszają uważając, że to błędne myślenie, gdy ktoś chce poznać co jest dalej. Ty być może nie zrozumiesz, bo czuję, że podróżujesz... - wzięła kęs oponki. - A ja chciałam spróbować w nowym świecie, w nowym miejscu, stworzyć tutaj może coś fajnego, poznawać inne istoty i ludzi, no i zwyczaje.
- W zasadzie to dokładnie wiem, jakie to uczucie. Zanim wyruszyłam, to miałam takie pragnienie, żeby poodwiedzać inne miejsca, zobaczyć innych ludzi itp...
- No, to jednak wiesz - uśmiechnęła się- no, to miałam tak samo. Moi rodzice, wygodnisie, kazali mi oczywiście ten pomysł wykluczyć z głowy, straszyli mnie, że gdy będę próbowała do nich wrócić, to mi się nie uda i zaginę na zawsze w wymiarze Indefinido. O tym wymiarze w zasadzie nikt nic nie wie, wiadomo tylko, że to nazwa określająca coś, z czego się już nigdy nikt nie wydostał.
- To jakim cudem wiadomo, że takie coś istnieje? - byłam lekko zdezorientowana tym wymiarem.
- Wiadomo, bo niektórym się udawało przedostać spowrotem, a niektórym nie. No i waśnie też przez to prawie każdy u mnie boi się "wyjeżdżać" ze strachu, że w innych wymiarach będzie o wiele gorzej i nie będą mogli wrócić do rodzinnego miejsca.
- A więc to tak... W sumie też bym się bała, gdybym nie była pewna, czy będę w stanie wrócić do domu.
Przytaknęłyśmy obie naszymi głowami.
- Mnie udało się przedostać przez Przekrętną Norę, bo w zasadzie tylko tak potrafię nazwać to miejsce.
- To brzmi jak opowieść o Alicji w Krainie Snów. Też wpadła do nory, gdy biegła za białym królikiem.
Po chwili okazało się, że mamy o wiele więcej wspólnych tematów, niż myślałam. Z Sintą bardzo dobrze mi się rozmawiało, nawet się nie ogarnęłyśmy, kiedy słońce już chyliło się ku zachodowi. To wtedy Sinta zaczęła się zachwycać kolorami ponad "tymi wielkimi kawałkami piasku". Mówiła o chmurach, ale jak widać, tam u nich mieli całkiem inne określenia na rzeczy. Te same słowa, jednak inne znaczenia.
Nagle jak grom z jasnego nieba, o zgrozo, o święta makrelo, o w mordę jeża, zostałyśmy otoczone przez jakiś dziwny gang facetów, którzy wydawali z siebie dźwięki jak dzikie goryle. Ja się prawie zesikałam ze strachu, a Sinta podniosła się do pozycji stojącej i przyglądnęła się jednemu z mężczyzn.
- Witajcie ludzie! Macie bardzo gustowne kubraczki! - ona chyba nie wiedziała, kto właśnie przed nią stoi.
Facet zdziwiony z bronią wymierzoną w nas obie, wybuchł śmiechem.
- Dzięki kotku, akurat ten został stworzony ze skóry sępa i krokodyla. - po czym słychać było przeładowanie magazynku. - A teraz pójdziecie sobie spokojnie z nami.
Powoli założyłam plecak i wstałam, stanęłam obok Sinty, podczas gdy cała grupa zbirów coraz bardziej się do nas zbliżała. Byli dosłownie wszędzie, nawet nie wiem ilu. Nie dość, że czułam brak siły w kończynach, to jeszcze byłam zdenerwowana, że znowu jestem celem zamachu. No to fajnie.
Poczułam, że Sinta złapała mnie za dłoń. Miło, przynajmniej mi się tak ręce nie trzęsą.
- Będzie trzęsło. - szepnęła ostrożnie do mnie. - Za dużo ich.
Ale że co niby???
Nie miałam czasu się zastanawiać, gdy nagle poczułam, że spadam. Dłoń Sinty gdzieś umknęła, a ja poczułam znowu ten sam niedowład w duszy, jakby mi ktoś wyssał moc. Przez spadanie czułam motyle w brzuchu, a przez ciemność nie byłam w stanie nawet rozróżnić, czy mam oczy zamknięte, czy otwarte. Starałam się mimo wszystko trzymać powieki cały czas uniesione jak najbardziej tylko możliwe. Po krótkiej chwili lotu byłam już w stanie dostrzec coś niżej, ponieważ mgła robiła się fazami coraz rzadsza.
- Mira!!!- usłyszałam wołanie trochę dalej ode mnie i natychmiast zwróciłam głowę w tamtą stronę, gdzie zobaczyłam Sintę. Ucieszyłam się i jako, że jeszcze obie byłyśmy w locie, to popłynęłam do niej odpychając się od powietrza. - Mamy kłopot... - dokończyła po chwili.
- WIESZ, ŻE ZA CHWILĘ ZOSTANIE Z NAS PAPKA?!?! - zaczęłam krzyczeć, w zasadzie to przerywając jej chyba zdanie, gdy już byłam niej nieco bliżej, na co ona tylko spojrzała w dół. Przez jej reakcję jeszcze bardziej spanikowałam i łzy zaczęły mi lecieć z oczu. Ziemia zbliżała się coraz bardziej.
Nagle uderzyłam w wielką pustynię, której kamyczki były bardzo podobne do zwyczajnego piasku. Mimo, że leciałyśmy z tak wielką prędkością, to czułam, jakbyśmy obie wylądowały na tonie piór. Piasek pod moim ciężarem nawet wystrzelił w powietrze, po czym rozwiał się jak pył. Nawet nie mam porównania do tego, co czułam w tym momencie, czy też widziałam. Nigdy sobie nawet nie wyobrażałam, że taki wymiar może istnieć na prawdę. Jednak mój wzrok zaczął poszukiwania znajomej osoby. Gdy ją wypatrzyłam, to zauważyłam, że gdy szła po tej gigantycznej pustyni, to nie mogła złapać równowagi. Jednak jakoś udało jej się dotrzeć do mnie. Nie wiem, jakim cudem ją tak daleko wywaliło, no ale kurde, to jest inny wymiar.
- Słuchaj... - powiedziała z lekką paniką, opierając dłonie na kolanach. -... mamy przerąbane.
Spojrzałam na nią przestraszona, pytając wzrokiem o co chodzi.
- To nie mój wymiar. Kamień nie zadziałał poprawnie, ale nie miałam wyjścia! Ich było za dużo, a nie mogłam narażać ciebie, bo gdybym użyła ataku, to mogłabyś razem z tamtymi wylecieć w powietrze!
- Czyli... trafiliśmy... - ledwo mówiłam.
- Do Indefinido. - dokończyła za mnie.
W tym momencie myślałam, że zemdleję. Zebrałam jednak w sobie wszystkie możliwe siły i wstałam. Jednak momentalnie upadłam na czworaka. Faktycznie, ja też nie dałam rady utrzymać tutaj równowagi. Ziemia z piasku była okropnie niestabilna, nie była przystosowana na chodzenie po niej. Rozglądnęłam się wokoło. Niebo było całkowicie czarne... o ile można to nazwać niebem. Jednak wszystko było dokładnie widać, każdą górę z piasku, a nawet nasze sylwetki.
- Czekaj... chodźmy na tamtą górę, może stamtąd będzie widać jakieś wyjście!- po czym zaczęłam iść jak bobas, bo na czworaka, w stronę tej dosyć dużej górki usypanej ze złocistego piasku, który nas otaczał. Po chwili koleżanka coś krzyknęła, odwróciłam się więc i zobaczyłam, że za nami utworzyła się gigantyczna ściana z piasku. Była daleko, ale było ją widać idealnie. z lewej strony utworzyła się także jama. Jednak byłam już dosyć wysoko szczytu góry, więc zaraz, gdy wyszłam na samą górę, spojrzałam, co się za nią kryje.
Szczena mi opadła, gdy ujrzałam okropnie czarną przepaść,która ciągnęła się bardzo, bardzo daleko, a jej końca nie było widać. Dalej w lewo, gdzie widziałam kątem oka, ciągły się zakończenia gór i wyżyn, tak samo jak ta, na której byłam. Nad czernią unosił się wielki napis stworzony z tego samego materiału, z którego skonstruowana była cała ziemia tutaj.
"NIE TUTAJ ZNAJDUJE SIĘ POSZUKIWANE PRZEZ CIEBIE WYJŚCIE."
Nie mogłam wyjść z podziwu, co tutaj się dzieje. Serce już teraz biło mi pięćdziesiąt uderzeń na sekundę. Piasek mimo, że uciekał spod moich rąk i spadał w przepaść, to z góry go nie ubywało.
Nagle jednak poczułam, że ubywa piasku spod moich nóg. Odwróciłam się i natychmiastowo zaczęłam mimowolnie zjeżdżać z góry. Cały piasek pode mną pchał mnie coraz szybciej w dół, czułam się jak na zjeżdżalni. Z resztą Sinta chyba też...
Na środku pustyni utworzył się wir, który wciągał piasek w dziurę, a my tam właśnie w tym momencie płynęłyśmy. Zbliżałyśmy się obie bardzo szybko do wielkiego, wciągającego wszystko dołu. Jedyne co mnie cieszyło, to to, że nie jestem tutaj sama. No i fajnie, przynajmniej jest zjeżdżalnia... Nie no, tak na serio, to już sikałam ze strachu.
Po kilkunastu sekundach wir wyrzucił nas na kolejny poziom. Przez chwilę jechałyśmy przez zakrytą, piaskową zjeżdżalnię, żeby potem znowu lecieć w dół. Jednak tym razem widziałyśmy już od razu ląd. Osobiście już się przygotowałam psychicznie na to wieczne spadanie w koło, kolejne psychiczne wiry i podłoże, po którym nie da się chodzić...
Jednak ku mojemu zdziwieniu, wpadłyśmy obie przez osłonę z piachu i wylądowałyśmy w pomieszczeniu, które było podzielone pół ściankami na mniejsze pomieszczenia. Były oddzielone, tak jak w sali szpitalnej. Od razu podniosłyśmy się z podłogi na której wylądowałyśmy. Cała budowla była smukła i niewielka i prostokątna. Nie miała dachu. Zbudowana z zielonego kamienia, połyskującego na morski kolor, wyglądała, jakby była zbudowana z cieniutkich i lichych cegiełek. Sinta wylądowała trochę dalej ode mnie, ja natomiast stałam dosyć blisko lustra, które dorównywało mi wzrostem. Nie mogłam się odsunąć dalej, bo była już ściana. Nagle ujrzałam, jak z lustra wypada jakaś kartka, na której w ułamku sekundy ujrzałam jakiś niebieski... rysunek? Grafikę? Co to jest? Podniosłam ją. Przyjrzałam się bliżej niebieskiej, nienaturalnie ułożonej dłoni. Miała tak dziwną budowę, a jednak była dla mnie bardzo znajoma. Wyglądała na bardzo potężną, miała czarne, ostre paznokcie, a kolor miała dosyć ciemno niebieski. Odrzuciłam ją przestraszona i natychmiast przyszłam do przedziału obok, gdzie skuliłam się w kącie. Jakaś kobieta, która wyglądała jak pielęgniarka, natychmiast przyniosła mi to zdjęcie, ale ja nie chciałam go widzieć.
- Nie! Zabierzcie to! - krzyczałam. Jednak ona przykleiła kartkę z tą "fotografią" na ścianie przede mną. Obok przykleiła także inne zdjęcie ze straszną twarzą, która zamiast oczu miała dwie czarne dziury. Ze strachu okropnie się pociłam, nie wiedziałam zupełnie, co mam robić. Z tego wyrwała mnie Sinta, która złapała mnie za rękę i pociągnęła znowu do tego lustra.
- Widzisz to??? Tędy możemy przejść! - ta ucieszona i zachwycona wskazywało na to, co przed chwilą sprawiło, że chciałam odejść ze świata żywych. Jednak spojrzałam na lustro, a tam zobaczyłam sylwetkę w bardzo modnym stroju. To zdecydowanie był facet. Spojrzałam wyżej, aby obczaić jego twarz, jednak znów zamarłam. Oczodoły miał ledwo zarysowane, z resztą tak samo jak miejsce, w którym powinny znajdować się usta. Twarz lekko zakrywały mu przetłuszczone, czarne włosy, które miały długość do podbródka. Dobra, ja już nie wyrabiam, już w tym momencie nie wiedziałam, czy ci faceci wcześniej w nas czymś trafili, że mam takie zwidy, czy to jest tak porypany wymiar.
- Lustro o twym największym strachu mówi. Jednak gdy pan ciemności cię szczerze nienawidzi, to przychodzi we własnej osobie. - pielęgniarka wyjaśniła nam, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Super. Miałam ochotę teraz się rozpłakać.
Postać tego gościa zaczęła iść w naszą stronę. Zamiast jakiegokolwiek odbicia widziałam tylko jego.
- Dobra, nie słuchaj jej, idziemy! Tam widać las z twojego świata! - Sinta szarpała mnie za rękę. - Wejdziemy razem, dobra, liczę do trzech! Jak się uda, to będziemy pierwszymi, które wyszły z niewiadomego wymiaru! Ahaha! - zaczęła podskakiwać ze szczęścia, a ten blady zbliżał się do nas coraz bardziej! Po chwili już wyciągał już dłoń przed siebie, która zaczęła wychodzić po naszej stronie lustra.
Wzięłam do płuc jak najwięcej powietrza, jak tylko potrafię, chwyciłam bez ostrzeżenia towarzyszkę mocno za rękę.
- Dobra, TRZY!- I ruszyłam z całej pety w stronę lustra. Obróciłam się lekko bokiem, by zmniejszyć do minimum ewentualne obrażenia spowodowane rozbitym szkłem. Przez chwilę czułam mega mocne drapnięcie w żebro, jednak nie minęła nawet sekunda tego całego zdarzenia, jak wypadłyśmy na dosyć twardą trawę.
- Co... CO TO MIAŁO BYĆ?!?!? Mira, co się stało? - Gdy tylko się trochę ogarnęłyśmy, a po przejściu nie było śladu, kawałki lustra uniosły się i zamieniły w pył. Sinta usiadła i spojrzała na mnie. - O NIE! TY KRWAWISZ! Daj mi to! - zabrała natychmiast mój plecak, który wylądował gdzieś dalej, po czym biegiem do mnie wróciła.
- Dobra, teraz mi powiedz, co się tam stało? - zapytała spokojniej odkażając mi ranę. Było mi okropnie niedobrze. Nie dość, że ta rana okropnie boli, to jeszcze dostałam szoku międzywymiarowego.
- Więc... - westchnęłam- ...w lustrze musiałaś zobaczyć zupełnie coś innego, bo ja widziałam jakiegoś okropnie strasznego faceta, który zaczął do nas iść. Nawet wystawił doń przez lustro, no i przestraszyłam się i chciałam jakoś stamtąd uciec... Ała! -rana zapiekła.
- Hm... możliwe... - przyznała przy okazji biorąc jakiś wcześniej przygotowany bandaż.- Więc to on cię tak nieźle drapnął. Trochę czasu to zajmie, zanim ci się to całkowicie zakryje skórą.
Podziękowałam jej za opatrunek i zsunęłam spowrotem podartą koszulkę na brzuch. Podniosłam się i oparłam o drzewo.
- Trochę mi głupio, że nas w to wciągnęłam. - powiedziała Sinta leżąc na trawie i obserwując chmury, które urządzały sobie wyścigi.
- Wiesz, przynajmniej będziemy miały co wspominać... Szkoda, że jakiś turbo rysownik z nami nie poleciał. - na to obie wybuchłyśmy śmiechem. Ja trochę słabiej się śmiałam, ale to przez ranę. - Tak w ogóle, to głodna jestem, to latanie mnie wykończyło.
- No, ja też... Znasz jakieś jugondy w pobliżu? Znaczy się miejsca, gdzie można znaleźć jedzenie? Wiesz, gdzie się siada i czeka, aż ktoś ci przyniesie jedzenie.- wytłumaczyła.
- W pobliżu nie. Ale zawsze możemy iść dalej na wschód, to na pewno znajdziemy coś po drodze.
Niedługo później ruszyłyśmy w dalszą drogę. Towarzyszył nam nadal ten sam zachód słońca, a wiatr miło powiewał nam w twarz i włosy. No bo co tu kryć, po pierwsze zaczęło nam się nudzić, a po drugie obie nie chciałyśmy przebywać dłużej w tym miejscu.

wtorek, 12 lutego 2019

Od Miry do Isariona - Piękne zachody słońca/Całkiem inny dzień

Gdy wyciągnęłam strzałę z tego skrzydła, myślałam, że zwymiotuję. Ale jemu potrzebna była pomoc, także starałam się, aby moje myśli krążyły wokół wszystkiego innego, byleby nie na tym, co teraz robię. Tenge opatrzyła przebite skrzydło, po czym obie nas przedstawiła nowo poznanemu. Po chwili ciszy, przez którą słychać było tylko szumy liści i hałasy ptaków z oddali, Tenge odwróciła się bardziej w moją stronę.
- Czyli tu też mieli zwiadowców z gildii... - powiedziała nieco zdenerwowana. Nie dziwię się jej, też mnie już zaczęły denerwować te ataki.- Ale ci nie mogą być z tej samej grupy, skoro jak widać od razu zabili nawet innych ludzi.- wskazała głową na ciała leżące w oddali. Reii w tym czasie przyleciała i gdy usadowiła się na ramieniu Tenge, zrobiła sobie pelerynkę z włosów przyjaciółki. Ja nadal nie mogłam się ogarnąć po zaistniałej sytuacji, więc nawet zapomniałam podziękować krukowi za ocalenie nam życia. Nawet zapomniałam o tym, że zgłodniałam, a to już była na prawdę niecodzienna sytuacja, że zapomniałam o drugiej najważniejszej rzeczy w życiu.
- Ej, ale może się stąd lepiej zmywajmy... Zanim ten gościu powstanie...- wskazałam kciukiem na tego, który chwilę temu ustrzelił Isariona.
- Hmm... Czekaj chwilę, rzucę tylko szybko okiem na jego naramiennik, na pewno ma tam znak (...)- reszty nie zrozumiałam, bo Tenge już pognała w stronę gościa, kóry jeszcze przed chwilą miał zamiar nas pozabijać. Ja zmarszczyłam tylko brwi, no i pot mnie znowu oblał. Chwilę poczekałam, no bo nie będę się kurde odwracać plecami, jakby coś się miało stać. Gorzej, jakby nas od tylca zaatakowali, to już by było pozamiatane...  Na myśl o tym włosy stanęły mi dęba. No i w końcu mój żołądek przypomninał o swoim istnieniu donośnie wołając o pomstę do kucharza, na co się tylko skrzywiłam. Gdy ujrzałam, jak Tenge już wraca, podeszłam do Isariona, który zamyślony w swoim wymiarze siedział parę metrów dalej. Dziwiłam się, że jeszcze nie odszedł gdzieś do siebie, albo coś w tym stylu. Ale wygądał na zestresowanego, bo siedział zgięty w pół, jakby bolał go jeszcze brzuch. Może też zgłodniał od tego wszystkiego? A może się zgubił i go przy okazji próbowali upolować? Ogólnie to jestem dosyć słaba w odgadywaniu ras, ale u niego to już chyba odrzuciłam połowę dla mnie znanych możliwości rasowych, ale to nie ważne.
- Hej, Isarion, słuchaj, ty sobie poradzisz z powrotem do domu?- podrapałam się po szyi, chyba uchwyciła się mnie jakaś cholerna pchła. Przykucnęłam przy plecaku, by zawiązać supeł. - Bo wiesz, stąd to wypadałoby się już oddalać moim zdaniem. Ja i Tenge idziemy w stronę lasu Duhaki, ale tak czy siak się chyba po drodze zatrzymamy, bo jestem już tak cholernie głodna... -w tym momencie już połowicznie zwróciłam się do Tenge, która dołączyła do naszego kółeczka naradzeniowego. Tak szczerze, to miałam cichą nadzieję, że chociaż ona ma coś przy sobie do wszamania, albo chociaż zna miejsce, gdzie jakiś przystojny piekarz... znaczy się, miejsce, gdzie można zjeść jakieś normalne jedzenie. - ...Tak w ogóle, to wszystko w porządku? - zwróciłam się tutaj znowu do Isariona, no bo powiedzmy sobie szczerze- nie wyglądał najlepiej, ale to najprawdopodobniej przez to jego biedne skrzydełko... Chyba mi ślinka cieknie na myśl o skrzydełkach z kurczaka.

<Isarion?>

piątek, 1 lutego 2019

Od Miry do Isariona - Piękne zachody słońca/Całkiem inny dzień

Uspokoiłam się trochę po tym, jak ogólne emocje z zaistniałej przed chwilą sytuacji nieco opadły. Podziwiam, że Tenge miała tyle sił, żeby spokojnie zapytać o imię. Mimo, że nawet uciekł ode mnie częściowy strach spowodowany nietypowym zdarzeniem, to nadal czułam, jak moje serce szaleńczo próbuje się wydostać na zewnątrz. Ale to było przez kogoś innego, nie przez Tenge ani tego Isariona.
Nagle nowo poznany mężczyzna niczym grom z jasnego nieba stworzył obok mnie parawan ze swojego skrzydła. W pierwszych milisekundach myślałam, że boi się, żeby mnie słońce nie przypiekło. Jednak już po niecałej sekundzie miałam przed nosem kawałek ostrej, gigantycznej strzały. Zdołałam się tylko podnieść i odsunąć, ja myślałam, że tutaj na zawał padnę, a moje serce to chyba jeszcze większych palpitacji dostało. Mimo, że wpadłam w popłoch, to dotarło do mnie, że Isarion ma zranione skrzydło...
Znienacka uczucie strachu zostało wykopane w kosmos przez poczucie złości. A, jednak nie, strach jednak chyba uczepił się aorty. W każdym razie wstałam. Mimo tego, że trzęsły mi się nogi, to zadzierając nos, górna warga drgała pod wpływem innych emocji, które przed chwilą zmieszały się ze sobą, tworząc gigantyczną, świecącą kulę, niczym ta na potańcówkach. Zauważyłam, że ten gościu, który trafił Isariona, ma podobny znak na chroniącej go odzieży, jak tamten, przed którym uciekałyśmy razem z Tenge jeszcze w wiosce. Nie było czasu na oglądanie sobie ubrań innych zebranych, ponieważ teraz już cała trójka przygotowywała się, aby ponownie zaatakować.
Gwałtownie zerwałam kawałek kłującego, sztywnego krzaku... No, może nie aż tak gwałtownie, po prostu starałam się złapać za miejsce przy ziemi, bo tam widziałam najmniej kolcy. Widziałam kątem oka, jak Tenge w pośpiechu coś szepce do Reii, a ja zebraną wiązkę włożyłam już w tym momencie wąsaty pysk.
Naraz ujrzałam, że jeden z facetów, którzy stali naprzeciwko nas, zdezorientowany spojrzał na stado kruków, które zaskakująco szybko się zleciało i całą rzeszą rzuciło się jak jeden mąż w stronę uzbrojonych chłopów. Dwóch z nich patrzyło z niedowierzaniem, co się dzieje, lecz jeden bez wzruszenia już mierzył w naszą stronę. W centkowanym futrze podbiegłam w mig do deikwenta, podskoczyłam, i w czasie lotu dałam mu po oczach garścią nadzianych przez kolce patyków. Nie zamierzałam go za bardzo zranić, ale niestety mi to nie wyszło, ponieważ kilka patyków zatrzymało się w jego twarzy, bo poczułam, że z lekkim szarpnięciem wyleciały mi z zębów. Pierwszy raz w całym życiu zdobyłam się na atak z tak bliska, ale nie miałam czasu szukać jakichś kamieni albo czegokolwiek, abym mogła w niego rzucić. W tym czasie bez problemu mógłby nas wszystkich trafić, a później już wolę nie myśleć, co by się mogło stać z całą naszą trójką.
Zahamowałam, by się odwrócić, po czym ujrzałam przed sobą rozstępujące się morze ptaków czarnych jak smoła, które zasypywały swoimi pędzącymi ciałami dwóch pozostałych facetów, którzy odchylając się do tyłu, w panice próbowali się odgarnąć od atakujących ich kruków. Gdy obok odbywała się bitwa, ujrzałam, że zaatakowany przeze mnie mężczyzna odzyskał równowagę i ze stęknięciem wyjął kolce, które jeszcze przed chwilą utknęły w jego twarzy. Przymykając oko, z którego lała się krew, wziął w ręce szablę i natychmiast rzucił się w moją stronę. Ze strachu wydałam z siebie ćwierk i ledwo uciekłam od chwiejnego ataku. Zatoczyłam koło, tworząc przy tym niewielką zasłonę dymną, po czym przyspieszając, skoczyłam na plecy faceta. Na szczęście ziemia na którą upadł głową nie była miękka, więc na chwilę powinien się nie podnieść.  Z tego całego zamieszania, niechcący skoczyłam jeszcze na jego głowę, po czym jak najprędzej udałam się spowrotem do przyjaciółki i nowo poznanego Isariona.
Tamtych facetów przeganiali przyjaciele Tenge i Reii, dzięki czemu spadł mi kamień z serca. Nawet po odmianie spowrotem w człowieka czułam, że mam zwiotczałe kończyny, bo jeszcze nie do końca docierało do mnie to, co się właśnie stało. Jednak teraz niemalże cała moja uwaga spadła na cierpiącego faceta, który jeszcze przed chwilą uratował mój mózg przed przebiciem, a teraz jego biedne skrzydło było zranione. Nie wiedziałam zupełnie, co robić z tą raną, spoglądałam to na Isariona, to na Tenge.

<Isarion?>

czwartek, 31 stycznia 2019

Od Miry do Isariona - Piękne zachody słońca/ Całkiem inny dzień

Wystraszone ptaki okazały się być tylko fałszywym alarmem. Uff... całe szczęście. Jednak ta ulgowa sielanka nie trwała długo. Bowiem chwilę po tym po całym lesie rozległ się krzyk. Później za nim kolejne, które usłyszałyśmy razem z Tenge. Serce zabiło mi szybciej, bo te dźwięki były przerażające, jakby ktoś obdzierał kogoś ze skóry. Przyjaciółka oczywiście ani chwili nie czekała, tylko natychmiast ruszyła w stronę krzyków, co spowodowao, że serce podskoczyło mi do gardła.
- Tenge!?! Czyś ty zwariowała?!??! - złapałam się za głowę patrząc przerażona, jak znika za jednym z drzew. Spanikowałam, bo krzyki rozchodziły się echem po całym lesie. Nie wiem, czy potrzebowała jakichś informacji o krzykach, które rozlegały się na terenie tego lasu, czy o co chodzi... Rozglądnęłam się jak najszybciej wokoło, szukając jakiejkolwiek kryjówki, ale do kitu to było, bo za chiny nie znam tego terenu, a wszędzie dookoła drzewa. Drzewa w lesie, no kto by się spodziewał.
-Japiernicze japiernicze japiernicze- powtarzałam szeptem, gdy dogoniłam Tenge. Ta po chwili skryła się za kłującym krzaczorem, po czym pociągnęła mnie za sobą w dół. Po krzykach nie było śladu. Ja natomiast patrzyłam wielkimi oczami na towarzyszkę, a po chwili gały rozszerzyły mi się jeszcze bardziej, gdy popatrzyłam w tę samą stronę, co ona.
Otórz jakiś facet, który był nieco podobny do jednego ze strażników, którzy w nas strzelali, stał i wykrzykiwał jakieś słowa. Nie dość, że były przeplatane obelgami, to jeszcze były skierowane w stronę jakiegoś człowieka, który spokojnie sobie stał na czubku pagórka. Zobaczyłam, że ten zdenerwowany gościu własnie upuszcza jakąś ciężką broń, która cała była pokryta czerwoną mazią. Ostrym końcem wylądowała w brzuchu jakiegoś martwego człowieka, który leżał w nienaturalnie wygiętej pozie. Ktoś mógby to uznać za idealny przykład figury serpentinata, ale mnie się od tego zachciało tylko wymiotować. Już wolałam na to nawet nie patrzeć, mimo, że tak bardzo mimowolnie ciągło mi do tego wzrok.
Przez chwilę też przyglądałam się postaci stojącej przed zabójcą. To definitywnie nie był człowiek, miał przecież skrzydła jak jakiś gigantyczny nietoperz... No i jakąś podartą spódnicę... Kurde, szkoda, że zgubiłam tamte spodnie, bo może bym mu podrzuciła, żeby sobie zabrał na zmianę...
Jako, że słońce lekko już chyliło się ku zachodowi, to cała panująca sceneria nabrała bardziej masakrycznego wyglądu. Włosy przeciwników powiewały na wietrze, no i ta szata, a ja po prostu modliłam się w myślach, żeby nas nie zauważyli. Miałam jednak ochotę zabrać sobie kukurydzę i oglądać całe to przedstawienie... gdyby odbywało się w teatrze. Mężczyzna pochwycił kuszę w dłonie, po czym bez ostrzeżenia wystrzelił strzałę w stronę tego skrzydlastego w majestatycznej kiecce.
Nagle, ja z pokerową twarzą, Tenge ze zdziwioną miną, byyśmy świadkami, jak skrzydlasty nie dość, że się teleportnął i uniknął strzały, to jeszcze chyba zabił tego, który jego chciał zabić... Ej, właściwie, to nie mam zielonego pojęcia, co tu się odpączkowało, ale natychmiast złapałam Tenge za ramię i zaczęłam nią potrząsać.
- Ej chodźmy Tenge błagam Cię, jasny gwint, jak on nas zauważy, omatko, ej błagam cie...- szeptałam do przyjaciółki w tempie, którego żaden raper by się nie powstydził.
-  Przecież dla... - towarzyszka chciała coś powiedzieć, ale odjęło jej mowę odjęło mowę, z resztą mnie też, i mnie aż ciary przeszły. Nieznajomy, przed którym właśnie padł ten facet, który próbował go zabić, odwrócił głowę w naszą stronę.
"W MORDE JEŻA ON NAS ZABIJE. ON. NAS. ZABIJE."- zsunęłam się niżej za kszak, niczym spocony ninja. "Tenge, dziękuję ci za te godziny przyjaźni..." -w myślach panikowałam i spisywałam już testament.
-Ała!- wydobyłam z siebie szeptany okrzyk bólu, ponieważ ukłułam się kolcem w zadek.

<Isarion?>

piątek, 25 stycznia 2019

Od Miry do Tenge - Piękne zachody słońca

Nie przewidziałam, że podczas, gdy się tak nagle zatrzymam, Tenge może polecieć dalej... W końcu jeśli dla mnie coś wygląda na spokojne lądowanie, to niekoniecznie może oznaczać to samo dla pasażera. Przemieniłam się niezwłocznie w moją ludzką formę i już chciałam ją przeprosić, jednak widząc jej zdenerwowanie na twarzy po tym, jak masowała swój obolały tyłek, przełknęłam głośno ślinę i podniosłam brwi, uśmiechając się przepraszająco. Po chwili już dostałam serdecznego przytulasa od towarzyszki. Ulżyło mi, że nie dostanę kolejny raz, od kolejnej osoby z liścia. Przyznałam jej rację, że to nie było przemyślane, bo to W OGÓLE nie było przemyślane. No, poza masakrycznie szybkim "zaplanowaniem" od czego po drodze się odepchnąć.
Uspokajając jeszcze serce, któremu najwyraźniej już nie starczało miejsca na szaleństwa po tej wcześniejszej sytuacji, pozwoliłam prowadzić całe swoje ciało w biegu za przyjaciółką. Cieszyłam się, że Tenge jest tak wyrozumiałą osobą. Mimo towarzyszącego jeszcze lekkiego stresu, na twarzy miałam uśmiech. No bo jak ktoś się cieszy, albo śmieje, to jak tu się nie uśmiechać.
O lesie Duhaki dosyć dużo słyszałam, jednak gdy miałam okazję już w nim być, to nie przebywałam tam zbyt długo. Bardzo chętnie bym go znów odwiedziła. Nagle usłyszałam kolejne burcznenie dobiegające z mojego żołądka. Natychmiast zaczęłam buszować w plecaku, czy przypadkiem nie zostawiłam w nim jakiegoś jedzenia. Niestety, o zgrozo, nie znalazłam niczego zdatnego do spożycia. No tak... przecież zjadłam wszystko wcześniej i nie spakowałam nic na później... A przez tych wszystkich strażników nie poszłyśmy od razu na jakieś jedzenie, tylko trzeba było od razu wiać.
- Tenge?... - gdy się odwróciła w moją stronę, już chciałam spytać, czy gdzieś nie możemy się zatrzymać, albo cokolwiek, żeby coś zjeść, jakieś owoce by się może znalazły po drodze, ale mój brzuch stanowczo mnie wyprzedził i zaburczał, jakby się w nim działy niestworzone rewolucje.- ... No właśnie. Właśnie to chciałam powiedzieć... heh...
Nagle zwróciłam głowę w stronę korony jednego z drzew, gdzie zrobiło się jakieś zamieszanie i ptaki się rozleciały na wszystkie strony, jakby je coś wystraszyło.

<Tenge?>

środa, 23 stycznia 2019

Od Miry do Tenge - Piękne zachody słońca...

Kiwałam głową, gdy Tenge tłumaczyła mi poszczególne rzeczy. Akurat ze współpracą z innymi nigdy nie miałam problemu. Zapisywałam informacje w mózgu i muszę przyznać, że za bardzo się nad nimi zamyśliłam, bo gdy Tenge chwyciła i pociągnęła moją rękę, omal się nie wywróciłam... znowu...
W każdym razie już po chwili kitrałyśmy się przy wyjściu, gdzie ponoć straży było mniej niż przy pozostałych. Mnie się jednak zdawało, że wszędzie jest tak samo dużo strażników, ale stres robił swoje. Z nerwów już kończyły mi się paznokcie do obgryzania, a moje czoło i klatka piersiowa były tak mocno oblane potem, że można było z niego nalać pełno wody do basenu. Tenge jeszcze do tego dała znać, że czasu nie mamy za wiele, nawet na wezwanie jej przyjaciół do pomocy. Cholera jasna, wiedziałam, że muszę się najpierw ogarnąć, bo nas przerobią na szaszłyki.
- Dobra! - powstałam, napięłam mięśnie całego ciała... no i zdradziłam naszą kryjówkę. Słyszałam, jak Tenge przybija dłonią w swoje czoło. Ja za to natychmiast padłam na brzuch na ziemię i udawałam, że mnie nie ma.
- Hej! Wy tam!- kilku strażników zaczęło podążać w naszą stronę. Na szczęście nie dali rady zbyt szybko nawet biec w tym czymś co mieli na sobie, jako odzież ochronna.
- Nosz ty w przeterminowane pieczarki! Dobra, nie ma czasu, wsiadaj szybko, bo za chwilę mogą nas tak stłuc, że nas babcia rodzona nie pozna!- powiedziałam szeptem do Tenge, lekko się jąkając. Po tym moje ręce przeistoczyły się w łapy z czarnymi, wysuniętymi pazurami. Po krótkiej chwili przeobraziłam się już cała w geparda, kucając i czekając na towarzyszkę. Dałam łbem znak, żeby wsiadała, a łapami już ze stresu przebierałam w miejscu. Po chwili poczułam, jakby ktoś mi chciał wyrwać futro z szyi. No ale trudno, trzeba jakoś się przedostać, a jako, że to ja spartaczyłam, to trzeba się śpieszyć.
"Mocno się trzymaj"- to powiedziałam tylko w myślach, gdy Tenge już usadowiła się na moim grzbiecie, bo w tej formie niestety nie potrafiłam mówić.
"Do wszystkich na pokładzie: przewidujemy turbulencje..."- strażnik już wyciągał miecz, ja za to napięłam tylne kończyny i skończyłam nad głową zdziwionego strażnika. Wokół szyi poczułam zaciskające się ręce. Wydawało mi się, jakby czas na chwilę spowolnił. Widziałam, jak dwóch spośród zebranych strażników napina łuki, inni wyciągali miecze z pochew, a na ich twarzach było widać zamieszanie z poplątaniem. Mam nadzieję, że Tenge zakryła twarz, żeby nas jakoś nie rozpoznali w późniejszym czasie. W sumie to chyba i tak mamy trochę przerąbane, bo zmieniłam się tak jakby na ich oczach, chociaż i tak mam nadzieję, że wcześniej nas nie zauważyli...
Gdy moje łapy tylko dotknęły rogu kamiennego budynku naprzeciwko nas, od razu się odepchnęłam. Rozciągnęłam cały tułów i łapy w locie nad strażnikami, a po chwili już nad murami miasteczka. Po zrobieniu obrotu, by ustabilizować skok oraz aby nabrać lepszego rozpędu, odepchnęłam się kolejny raz, ale tym razem już od drzewa, które rosło sobie spokojnie kawałek za miedzą. Mam nadzieję, że Tenge nie ma choroby lokomocyjnej. Tylne łapy zaczęły się poruszać w powietrzu jak galaretki, a całym ciałem wystrzeliłam jak z procy dzięki mocnej gałęzi drzewa.
Zaczęłam biec już po ziemi, która przez moje pazury trochę była zmasakrowana w pewnych miejscach. "Jeszcze chwilka...". Z każdą sekundą strażnicy znikali z pola widzenia, a po ominięciu dosyć dużej ilości drzew, aby ich zgubić, wybiegłam wraz z przyjaciółką na wielką polanę, skąd widać było piękne doliny i słońce powoli zbliżające się ku zachodowi. Uwielbiam widoki tak rozległych miejsc, skąd widać nawet góry w oddali. Przystanęłam na chwilę  i spojrzałam za siebie sprawdzając, czy aby na pewno żaden z facetów nie chwycił się mojego ogona i nie leciał na nielegalu. Na szczęście nawet miasto było dosyć daleko, więc nawet nie było słychać krzyków strażników, które niewątpliwie miały tam miejsce. Nagle z mojego brzucha dobiegł jakże straszliwy ryk wołania o jedzenie. Ja na to wydałam z siebie krótki ćwierk i podwinęłam przednią łapę pod pierś.

<Tenge?>

sobota, 19 stycznia 2019

Od Miry do Tenge - Piękne zachody słońca

Siedziałam obok sztyletu wbitego w ścianę i lekko skołowana słuchałam tego, co mówi Tenge. Myślałam nad każdym zdaniem, które wypowiedziała. A więc ten pieróg to pewnie była Reii, albo jedna z jej przyjaciół... a to ci historia. Osobiście byłam pod wielkim wrażeniem zdolności Tenge. Przyłożyłam dłoń do podbródka i przytakiwałam; może czas zmienić plany, których tak na prawdę wcale nie miałam. Nie zaprzeczę, że zaproszenie na pączki zapunktowało. Najbardziej jednak z tego wszystkiego zdziwiła mnie jej opinia na temat siły. Jednak Tenge mogła mieć rację, że na razie być może nawet nie zdaję sobie sprawy, ponieważ do tej pory zdolności nie próbowałam jakoś bardzo doszlifować, czy nawet poszerzyć ich zakresu.
- Dobra, no to czas zmienić kompas. - podniosłam się do pozycji stojącej, strzepnęłam ewentualny kurz ze spodni- Moje nazwisko to Comodín. Tak tak, wiem, brzmi jak komoda, ale tak czy siak rzadko jest mi potrzebne.- uśmiechnięta, machnęłam ręką.
- A jak już powiedziałaś o swoich zdolnościach, to chyba też chcesz, abym wspomniała coś o swoich... więc jak już wiesz, jedną z moich form jest zwykły dachowiec. Drugą co do wielkości jest serval- wyliczałam na palcach- a ostatnią gepard. Do kruków nie mam nic, jeśli o to chodzi, najlepiej smakują wieczorem, takie dobrze wypieczone.- zachichotałam- Żartuję, nikogo nie mam zamiaru zjadać, a i tak mięsa nie jem zbyt często.  A omówienie wszystkiego jak najbardziej mi pasi, przyjaciółko.- założyłam plecak na ramiona- To może stąd chodźmy...- oparłam dłonie na łopatkach Tenge i wypchnęłam z pomieszczenia. Widziałam, że nie jest z tego powodu zadowolona, bo cały czas trzymała ciało sztywno jak kłoda, przez co wyryła butami koryto po drodze, ale chciałam prędko stamtąd wyjść - ... zanim jacyś jego ziomkowie zorientują się, że coś z nim jest nie tak i go tutaj znajdą.  Wracając, to mój tata miał tę zdolność wyczuwania niebezpieczeństwa i tego typu rzeczy. Ja mam bardziej nosa do jedzenia... a raczej zwykle go używam w ten sposób.
Propozycja współpracy wydała mi się całkiem w porządku. Jedyne moje zamierzenia do tej pory, to zwiedzanie świata, a na to zawsze można znaleźć czas. Ale może na misje są wysyłani w różne miejsca, co też byłoby fajną opcją. Jedyna rzecz, której się obawiałam, to że nie podołam jakiemuś zadaniu i przeze mnie jeszcze wpakujemy się w jakieś tarapaty. Patrząc jednak z drugiej strony, jeśli nęka mnie ta niepewność, to wiadomo, że teraz w takim samym stopniu obawiam, jak i ekscytuję się zupełnie innymi dla mnie rzeczami. W każdym bądź razie zamierzałam o wszystkim opowiedzieć pokrótce Tenge, bo jak to tak na wstępie nie poinformować o rzeczach, które mogą mieć jakiś wpływ. Moje nastawienie jednak do wszystkiego było jak na razie pozytywne, najwyżej jak mi coś nie wyjdzie, to będę się uczyć na błędach.

<Tenge?>

czwartek, 17 stycznia 2019

Od Miry do Tenge - Piękne zachody słońca...

W momencie, gdy usłyszałam od nieznajomej o przypadkowym trąceniu w ramię, wyraz mojej twarzy zmienił się w przeprosinowy "poker face". Wcześniej nie zauważyłam, że plama na jej ubraniu to sprawka napoju...
- Eeeee..- uniosłam palec do góry- Prze...- nie zdążyłam dokończyć, gdy moją wypowiedź przerwała strzała, która wyskoczyła jak Filip z konopi. Momentalnie odwróciłam głowę w kierunku, skąd leciała strzała, ale za chiny nikogo nie mogłam zobaczyć. Nie minął nawet moment, a atak się ponowił.
- ŁOSZTY!- już po chwili spylałyśmy przed jakimś pacanem, a jednej strzały na szczęście udało mi się uniknąć dzięki skokowi. Wykluczone, abym się teraz zmieniła i zwiała, bo nie chciałam, żeby cholera jasna jej samej czegoś nie zrobili. Ale dlaczego nas ścigali?? Na szczęście chyba się mu łuk zaciął, to chwilowo nie próbował nas zestrzelić.
Chyba po drodze zgubiłam kawałek racjonalności przez tą ucieczkę. Nie byłam zmęczona samym biegiem, ale ciężko mi było złapać powietrze, bo na prawdę nieczęsto zdarzało mi się być tak blisko celu jakiegoś ataku. Albo co gorsza sama być celem... Aż mnie ciarki przeszły na samą myśl, że jakimś cudem mogłabym być na jakimś liście gończym. Podczas ukrywania się, pomógł nam chyba jakiś znajomek tej dziewczyny, bo wymienili się uśmiechami. "Cotusiedziejegdziejawogóleprzyszłam"- nie wiedziałam już tak na prawdę kto jest z kim w drużynie. Gdy po chwili dziewczyna mi się przedstawiła i powiedziała mi trochę więcej o co jej chodzi, to pokiwałam głową, że przyjęłam wiadomość do świadomości.
-No tak... przez chwilę nie myślałam o tych wszystkich gildiach, ale rzadko też zdarza mi się rozpoznać, a tym bardziej poznać osobiście ich członków. Ale zanim co...- buszowałam jeszcze chwilkę w plecaku. Wyciągnęłam zapasową odzież i położyłam ją obok- ...to niestety mam tylko samą koszulkę. Spodnie straciłam na bagnach... A to były moje ulubione. Szkoda. Jak chcesz, możesz jej użyć, dopóki nie wyczyścisz swojej. A za szturchnięcie Cię przepraszam Tenge, głodna byłam...- podniosłam brwi i podrapałam się w tył głowy.
Przypomniałam sobie, że przecież tu leży ten gościu, który nas próbował zestrzelić! Wychyliłam się i spojrzałam na nieruchome ciało tego chuligana. Podczas, gdy nowo poznana osoba przyglądała się tej bluzce białej jak pieczarki, to ja w tym czasie przypadkiem przyjżałam się dokładniej znaczkowi umieszczonym na jego klacie. Coś mi przypominał ten herb. Wtem poczułam, że nogi mam jak z waty, jednak starałam się tego nie pokazywać. Przez myśl mi nawet nie przeszło, że wcześniej mógł mnie ktoś śledzić... Myślałam, że plotki o atakach Łowców również na inne osoby, a nie tylko zwierzęta, to tylko plotki. Jak to mówią: Nie zrozumiesz w całości albo nie uwierzysz, póki samemu nie doświadczysz. Możliwe było zarówno to, że próbował zestrzeić nas obie, jak i jedną z nas. Ale nie dziwi mnie to, w końcu sama poczułam na ramieniu, że towarzysząca mi dziewczyna jest dosyć silna.- A ten mam nadzieję, że już się nie podniesie... Wracając do wcześniejszych nie skończonych rozmów...- usadowiłam się wygodniej na starym miejscu i ponownie zwróciłam się do Tenge- ... to: tak, masz rację, jestem z zachodu, ale aktualnie jestem na wycieczce, a co do dołączenia do gildii, to nie jestem do końca przekonana.- westchnęłam - Nigdy w gildii żadnej nie byłam i nie wiem jak to działa. Z druuuugiej strony, spotykałam się na prawdę z różnymi opiniami czy relacjami, więc myślę, że jeśli jest jakieś wolne miejsce, to mogłabym się zapisać. Ale jeśli trzeba usługiwać jakimś bezczelnym ludziom w stylu tego knypka tu o- wskazałam na leżącego mężczyznę-  to ja serdecznie dziękuję za takie coś.- wykonałam gest "obronny" rozłożonymi dłońmi- No i też zależy czym Ty się zajmujesz, a jednocześnie jakie ja miałabym zadanie.
Tenge chyba się nad czymś zamyśliła, ale nie przeszkadzało mi to, każdy ma prawo do namysłu. Tak, myślenie jest potrzebne. Musiałam dopytać o te rzeczy, bo chyba nikt nie lubi wyzyskiwania ludzi na zasadzie niewoli.

<Tenge?>

wtorek, 15 stycznia 2019

Od Miry - Piękne zachody słońca...

Poranne promienie słońca, które przebijały się przez liście ogromnego drzewa, zaczęły mnie kłuć w oczy. Lubię słońce, ale nie wtedy, gdy rozkazuje mi wstawać. "Jeszcze godzinka..."- pomyślałam, po czym ziewnęłam i leniwie przeniosłam łeb na drugą stronę gałęzi. Całkiem wygodnie się spało jako kot. Nie jest tak zimno, a i miękko. Nie było mi jednak dane w spokoju się wyspać po wczorajszym męczącym dniu, ponieważ jeden z większych ptaków wylazł ze swojej rodzinnej dziupli i zaczął melodyjnie skrzeczeć nad moimi uszami. Podniosłam powieki z tak wielkim trudem, jakby były do nich przyczepione kowadła.
"Krrrrrrrraaaaaa krukru... KAAAAAAAAAAAAAAA!" - po dźwięku ptasiej syreny zerwałam się na równe nogi, natychmiastowo zmieniłam postać na ludzką...
- Słuchaj no, Ty pierogu głupi... - stojąc na dosyć cienkiej gałęzi, wskazałam palcem na wrzeszczącego ptaka- ... ludzie tu chcą spać, ty wiesz która jest godzina?! Dopiero dziesiąta rano dochodzi! - wskazałam na nadgarstek, gdzie wcale nie było zegarka, bo w zasadzie tak na prawdę nawet nie wiedziałam, która jest godzina...  Świdrowałam kruka, czy co to w ogóle było, spojrzeniem, na co on tylko pusto na mnie spojrzał, wydał z siebie najgorsze "kha", jakie słyszałam, po czym odeciał dając mi w twarz z ostrego skrzydła.
- Ech...- zdenerwowana na zwierzę podeszłam trochę bliżej końca gałęzi, aby sięgnąć po swój plecak. Nie przemyślałam jednak sytuacji, gałąź pod moim ciężarem się złamała i zanim mój niewyspany mózg cokolwiek zdołał zrobić, wylądowałam na czterech literach pod drzewem, plecak upadł mi na głowę, a gałąź dała mi z liścia w drugi policzek.
- Drogi pamiętniczku... dzisiaj zaś dostałam od kruka i gałęzi... - po chwili już zapisywałam kolejne fantastyczne wydarzenia. Całkiem niedawno mijałam tereny wieży Zehal, moim zdaniem to bez sensu, że jest tak obszernie strzeżona, w końcu chciałam ją tylko pozwiedzać. Ale z drugiej strony, jakbym coś popsuła...
Śniadanie z chleba sprzed czterech dni nie jest takie złe. Przydałoby się jednak w końcu zjeść coś porządnego... Całe szczęście, że wioska Prieve jest niedaleko. Zaczęłam więc kopytkować w stronę pobliskiego miasteczka. Po drodze, w skórze geparda, udało mi się upolować dwa średniej wielkości szaraki. Może jednego uda mi się sprzedać komuś, komu się przyda. Sama bym najchętniej go upiekła, gdybym przy okazji nie potrzebowała trochę drobnych do sakiewki.

<Ktoś?>
Template by...