Zastanawiałam się, czy nadejdzie ten dzień, w którym nie będę musiała przed nikim spierdzielać. Na razie nic na to nie wskazywało – co gorsza straciłam moje dwie ostatnie strzały, przez co naszą jedyną bronią stały się noże i własne pięści. A to na jednego rozjuszonego smoka za mało, nie mówiąc już o dwóch. Zatrzymałyśmy się dopiero, kiedy nie mogłam już złapać oddechu. Moje niedawne odrodzenie dawało o sobie znać za pomocą obniżonej sprawności fizycznej, w tym wytrzymałości. Musiałam się oprzeć drzewa bo wątpiłam, że Lucy mnie da radę utrzymać biorąc pod uwagę, że sama była tym wszystkim zmęczona.
- Kurwa… mać… ile… jeszcze… - wydyszałam, nabierając powietrze po każdym wyrazie.
Lucy nic nie powiedziała, poprawnie wyczuwając w mojej wypowiedzi pytanie retoryczne. Moje nogi niekontrolowanie zaczęły się trząść. Resztki adrenaliny już całkowicie opuściły mój organizm. Całkowita utrata sił była już tylko kwestią czasu, którego nie zostało mi za wiele. Że też te jebane jaszczury musiały nas w tamtej chwili znaleźć.
- Ignis? Czy…
- Nic mi nie jest – warknęłam.
Nienawidziłam litości, gdyż kiedy ktoś mi ją okazywał, docierało do mnie jak słaba jestem. Bezużyteczna. Zacisnęłam mocno pięść, próbując zagłuszyć to uczucie, które powodowało u mnie chęć oddania się w łapy tej paskudnej lodówce. Ostatecznie zaczęłam swoimi pięściami bić w pień drzewa. W głowie ciągle miałam słowa wszystkich feniksów z gniazda.
- Odmieniec… bezużyteczna gówniara… - poczułam jak coś a raczej Lucy łapie mnie za nadgarstek, uniemożliwiając wykonanie kolejnego uderzenia.
Pozwoliłam jej aby zmusiła mnie do siadu pod drzewem i dałam jej obejrzeć moje zakrwawione dłonie. Sówka niewiele myśląc, sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej skrawki materiałów, którymi szybko opatrzyła moje świeże rany.
- Co to było?
- Nic…
- Ignis? – dociekała zmiennokształtna.
Milczałam, nie patrząc na nią, nie byłam w stanie. Ostatnie wydarzenia uświadomiły mnie jak bardzo brązowowłosa się naraża, ciągle będąc przy mnie. Szczerze, gdyby się odłączyła to smok nie poszedłby za nią. W końcu to na mnie poluje i każdy kto spędza ze mną dłużej czas, przestawał być bezpieczny. Do tego dochodziły moje wybuchy złości.
Tylko westchnęłam i podniosłam rękę do góry, dając towarzyszce znak, że chce wstać. Lucy bez problemu zrozumiała przekaz i chwilę później, stałam na własnych nogach z niewielką jej pomocą.
- Smok lodu nie zaatakuje nas za szybko. Będzie czekał, aż jego oko się zregeneruje i dopiero wtedy, wróci do gry. Ten drugi raczej też nie powinien się chwilowo uaktywniać. Mamy możliwość aby chwilę odsapnąć – powiedziałam spokojnym jak na siebie głosem.
- Co proponujesz?
- Znajdźmy jakieś miejsce i zatrzymajmy się na kilka dni. Musimy odpocząć i uzupełnić zapasy oraz strzały. Później pomyślimy co dalej.
<Lucy?>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ignis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ignis. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 marca 2019
sobota, 2 lutego 2019
Od Ignis do Lucy - Ognisty taniec/Porażka dołuje, doświadczenie wzmacnia
Ciągle pamiętam dzień, w którym to pewien demon zapytał się przy mnie, czy to prawda, że feniksy się odradzają po śmierci. Nie mogę zapomnieć, jego reakcji i zapewnień, że bardzo nam zazdrości i też by tak chciał, a odradzanie się musi być świetnym uczuciem.
Obecnie, gdyby ktoś próbowałby mi wmówić podobną pierdołę, to jego twarz miałaby spotkanie trzeciego stopnia z moją pięścią. Jak tylko Lucy wbiła mi nóż w serce od razu się wydarłam z bólu. Nie było mi jednak dane zedrzeć sobie gardła, bo właśnie ten organ, który moja towarzyszka przebiła, szybko przestał działać. A kiedy serce nie bije, to feniks zaczyna sam siebie spalać, co my czujemy. A nie jest to przyjemne uczucie kiedy palisz się na żywca a nie możesz nic zrobić, bo jesteś unieruchomiony. O tyle dobrze, że jest to proces szybszy niż zwykle. Kiedy ogień wygasa leżysz przez jakiś czas jako popiół i użyźniasz glebę, aż wkońcu twoje szczątki unoszą się w powietrzu, pojawia się złote światełko i jebut! Stoisz sam o własnych nogach.
Tak było ze mną. No prawie, zamiast stać, to siedziałam. Brązowowłosa przez pewien czas patrzyła się we mnie szeroko otwartymi oczami i lekko otworzonymi ustami.
- I po co tak panikowałaś, sówko? - spojrzałam na nią.
Czułam się dziwnie otępiała. Z moją nogą wszystko było okej, ale miałam wrażenie, że przez jakiś czas nie będę w stanie zmienić formy. I wszystko byłoby zajebiście, gdyby nie mały, tyci szczególik. Kiedy tak patrzyłam na dziewczynę a ona na mnie, kątem oka zauważyłam dziwne poruszenie się w krzakach. Mimo mojego dziwnego stanu, moja reakcja była natychmiastowa. Odciągnęłam od tamtego miejsca zmiennokształtną a sama stanęłam pomiędzy nią a krzakami, tak aby móc ją bronić, gdyby to coś okazało się groźne.
- Wyłaź, wiem, że ktoś spierdolił w te krzaki - odezwałam się.
Przez pewien czas odpowiadała mi cisza. Po chwili z zarośli wyłonił się mężczyzna. Przystojny mężczyzna. Miał szarą skórę, granatowe włosy i złote oczy o czarnych białkach. Pewnie gdyby nie to, że wszyscy przedstawiciele płci męskiej mnie wkurwiają, to w moich majtkach mogłoby się zrobić dziwnie mokro.
- Pieprzony smok - powiedziałam, kiedy wyczułam rasę niezapowiedzianego idioty.
- Jebany feniks - powiedział patrząc na mnie.
Po tym jakże miłym przedstawieniu się nie długo trzeba było czekać na przedstawienie. Jaszczurka zaatakowała pierwsza, pięścią próbował mnie uderzyć. W tamtym momencie dziekowalam dzieciakom z gniazda, że dzięki nim nauczyłam się bić. Zablokowałam cios i sama wymierzyłam nowy. Spotkałam się ze skutecznym blokiem. Lucy próbowała chyba nas rozdzielić, ale jej się nie udało i razem z mężczyzną wylądowaliśmy na ziemi, tarzając się po niej i okladając nawzajem. On mi zrobił siniaki na plecach i brzuchu a ja jemu załatwiam kilka sińców na twarzy w tym przepiękną śliwe na oku. Stwierdziłam, że nie chce mi się z nim bawić, kiedy nieznajomy złapał mnie za ubranie i podniósł do góry. Kopnęłam go w piszczel. Nie wiem jak, ale przez niego poleciałam na drzewo. Chwilę nam zeszło zebranie się do kupy. Smok zrobił to jako pierwszy i przyszpilił mnie do drzewa. Próbowałam się wyrwać, ale nawet z główki mu nie mogłam pierdolnąć. To był czas na tajną broń. Wycelowałam odpowiednio nogę i z całej siły uderzyłam nią o jego krocze. Reakcja jak u każdego faceta, puszcza mnie, łapie się za czułe miejsce i nagle zaczął mówić sopranem. Na deser sprzedałam mu kilka ciosów aby go ostatecznie znokautować.
- Kim ty kurwa jesteś? - zapytałam, przykładając mu nóż do gardła, który podniosłam wcześniej z ziemi.
Idiotyczny smok miał mi już odpowiedzieć na pytanie, kiedy nasze głowy znowu zwróciły się w stronę krzaków z którego dobiegał dziwny odgłos szelestania.
<Lucy?>
Obecnie, gdyby ktoś próbowałby mi wmówić podobną pierdołę, to jego twarz miałaby spotkanie trzeciego stopnia z moją pięścią. Jak tylko Lucy wbiła mi nóż w serce od razu się wydarłam z bólu. Nie było mi jednak dane zedrzeć sobie gardła, bo właśnie ten organ, który moja towarzyszka przebiła, szybko przestał działać. A kiedy serce nie bije, to feniks zaczyna sam siebie spalać, co my czujemy. A nie jest to przyjemne uczucie kiedy palisz się na żywca a nie możesz nic zrobić, bo jesteś unieruchomiony. O tyle dobrze, że jest to proces szybszy niż zwykle. Kiedy ogień wygasa leżysz przez jakiś czas jako popiół i użyźniasz glebę, aż wkońcu twoje szczątki unoszą się w powietrzu, pojawia się złote światełko i jebut! Stoisz sam o własnych nogach.
Tak było ze mną. No prawie, zamiast stać, to siedziałam. Brązowowłosa przez pewien czas patrzyła się we mnie szeroko otwartymi oczami i lekko otworzonymi ustami.
- I po co tak panikowałaś, sówko? - spojrzałam na nią.
Czułam się dziwnie otępiała. Z moją nogą wszystko było okej, ale miałam wrażenie, że przez jakiś czas nie będę w stanie zmienić formy. I wszystko byłoby zajebiście, gdyby nie mały, tyci szczególik. Kiedy tak patrzyłam na dziewczynę a ona na mnie, kątem oka zauważyłam dziwne poruszenie się w krzakach. Mimo mojego dziwnego stanu, moja reakcja była natychmiastowa. Odciągnęłam od tamtego miejsca zmiennokształtną a sama stanęłam pomiędzy nią a krzakami, tak aby móc ją bronić, gdyby to coś okazało się groźne.
- Wyłaź, wiem, że ktoś spierdolił w te krzaki - odezwałam się.
Przez pewien czas odpowiadała mi cisza. Po chwili z zarośli wyłonił się mężczyzna. Przystojny mężczyzna. Miał szarą skórę, granatowe włosy i złote oczy o czarnych białkach. Pewnie gdyby nie to, że wszyscy przedstawiciele płci męskiej mnie wkurwiają, to w moich majtkach mogłoby się zrobić dziwnie mokro.
- Pieprzony smok - powiedziałam, kiedy wyczułam rasę niezapowiedzianego idioty.
- Jebany feniks - powiedział patrząc na mnie.
Po tym jakże miłym przedstawieniu się nie długo trzeba było czekać na przedstawienie. Jaszczurka zaatakowała pierwsza, pięścią próbował mnie uderzyć. W tamtym momencie dziekowalam dzieciakom z gniazda, że dzięki nim nauczyłam się bić. Zablokowałam cios i sama wymierzyłam nowy. Spotkałam się ze skutecznym blokiem. Lucy próbowała chyba nas rozdzielić, ale jej się nie udało i razem z mężczyzną wylądowaliśmy na ziemi, tarzając się po niej i okladając nawzajem. On mi zrobił siniaki na plecach i brzuchu a ja jemu załatwiam kilka sińców na twarzy w tym przepiękną śliwe na oku. Stwierdziłam, że nie chce mi się z nim bawić, kiedy nieznajomy złapał mnie za ubranie i podniósł do góry. Kopnęłam go w piszczel. Nie wiem jak, ale przez niego poleciałam na drzewo. Chwilę nam zeszło zebranie się do kupy. Smok zrobił to jako pierwszy i przyszpilił mnie do drzewa. Próbowałam się wyrwać, ale nawet z główki mu nie mogłam pierdolnąć. To był czas na tajną broń. Wycelowałam odpowiednio nogę i z całej siły uderzyłam nią o jego krocze. Reakcja jak u każdego faceta, puszcza mnie, łapie się za czułe miejsce i nagle zaczął mówić sopranem. Na deser sprzedałam mu kilka ciosów aby go ostatecznie znokautować.
- Kim ty kurwa jesteś? - zapytałam, przykładając mu nóż do gardła, który podniosłam wcześniej z ziemi.
Idiotyczny smok miał mi już odpowiedzieć na pytanie, kiedy nasze głowy znowu zwróciły się w stronę krzaków z którego dobiegał dziwny odgłos szelestania.
<Lucy?>
niedziela, 27 stycznia 2019
Od Ignis do Lucy - Porażka dołuje, doświadczenie wzmacnia
Straciłam przytomność, kolejny raz. Ciekawa byłam ile razy jeszcze mi się to zdarzy. Miałam nadzieję, że już nigdy, bo to nie jest zajebiste uczucie. Gorsze już jest chyba umieranie a później doradzanie się z popiołów. Wiem coś o tym, to naprawdę nie jest przyjemne. Powoli zaczynałam odzyskiwać świadomość razem ze wschodem słońca. I oczywiście zaczęło się od cholernego bólu nogi. Myślałam, że zaraz wstanę, wezmę coś ostrego i ją najzwyczajniej w świecie sobie utnę. Ale jak na razie nie byłam w stanie nawet otworzyć oczu. Dopiero po próbie numer sama nie pamiętam udało mi się. Pierwsze co zobaczyłam to małe, gasnące już ognisko. Później dostrzegłam sówke.
- Lucy… - sama zdziwiłam się jak bardzo mam słaby głos.
Dziewczyna jak na komendę zerwała się ze swojego miejsca i zbliżyła się do mnie.
- Ignis, wszystko dobrze? Jak się czujesz? - widziałam po niej, że się o mnie martwi.
Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam ciepło wewnątrz siebie, nie związane z moją rasą. Te głupie dwa pytania wywołałyby u mnie uśmiech gdyby nie ta pieprzona rana i osłabienie.
- Pomijając nogę to czuję się zajebiście - odpowiedziałam jej.
Dziewczyna od razu przystąpiła do sprawdzenia stanu mojej rany. Udało mi się na chwilę podnieść na tyle, aby zobaczyć jak bardzo źle ze mną jest. A było tragicznie. Pomijając widok świeżej krwi, spływającej po mojej skórze, mogłam też popatrzeć na ropę, której było coraz więcej. Nie był to dobry znak, szczególnie pamiętając, że nie byłam w zbyt sterylnych warunkach.
- Będzie dobrze tylko pójdę do jakiegoś miasta… - zaczęła towarzyszka.
Spojrzałam na nią. W jej oczach widziałam cień strachu. Westchnęłam i zaczęłam się zastanawiać jak najdelikatniej jej powiedzieć, że ta podróż jest bez sensu i prościej będzie, kiedy mnie najzwyczajniej w świecie zabije.
-Nie marnuj na mnie energii sówko - powiedziałam po długim czasie.
- O czym ty mówisz… Ignis jesteś ranna i potrzebujesz pomocy - zaczęła mnie przekonywać, a przynajmniej próbowała.
- Nie marnuj energii, po co masz się wybierać na poszukiwania i narażać się na niebezpieczeństwo, skoro i tak pewnie umrę nim ty wrócisz.
- Co ty…
- Po prostu chwyć za nóż i mnie zabij - przerwałam jej nim ta cokolwiek zdążyła powiedzieć.
Moja wypowiedzieć spowodowała, że zmiennokształtna zamilkła i zaczęła się we mnie wpatrywać z niedowierzaniem.
<Lucy? >
- Lucy… - sama zdziwiłam się jak bardzo mam słaby głos.
Dziewczyna jak na komendę zerwała się ze swojego miejsca i zbliżyła się do mnie.
- Ignis, wszystko dobrze? Jak się czujesz? - widziałam po niej, że się o mnie martwi.
Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam ciepło wewnątrz siebie, nie związane z moją rasą. Te głupie dwa pytania wywołałyby u mnie uśmiech gdyby nie ta pieprzona rana i osłabienie.
- Pomijając nogę to czuję się zajebiście - odpowiedziałam jej.
Dziewczyna od razu przystąpiła do sprawdzenia stanu mojej rany. Udało mi się na chwilę podnieść na tyle, aby zobaczyć jak bardzo źle ze mną jest. A było tragicznie. Pomijając widok świeżej krwi, spływającej po mojej skórze, mogłam też popatrzeć na ropę, której było coraz więcej. Nie był to dobry znak, szczególnie pamiętając, że nie byłam w zbyt sterylnych warunkach.
- Będzie dobrze tylko pójdę do jakiegoś miasta… - zaczęła towarzyszka.
Spojrzałam na nią. W jej oczach widziałam cień strachu. Westchnęłam i zaczęłam się zastanawiać jak najdelikatniej jej powiedzieć, że ta podróż jest bez sensu i prościej będzie, kiedy mnie najzwyczajniej w świecie zabije.
-Nie marnuj na mnie energii sówko - powiedziałam po długim czasie.
- O czym ty mówisz… Ignis jesteś ranna i potrzebujesz pomocy - zaczęła mnie przekonywać, a przynajmniej próbowała.
- Nie marnuj energii, po co masz się wybierać na poszukiwania i narażać się na niebezpieczeństwo, skoro i tak pewnie umrę nim ty wrócisz.
- Co ty…
- Po prostu chwyć za nóż i mnie zabij - przerwałam jej nim ta cokolwiek zdążyła powiedzieć.
Moja wypowiedzieć spowodowała, że zmiennokształtna zamilkła i zaczęła się we mnie wpatrywać z niedowierzaniem.
<Lucy? >
piątek, 25 stycznia 2019
Od Ignis do Lucy – Porażka dołuje, doświadczenie wzmacnia
Pierwsze co poczułam po tym jak odzyskałam przytomność to liny na moim ciele. Ktoś mnie związał i to dosyć mocno, bo nie byłam w stanie się ruszyć. Chciałam cos powiedzieć, ale dotarło do mnie, że jestem też zakneblowana. No kurwa świetnie, zajebiście by było, gdybym coś pamiętała. A nie mogłam sobie przypomnieć, co się stało. Czułam tępy ból z tyłu głowy, jakby ktoś mi mocno czymś przypieprzył. Powoli docierały do mnie wszystkie pozostałe bodźce z zewnątrz. Ból, który czułam przez ranę w nodze stawał się silniejszy od tego, co czułam na głowie. Pomimo tego, że wiedziałam, że szamotanie się to zjebany pomysł, spróbowałam go. Skończyło się na tym, że tylko narobiłam sobie kilka siniaków, a liny bardziej się we mnie wbiły.
- Ej, chyba się obudziła – usłyszałam męski głos.
Podeszło do mnie dwóch mężczyzn, ubranych w skóry. W oczy mi się rzuciły pióra, które mieli przy pasie. Przez światło, które dobiegało z latarni, trzymanej przez jednego z nich, mogłam zauważyć, że niektóre z nich są pomarańczowe, inne żółte a niektóre czerwone. Nie miałam wątpliwości, po nich rozpoznałam, że mam do czynienia z łowcami feniksów. Byłam w czarnej dupie.
- Jesteś pewny, że ta dziewczyna to feniks? – odezwał się ten z latarnią.
- Wątpisz w moje umiejętności? – odpowiedział zapytany, który był ewidentnie starszy od jego współpracownika.
Spojrzałam na nich i już czułam jak zalewa mnie fala nienawiści. Te pieprzone dupki polują na innych z mojego gatunku, zabijają ich dla pieniędzy. Miałam ochotę eksplodować, mienić się w pieprzonego ognistego ptaka i spalić ich na jebany popiół. Zamiast tego, zaczęłam się bardziej szamotać, przez co bardziej uszkodziłam sobie nogę.
- Nie szarp się złociutka, potrzebujemy cię żywą – powiedział starszy, podnosząc mnie do góry i powodując, że usiadłam.
Młodszy przysunął się bliżej, przez co światło zaczęło mnie bardziej oślepiać. Zmrużyłam oczy, bo nawet ja byłam na to wrażliwa. Któryś z nich do mnie podszedł i ściągnął mi knebel, przez który nie mogłam mówić. Gwałtownie nabrałam do swoich płuc powietrza, delektując się nim.
- To co moja droga, będziesz współpracować? – po głosie dalej mogłam rozpoznać, że mówi do mnie ten bardziej doświadczony.
- Czego ode mnie do cholery jasnej chcecie? – odezwałam się po dłuższej chwili.
- Nic takiego kochana, chcemy tylko abyś zaprowadziła was do swojego gniazda – odezwał się przesadnie miłym głosem mój rozmówca, o ile był w stanie przybrać taki ton ze swoim niskim i gardłowym głosem.
- Nie wiem o czym mówisz.
- Doskonale wiesz, nie kłam – złapał mnie za włosy i pociągnął moją głowę do tyłu zmuszając, abym spojrzała w jego oczy.
Niewiele myśląc, splunęłam na niego. Mój rozmówca odsunął się i przetarł dłonią swoją facjatę. Żałowałam, że nie trafiłam w oko, ale wykorzystałam okazję i spróbowałam go kopnąć. Młodszy chyba przejrzał moje zamiary i stanął na mojej ranie, wywołując u mnie okrzyk bólu.
- Chcieliśmy po dobroci to załatwić maleńka, ale skoro nie dajesz nam wyboru… - dostałam w twarz.
Poczułam ból a później pieczenie na prawym policzku. Pojawił się też szok, który szybko został zastąpiony gniewem. Ostatni raz tak się poczułam kiedy on, Morfin, obecny Alfa uderzył mnie po raz ostatni. Czułam jak mój wewnętrzny ogień zaraz eksploduje, ujawniając moją prawdziwą formę. Próbowałam to opanować, jakoś to w sobie zwalczyć.
Starałam się nie patrzeć na tego, który mnie uderzył. Mój wzrok zawiesiłam na tym młodszym łowcy. Miał nie więcej niż 20 lat, całe życie miał przed sobą. Początkowo wydawał się dosyć niewinny. Ale dostrzegałam na jego twarzy ten uśmiech. Kpiący, wywyższający się, pewny siebie. Uśmiech, który doskonale znałam i którego szczerze nienawidziłam. To przelało czarę goryczy, było niczym zapalona zapałka rzucona w substancję łatwopalną. Wybuchłam. Poczułam jak przez moje ciało przechodzi fala ciepła, jak ogień w moim wnętrzu szaleje. Zaczęłam się zmieniać w feniksa, ognistego ptaka o pomarańczowych piórach. Kiedy przemiana dobiegła końca, rozerwałam krępujące mnie liny. Mężczyźni chcieli już dosięgnąć broni, ale byłam szybsza. Wzbiłam się w powietrze, a moje emocje zapanowały nade mną, wywołując u mnie samozapłon. Moje pióra i ciało stały się ogniem a ja wydałam swój okrzyk rzucając się na oprawców. Nie mieli szans. Spaliłam ich żywcem na marny popiół. Kiedy było już po wszystkim, wróciłam do człowieczej formy. Nie miałam nawet siły aby ustać na nogach, od razu upadłam na ziemię. Niekontrolowanie moje oczy zaczęły się zamykać, a ja straciłam przytomność.
- Ignis… - to było ostatnie słowo, jakie do mnie dotarło, a głos, który je wypowiedział brzmiał znajomo.
<Lucy?>
- Ej, chyba się obudziła – usłyszałam męski głos.
Podeszło do mnie dwóch mężczyzn, ubranych w skóry. W oczy mi się rzuciły pióra, które mieli przy pasie. Przez światło, które dobiegało z latarni, trzymanej przez jednego z nich, mogłam zauważyć, że niektóre z nich są pomarańczowe, inne żółte a niektóre czerwone. Nie miałam wątpliwości, po nich rozpoznałam, że mam do czynienia z łowcami feniksów. Byłam w czarnej dupie.
- Jesteś pewny, że ta dziewczyna to feniks? – odezwał się ten z latarnią.
- Wątpisz w moje umiejętności? – odpowiedział zapytany, który był ewidentnie starszy od jego współpracownika.
Spojrzałam na nich i już czułam jak zalewa mnie fala nienawiści. Te pieprzone dupki polują na innych z mojego gatunku, zabijają ich dla pieniędzy. Miałam ochotę eksplodować, mienić się w pieprzonego ognistego ptaka i spalić ich na jebany popiół. Zamiast tego, zaczęłam się bardziej szamotać, przez co bardziej uszkodziłam sobie nogę.
- Nie szarp się złociutka, potrzebujemy cię żywą – powiedział starszy, podnosząc mnie do góry i powodując, że usiadłam.
Młodszy przysunął się bliżej, przez co światło zaczęło mnie bardziej oślepiać. Zmrużyłam oczy, bo nawet ja byłam na to wrażliwa. Któryś z nich do mnie podszedł i ściągnął mi knebel, przez który nie mogłam mówić. Gwałtownie nabrałam do swoich płuc powietrza, delektując się nim.
- To co moja droga, będziesz współpracować? – po głosie dalej mogłam rozpoznać, że mówi do mnie ten bardziej doświadczony.
- Czego ode mnie do cholery jasnej chcecie? – odezwałam się po dłuższej chwili.
- Nic takiego kochana, chcemy tylko abyś zaprowadziła was do swojego gniazda – odezwał się przesadnie miłym głosem mój rozmówca, o ile był w stanie przybrać taki ton ze swoim niskim i gardłowym głosem.
- Nie wiem o czym mówisz.
- Doskonale wiesz, nie kłam – złapał mnie za włosy i pociągnął moją głowę do tyłu zmuszając, abym spojrzała w jego oczy.
Niewiele myśląc, splunęłam na niego. Mój rozmówca odsunął się i przetarł dłonią swoją facjatę. Żałowałam, że nie trafiłam w oko, ale wykorzystałam okazję i spróbowałam go kopnąć. Młodszy chyba przejrzał moje zamiary i stanął na mojej ranie, wywołując u mnie okrzyk bólu.
- Chcieliśmy po dobroci to załatwić maleńka, ale skoro nie dajesz nam wyboru… - dostałam w twarz.
Poczułam ból a później pieczenie na prawym policzku. Pojawił się też szok, który szybko został zastąpiony gniewem. Ostatni raz tak się poczułam kiedy on, Morfin, obecny Alfa uderzył mnie po raz ostatni. Czułam jak mój wewnętrzny ogień zaraz eksploduje, ujawniając moją prawdziwą formę. Próbowałam to opanować, jakoś to w sobie zwalczyć.
Starałam się nie patrzeć na tego, który mnie uderzył. Mój wzrok zawiesiłam na tym młodszym łowcy. Miał nie więcej niż 20 lat, całe życie miał przed sobą. Początkowo wydawał się dosyć niewinny. Ale dostrzegałam na jego twarzy ten uśmiech. Kpiący, wywyższający się, pewny siebie. Uśmiech, który doskonale znałam i którego szczerze nienawidziłam. To przelało czarę goryczy, było niczym zapalona zapałka rzucona w substancję łatwopalną. Wybuchłam. Poczułam jak przez moje ciało przechodzi fala ciepła, jak ogień w moim wnętrzu szaleje. Zaczęłam się zmieniać w feniksa, ognistego ptaka o pomarańczowych piórach. Kiedy przemiana dobiegła końca, rozerwałam krępujące mnie liny. Mężczyźni chcieli już dosięgnąć broni, ale byłam szybsza. Wzbiłam się w powietrze, a moje emocje zapanowały nade mną, wywołując u mnie samozapłon. Moje pióra i ciało stały się ogniem a ja wydałam swój okrzyk rzucając się na oprawców. Nie mieli szans. Spaliłam ich żywcem na marny popiół. Kiedy było już po wszystkim, wróciłam do człowieczej formy. Nie miałam nawet siły aby ustać na nogach, od razu upadłam na ziemię. Niekontrolowanie moje oczy zaczęły się zamykać, a ja straciłam przytomność.
- Ignis… - to było ostatnie słowo, jakie do mnie dotarło, a głos, który je wypowiedział brzmiał znajomo.
<Lucy?>
wtorek, 22 stycznia 2019
Od Ignis do Lucy – Porażka dołuje, doświadczenie wzmacnia...
- Kurwa jego jebana mać! – wydarłam się kiedy moja towarzyszka po raz kolejny próbowała uwolnić moją nogę z pułapki.
Przez tych pieprzonych strażników, którzy nas poznali, musiałyśmy uciekać, znowu. Udało nam ich się co prawda zgubić, wioska była tak biedna, że nie posiadali tam koni, ale w zamian wpadłyśmy na teren łowiecki. I oczywiście zorientowałyśmy się dopiero, kiedy całkowicie jebanym fartem wlazłam w tą pieprzoną pułapkę.
- Cholera jasna ściągaj to gówno z mojej nogi.
- Próbuję – Lucy jeszcze raz spróbowała otworzyć pułapkę i nareszcie jej się udało.
Szybko przygarnęłam nogę do siebie i skuliłam się na trawie.
- Do chuja pierdolonego, ale mnie to napierdala – patrzyłam na ranę z której obficie spływała krew.
- Użyj może łez feniksa – zaproponowała moja kompanka.
- Nie będę ich marnować… Ugh, w torbie mam jakąś szmatę, weź mi ją daj to opatrzę ranę.
- Ale teraz by się przydały…
- Rób kurwa mać co mówię! – krzyknęłam zdenerwowana.
Dziewczyna chciała się wykłócać dalej, ale chyba mój podniesiony głos zmusił ją do rezygnacji. Zaczęła grzebać w torbie aż wreszcie podała mi jakiś materiał. Chciałam go wziąć, ale ona sama zdjęła mi buta i opatrzyła ranę.
- Cholera – syknęłam kiedy za mocno ścisnęła ten prowizoryczny opatrunek.
- Przepraszam – powiedziała zmiennokształtna i skończyła zawiązywać materiał na ranie.
Pomogła mi jeszcze założyć buta i wstać. Próbowałam iść o własnych siłach, ale nie szło mi to za dobrze, dlatego musiałam przyjąć pomoc Lucy. Znalazłyśmy jakieś ustronne miejsce, gdzie rozpaliłam ogień.
- Musimy tu przeczekać jakiś czas, aż będę w stanie sama chodzić – powiedziałam do niej kiedy już było ciemno.
- Czemu nie chcesz użyć łez? Przecież one by ci pomogły.
- Nie chce ich marnować – odpowiedziałam krótko.
- Nie marnowałabyś, tobie jest to teraz potrzebne – ciągnęła dziewczyna.
- Czy ty do cholery jasnej nie rozumiesz słowa nie?!
- Ale dlaczego?
- Bo kurwa mać one na mnie nie działają! – nie wytrzymałam już.
Zapadła cisza. Sówka była zbyt zaskoczona moim małym wyznaniem. Nie patrzyłam na nią i miałam cichą nadzieję, że nie będzie dalej próbować nic ode mnie wyciągać. Spojrzałam w niebo. Już widać było pierwsze gwiazdy. Wpatrywałam się w nie, wspominając słowa pewnej osoby. Jej zdaniem, każdy z nas ma swoją własna gwiazdę. Pojawia się pierwszy raz na niebie z chwila naszego przyjścia na świat i gaśnie razem z naszą śmiercią. Natomiast jeżeli dwie gwiazdy są blisko siebie oznacza to, że te dwie dusze są sobie przeznaczone. Obserwowałam te świecące punkty na niebie, szukając swojej własnej gwiazdki. Nie wszyscy zdawali sobie sprawę, że nie są one tylko białe, ale są też żółte czy niebieskie. Jednak aby to zauważyć, trzeba było mieć wybitnie dobry wzrok. Swój wzrok zawiesiłam na malutkiej, żółtej kuleczce, będącej najdalej ze wszystkich świecących punktów. Przyciągała mój wzrok, sama nie wiedziałam czemu.
- Prześpij się – spojrzałam już spokojniejsza na Lucy. – Ja będę pilnować ognia i tak przez ból nie zasnę.
Dziewczyna nie zamierzała się już sprzeczać, bo ułożyła się na ziemi i dosyć szybko usnęła. Ja w tym czasie wyciągnęłam z torby duży zeszyt i coś do pisania. Zaczęłam go kartkować, przeglądając jego zawartość. Zatrzymałam się na stronie, gdzie był pewien rysunek. Przedstawiał on ładną kobietę obok pewnego mężczyzny. Wyglądali jakby byli parą. Co więcej, byli dosyć do mnie podobni. Zamknęłam oczy i wróciłam do szukania pustej strony. Kiedy nareszcie ją znalazłam, wzięłam się za rysowanie. Nie miałam konkretnego planu, zaczynałam od chaotycznie porozstawianych kresek, które nic nie przypominały. Nawet nie zauważyłam, kiedy noc mi minęła, a na kartce zaczął się pojawiać obraz płomykówki.
<Hehe, Lucy?>
Przez tych pieprzonych strażników, którzy nas poznali, musiałyśmy uciekać, znowu. Udało nam ich się co prawda zgubić, wioska była tak biedna, że nie posiadali tam koni, ale w zamian wpadłyśmy na teren łowiecki. I oczywiście zorientowałyśmy się dopiero, kiedy całkowicie jebanym fartem wlazłam w tą pieprzoną pułapkę.
- Cholera jasna ściągaj to gówno z mojej nogi.
- Próbuję – Lucy jeszcze raz spróbowała otworzyć pułapkę i nareszcie jej się udało.
Szybko przygarnęłam nogę do siebie i skuliłam się na trawie.
- Do chuja pierdolonego, ale mnie to napierdala – patrzyłam na ranę z której obficie spływała krew.
- Użyj może łez feniksa – zaproponowała moja kompanka.
- Nie będę ich marnować… Ugh, w torbie mam jakąś szmatę, weź mi ją daj to opatrzę ranę.
- Ale teraz by się przydały…
- Rób kurwa mać co mówię! – krzyknęłam zdenerwowana.
Dziewczyna chciała się wykłócać dalej, ale chyba mój podniesiony głos zmusił ją do rezygnacji. Zaczęła grzebać w torbie aż wreszcie podała mi jakiś materiał. Chciałam go wziąć, ale ona sama zdjęła mi buta i opatrzyła ranę.
- Cholera – syknęłam kiedy za mocno ścisnęła ten prowizoryczny opatrunek.
- Przepraszam – powiedziała zmiennokształtna i skończyła zawiązywać materiał na ranie.
Pomogła mi jeszcze założyć buta i wstać. Próbowałam iść o własnych siłach, ale nie szło mi to za dobrze, dlatego musiałam przyjąć pomoc Lucy. Znalazłyśmy jakieś ustronne miejsce, gdzie rozpaliłam ogień.
- Musimy tu przeczekać jakiś czas, aż będę w stanie sama chodzić – powiedziałam do niej kiedy już było ciemno.
- Czemu nie chcesz użyć łez? Przecież one by ci pomogły.
- Nie chce ich marnować – odpowiedziałam krótko.
- Nie marnowałabyś, tobie jest to teraz potrzebne – ciągnęła dziewczyna.
- Czy ty do cholery jasnej nie rozumiesz słowa nie?!
- Ale dlaczego?
- Bo kurwa mać one na mnie nie działają! – nie wytrzymałam już.
Zapadła cisza. Sówka była zbyt zaskoczona moim małym wyznaniem. Nie patrzyłam na nią i miałam cichą nadzieję, że nie będzie dalej próbować nic ode mnie wyciągać. Spojrzałam w niebo. Już widać było pierwsze gwiazdy. Wpatrywałam się w nie, wspominając słowa pewnej osoby. Jej zdaniem, każdy z nas ma swoją własna gwiazdę. Pojawia się pierwszy raz na niebie z chwila naszego przyjścia na świat i gaśnie razem z naszą śmiercią. Natomiast jeżeli dwie gwiazdy są blisko siebie oznacza to, że te dwie dusze są sobie przeznaczone. Obserwowałam te świecące punkty na niebie, szukając swojej własnej gwiazdki. Nie wszyscy zdawali sobie sprawę, że nie są one tylko białe, ale są też żółte czy niebieskie. Jednak aby to zauważyć, trzeba było mieć wybitnie dobry wzrok. Swój wzrok zawiesiłam na malutkiej, żółtej kuleczce, będącej najdalej ze wszystkich świecących punktów. Przyciągała mój wzrok, sama nie wiedziałam czemu.
- Prześpij się – spojrzałam już spokojniejsza na Lucy. – Ja będę pilnować ognia i tak przez ból nie zasnę.
Dziewczyna nie zamierzała się już sprzeczać, bo ułożyła się na ziemi i dosyć szybko usnęła. Ja w tym czasie wyciągnęłam z torby duży zeszyt i coś do pisania. Zaczęłam go kartkować, przeglądając jego zawartość. Zatrzymałam się na stronie, gdzie był pewien rysunek. Przedstawiał on ładną kobietę obok pewnego mężczyzny. Wyglądali jakby byli parą. Co więcej, byli dosyć do mnie podobni. Zamknęłam oczy i wróciłam do szukania pustej strony. Kiedy nareszcie ją znalazłam, wzięłam się za rysowanie. Nie miałam konkretnego planu, zaczynałam od chaotycznie porozstawianych kresek, które nic nie przypominały. Nawet nie zauważyłam, kiedy noc mi minęła, a na kartce zaczął się pojawiać obraz płomykówki.
<Hehe, Lucy?>
Od Ignis do Lucy – Porażka dołuje, doświadczenie wzmacnia
Kiedy Lucy przyleciała i zmieniła się w człowieka, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to krew na jej płaszczu. Przyjrzałam się jej dokładniej, ale nie zauważyłam aby była ranna więc zignorowałam plamy na ubraniu.
- Gadzina ciągle tu jest – powiedziałam, patrząc w inną stronę.
- Tak, szuka nas – odpowiedziała towarzyszka.
- Chodź, nie zamierzam się dać tak łatwo zamrozić – odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę, w którą wieje wiatr, aby utrudnić smokowi tropienie.
Większość czasu szłyśmy w całkowitym milczeniu. Czułam rozdarcie. Z jednej strony mogłam się skupić na swoich myślach i nikt mi nie przeszkadzał w niczym, ale jednak… nie byłam sama… nareszcie ktoś był blisko mnie. Ciągle idąc, odwróciłam lekko głowę w stronę dziewczyny. Chwilę zastanawiałam się, jak zacząć rozmowę, ale ostatecznie zdecydowałam, że w sumie jest to nie potrzebne i z powrotem zaczęłam patrzeć przed siebie. Czasem zatrzymywałyśmy się na odpoczynek, tak jak teraz. Sówka siedziała na jakimś powalonym drzewie a ja odeszłam trochę dalej, aby się rozejrzeć. Byłyśmy blisko wyjścia z lasu. Zapatrzyłam się przez co nie zauważyłam, że Lucy do mnie podeszła.
- Masz jakieś konkretne miejsce do którego zmierzasz, czy nie? – zapytała.
- Kurwa mać, nie strasz mnie tak do cholery jasnej! – aż złapałam się za serce.
- Przepraszam – zaczęła patrzeć w to samo miejsce co ja.
Chwilę się zastanawiałam nad tym co jej odpowiedzieć. Mogłam ją zbyć jak zwykle, ale tym razem, jej pytanie zmusiło mnie do zastanowieniem się nad swoim celem. Bo w końcu jakiś musiałam mieć.
- Muszę… Dostać się do ruin Slo’Juna.
- Po co? – kontynuowała „przesłuchanie”.
- Jest tam ktoś, kogo muszę odnaleźć.
<Lucy?>
- Gadzina ciągle tu jest – powiedziałam, patrząc w inną stronę.
- Tak, szuka nas – odpowiedziała towarzyszka.
- Chodź, nie zamierzam się dać tak łatwo zamrozić – odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę, w którą wieje wiatr, aby utrudnić smokowi tropienie.
Większość czasu szłyśmy w całkowitym milczeniu. Czułam rozdarcie. Z jednej strony mogłam się skupić na swoich myślach i nikt mi nie przeszkadzał w niczym, ale jednak… nie byłam sama… nareszcie ktoś był blisko mnie. Ciągle idąc, odwróciłam lekko głowę w stronę dziewczyny. Chwilę zastanawiałam się, jak zacząć rozmowę, ale ostatecznie zdecydowałam, że w sumie jest to nie potrzebne i z powrotem zaczęłam patrzeć przed siebie. Czasem zatrzymywałyśmy się na odpoczynek, tak jak teraz. Sówka siedziała na jakimś powalonym drzewie a ja odeszłam trochę dalej, aby się rozejrzeć. Byłyśmy blisko wyjścia z lasu. Zapatrzyłam się przez co nie zauważyłam, że Lucy do mnie podeszła.
- Masz jakieś konkretne miejsce do którego zmierzasz, czy nie? – zapytała.
- Kurwa mać, nie strasz mnie tak do cholery jasnej! – aż złapałam się za serce.
- Przepraszam – zaczęła patrzeć w to samo miejsce co ja.
Chwilę się zastanawiałam nad tym co jej odpowiedzieć. Mogłam ją zbyć jak zwykle, ale tym razem, jej pytanie zmusiło mnie do zastanowieniem się nad swoim celem. Bo w końcu jakiś musiałam mieć.
- Muszę… Dostać się do ruin Slo’Juna.
- Po co? – kontynuowała „przesłuchanie”.
- Jest tam ktoś, kogo muszę odnaleźć.
<Lucy?>
Od Ignis do Lucy – Porażka dołuje, doświadczenie wzmacnia
Uważnie słuchałam tego, co Lucy miała mi do powiedzenia. Z jej wypowiedzi wynikało, że mam możliwość opuszczenia jaskini bez zdradzania się. Ta perspektywa była bardzo kusząca i szczerze, podobała mi się o wiele bardziej aniżeli zmienienie się w feniksa. Po tej szybkiej wymianie informacji zapadła cisza. Kiedy wstałam dorzucić chrustu do ognia, moja towarzyszka zdecydowała się odezwać:
- Co to był za smok? – czułam jej wzrok na moich plecach.
Początkowo miałam nie odpowiadać, bo co ją interesowało coś co nie dotyczy jej dupska. Westchnęłam.
- Powiem ci tylko dlatego, że sama wpadłaś w to gówno i powinnaś być uświadomiona w co się wmieszałaś. Ta latająca chłodziarka poluje na mnie. Nie pytaj czemu, sama chciałabym wiedzieć sówko – nie patrzyłam na nią i cały czas byłam odwrócona do niej tyłem.
Nie odezwała się. Zebrałam jakieś gałęzie i suche liście, które później dołożyłam do ognia. Musiałam się jak najszybciej zregenerować, a ogień to najlepsze źródło energii dla mnie. Nie długo musiałam czekać, aby zmorzył nas sen. Obudziłam się z samego rana przez mój brzuch, który stwierdził, że musi wydać z siebie dźwięk godowy wieloryba. Sięgnęłam po torbę i wyciągnęłam z niej trochę jedzenia. Biorąc pod uwagę, że teraz są dwa żołądki do wykarmienia, zjadłam o wiele mniejszą porcję niż zwykle. Po posileniu się ponownie rozpaliłam ogień, aby jeszcze trochę nasycić się jego energią. Jednak nie dane mi było zbyt długo się nim nacieszyć, gdyż moja towarzyszka obudziła się.
- W torbie jest jedzenie – bez zbędnych ceregieli pokazałam jej ręką na mój jedyny bagaż.
Lucy również musiała być głodna, bo bez odpowiedzi sięgnęła po posiłek, który był równie skromny co mój. Kiedy skończyła się posilać, wstałam i zgasiłam ognisko.
- Musimy ruszać, im dłużej siedzę na dupsku w jednym miejscu tym szybciej jaszczur mnie znajdzie a ja dostane kurwicy – powiedziałam do niej.
- Wylecę przez otwór, jakoś cię później znajdę – odpowiedziała mi.
- Jasne, tylko nie pakuj się w kłopoty, nie mam humoru na ratowanie twojego dupska – poszłam w swoją stronę a Lucy zmieniła się w sowę i odleciała.
<Lucy?>
- Co to był za smok? – czułam jej wzrok na moich plecach.
Początkowo miałam nie odpowiadać, bo co ją interesowało coś co nie dotyczy jej dupska. Westchnęłam.
- Powiem ci tylko dlatego, że sama wpadłaś w to gówno i powinnaś być uświadomiona w co się wmieszałaś. Ta latająca chłodziarka poluje na mnie. Nie pytaj czemu, sama chciałabym wiedzieć sówko – nie patrzyłam na nią i cały czas byłam odwrócona do niej tyłem.
Nie odezwała się. Zebrałam jakieś gałęzie i suche liście, które później dołożyłam do ognia. Musiałam się jak najszybciej zregenerować, a ogień to najlepsze źródło energii dla mnie. Nie długo musiałam czekać, aby zmorzył nas sen. Obudziłam się z samego rana przez mój brzuch, który stwierdził, że musi wydać z siebie dźwięk godowy wieloryba. Sięgnęłam po torbę i wyciągnęłam z niej trochę jedzenia. Biorąc pod uwagę, że teraz są dwa żołądki do wykarmienia, zjadłam o wiele mniejszą porcję niż zwykle. Po posileniu się ponownie rozpaliłam ogień, aby jeszcze trochę nasycić się jego energią. Jednak nie dane mi było zbyt długo się nim nacieszyć, gdyż moja towarzyszka obudziła się.
- W torbie jest jedzenie – bez zbędnych ceregieli pokazałam jej ręką na mój jedyny bagaż.
Lucy również musiała być głodna, bo bez odpowiedzi sięgnęła po posiłek, który był równie skromny co mój. Kiedy skończyła się posilać, wstałam i zgasiłam ognisko.
- Musimy ruszać, im dłużej siedzę na dupsku w jednym miejscu tym szybciej jaszczur mnie znajdzie a ja dostane kurwicy – powiedziałam do niej.
- Wylecę przez otwór, jakoś cię później znajdę – odpowiedziała mi.
- Jasne, tylko nie pakuj się w kłopoty, nie mam humoru na ratowanie twojego dupska – poszłam w swoją stronę a Lucy zmieniła się w sowę i odleciała.
<Lucy?>
sobota, 19 stycznia 2019
Od Ignis do Lucy – Porażka dołuje, doświadczenie wzmacnia
Kiedy dotarłam do lasu, od razu zauważyłam coś, co mnie na chwilę sparaliżowało. Niektóre drzewa były całkowicie zamrożone, co nie jest normalne patrząc, że temperatura nie pozwoliłaby na to
Chyba, że chłodziarka która za mną podąża tu była. Nie pamiętam ile tak stałam, ale z mojego odrętwienia wyrwała mnie Lucy, lekko mną potrząsając.
- Ignis strażnicy się zbliżają, zaraz tu przybędą – powiedziała prawdopodobnie już któryś raz.
- Kurwa mać… - zaczęłam się rozglądać za możliwością ucieczki.
Instynkt przetrwania podpowiadał, aby pobiec w las, ale rozum mówił, że może tam czekać mój przeciwnik.
Ze względu na brak czasu, złapałam dziewczynę mocno za nadgarstek i pociągnęłam ją w stronę drzew, zmuszając do biegu. Ignorowałam jej pytania, nie było na to czasu. Nie uciekłyśmy zbyt daleko, kiedy mogłyśmy usłyszeć tętent koni.
Chwilę później usłyszałam znajomy świst strzały. Te dupki miały wśród siebie łuczników.
- Biegnij do cholery jasnej, jeżeli życie ci miłe! – krzyknęłam do sówki, zmuszając ją do przyspieszenia.
Nagle syknęłam z bólu i poczułam pieczenie na nodze. Któryś z tych cweli celował w moją nogę, ale strzała tylko przecięła moją skórę, prawdopodobnie dosyć głęboko.
Zmiennokształtna nie miała tyle szczęścia. Usłyszałam jej krzyk, ale nie mogłam się odwrócić aby sprawdzić czy nie dostała w nogę, bo skończyłabym z twarzą w drzewie. Niestety przez to oraz zmęczenie, zaczęłyśmy zwalniać a goniący nas strażnicy zaczęli nas okrążać. Nie miałyśmy innej możliwości, jak zatrzymać się.
- Czyżby nasze gołąbeczki zamierzały się poddać? - przemówił jeden z tych obleśnych typów, których z uśmiechem na twarzy bym pobiła.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale coś mi przerwało. Jeden, głośny ryk który prawdopodobnie można było usłyszeć z każdego zakątka lasu. Z rykiem, temperatura zaczęła spadać.
- No i mamy przejebane… - odezwałam się, patrząc się w stronę, z której ten odgłos dochodził.
Nie trzeba było długo czekać, aby gigantyczny, niebieski smok się pojawił. Jego obecność wywołała niewielki popłoch wśród goniącej nas grupki, ale on nie zwracał na nich uwagi. Nawet bez patrzenia na niego wiedziałabym, że jego ślepia patrzą prosto na mnie. Smok zaryczał kolejny raz i miał przystąpić do ataku, kiedy jakiś głupi śmiałek, strzelił do niego z łuku. Na jego nieszczęście, trafił go, przez co gadzina odwróciła się w ich stronę i zaczęła ich atakować. Wykorzystując zaistniałą sytuację, ponownie złapałam stojącą za mną Lucy i tym razem zgodnie pobiegłyśmy jak najdalej od tej sceny. Zatrzymałyśmy się dopiero przed głęboka dziurą w ziemi.
- Cholera… nie mamy wyjścia, wskakuj – mówiłam, patrząc na nią.
- Mam skoczyć nie wiadomo gdzie?
- Wolisz zostać tu i mieć do czynienia z wkurwioną lodówką? Jak tak to proszę bardzo, ale jeżeli zależy ci na zachowaniu życia to wskakuj i nie marudź.
Drugi raz nie musiałam się powtarzać, dziewczyna posłusznie wskoczyła do dziury. Kiedy upewniłam się, że wylądowała i odsunęła się, skoczyłam za nią.
- Kurwa – mój upadek nie mógłby się odbyć bez mojego jakże soczystego przekleństwa.
Wstałam, masując bolące nogi i rozejrzałam się. Na ziemi buło trochę gałęzi i jakieś kamienie, czyli jest możliwość, że uda nam się wzniecić ogień. Później spojrzałam na zmiennokształtną. Strzała wystawała jej z ramienia.
- Odwróć się – powiedziałam.
- Co chcesz zrobić? – cofnęła się, jak tylko się za bardzo zbliżyłam.
- Po prostu się odwróć, gdybym chciała cię zabić to dawno bym to zrobiła bez zbędnego pierdolenia – czułam, że jeszcze trochę a puszcze jeszcze bardziej soczystą wiązankę.
Dziewczyna odwróciła się, możliwe, że przez to iż wyczuła mój nastrój, co nie było zbyt trudne. Ja natomiast podeszłam do niej i jedną ręką przytrzymałam ją a drugą chwyciłam za wbitą strzałę. Jednym, szybkim ruchem ją wyciągnęłam, powodując u niej kolejny krzyk z bólu. Rzuciłam pocisk na ziemię a drugą ręką sięgnęłam do torby. Wyciągnęłam z niej mały, szklany flakonik, który otworzyłam. Część jego zawartości wylałam na jej ranę, przez co mogła poczuć lekkie pieczenie. Nikt w końcu nie powiedział, że kuracja łzami feniksa jest bezbolesna.
<Lucy? Trochę się rozpisałam, mam nadzieję, że nie będziesz zła za tą strzałę.>
Chyba, że chłodziarka która za mną podąża tu była. Nie pamiętam ile tak stałam, ale z mojego odrętwienia wyrwała mnie Lucy, lekko mną potrząsając.
- Ignis strażnicy się zbliżają, zaraz tu przybędą – powiedziała prawdopodobnie już któryś raz.
- Kurwa mać… - zaczęłam się rozglądać za możliwością ucieczki.
Instynkt przetrwania podpowiadał, aby pobiec w las, ale rozum mówił, że może tam czekać mój przeciwnik.
Ze względu na brak czasu, złapałam dziewczynę mocno za nadgarstek i pociągnęłam ją w stronę drzew, zmuszając do biegu. Ignorowałam jej pytania, nie było na to czasu. Nie uciekłyśmy zbyt daleko, kiedy mogłyśmy usłyszeć tętent koni.
Chwilę później usłyszałam znajomy świst strzały. Te dupki miały wśród siebie łuczników.
- Biegnij do cholery jasnej, jeżeli życie ci miłe! – krzyknęłam do sówki, zmuszając ją do przyspieszenia.
Nagle syknęłam z bólu i poczułam pieczenie na nodze. Któryś z tych cweli celował w moją nogę, ale strzała tylko przecięła moją skórę, prawdopodobnie dosyć głęboko.
Zmiennokształtna nie miała tyle szczęścia. Usłyszałam jej krzyk, ale nie mogłam się odwrócić aby sprawdzić czy nie dostała w nogę, bo skończyłabym z twarzą w drzewie. Niestety przez to oraz zmęczenie, zaczęłyśmy zwalniać a goniący nas strażnicy zaczęli nas okrążać. Nie miałyśmy innej możliwości, jak zatrzymać się.
- Czyżby nasze gołąbeczki zamierzały się poddać? - przemówił jeden z tych obleśnych typów, których z uśmiechem na twarzy bym pobiła.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale coś mi przerwało. Jeden, głośny ryk który prawdopodobnie można było usłyszeć z każdego zakątka lasu. Z rykiem, temperatura zaczęła spadać.
- No i mamy przejebane… - odezwałam się, patrząc się w stronę, z której ten odgłos dochodził.
Nie trzeba było długo czekać, aby gigantyczny, niebieski smok się pojawił. Jego obecność wywołała niewielki popłoch wśród goniącej nas grupki, ale on nie zwracał na nich uwagi. Nawet bez patrzenia na niego wiedziałabym, że jego ślepia patrzą prosto na mnie. Smok zaryczał kolejny raz i miał przystąpić do ataku, kiedy jakiś głupi śmiałek, strzelił do niego z łuku. Na jego nieszczęście, trafił go, przez co gadzina odwróciła się w ich stronę i zaczęła ich atakować. Wykorzystując zaistniałą sytuację, ponownie złapałam stojącą za mną Lucy i tym razem zgodnie pobiegłyśmy jak najdalej od tej sceny. Zatrzymałyśmy się dopiero przed głęboka dziurą w ziemi.
- Cholera… nie mamy wyjścia, wskakuj – mówiłam, patrząc na nią.
- Mam skoczyć nie wiadomo gdzie?
- Wolisz zostać tu i mieć do czynienia z wkurwioną lodówką? Jak tak to proszę bardzo, ale jeżeli zależy ci na zachowaniu życia to wskakuj i nie marudź.
Drugi raz nie musiałam się powtarzać, dziewczyna posłusznie wskoczyła do dziury. Kiedy upewniłam się, że wylądowała i odsunęła się, skoczyłam za nią.
- Kurwa – mój upadek nie mógłby się odbyć bez mojego jakże soczystego przekleństwa.
Wstałam, masując bolące nogi i rozejrzałam się. Na ziemi buło trochę gałęzi i jakieś kamienie, czyli jest możliwość, że uda nam się wzniecić ogień. Później spojrzałam na zmiennokształtną. Strzała wystawała jej z ramienia.
- Odwróć się – powiedziałam.
- Co chcesz zrobić? – cofnęła się, jak tylko się za bardzo zbliżyłam.
- Po prostu się odwróć, gdybym chciała cię zabić to dawno bym to zrobiła bez zbędnego pierdolenia – czułam, że jeszcze trochę a puszcze jeszcze bardziej soczystą wiązankę.
Dziewczyna odwróciła się, możliwe, że przez to iż wyczuła mój nastrój, co nie było zbyt trudne. Ja natomiast podeszłam do niej i jedną ręką przytrzymałam ją a drugą chwyciłam za wbitą strzałę. Jednym, szybkim ruchem ją wyciągnęłam, powodując u niej kolejny krzyk z bólu. Rzuciłam pocisk na ziemię a drugą ręką sięgnęłam do torby. Wyciągnęłam z niej mały, szklany flakonik, który otworzyłam. Część jego zawartości wylałam na jej ranę, przez co mogła poczuć lekkie pieczenie. Nikt w końcu nie powiedział, że kuracja łzami feniksa jest bezbolesna.
<Lucy? Trochę się rozpisałam, mam nadzieję, że nie będziesz zła za tą strzałę.>
czwartek, 17 stycznia 2019
Od Ignis do Lucy - Porażka dołuje, doświadczenie wzmacnia...
Nie zwracałam uwagi, czy nowo poznana za mną idzie. Moim celem było znalezienie tego głupiego drzewa, pod którym zostawiłam resztę moich rzeczy. Kiedy w końcu udało mi się, wyciągnęłam swoją torbę, którą ukryłam między jego korzeniami. Otworzyłam ją a do środka włożyłam swoje zapasy, zaraz po tym, jak sprawdziłam czy cała jej zawartość tam jest.
- Kim jesteś? – usłyszałam pytanie nieznajomej.
Spojrzałam na nią, miałam nadzieję, że odpuści sobie podążanie za mną, ale to były tylko złudne marzenia.
- Ignis, skoro musisz wiedzieć – wstałam aby rozejrzeć się i zdecydować, w którą stronę się teraz udać. – A ty? – zapytałam od niechcenia.
- Lucy – zauważyłam, że moja rozmówczyni trzymała się na dystans.
Z jednej strony rozumiałam to i było mi to na rękę, ale po części irytowało mnie to. Kim ja niby dla niej byłam? Głupią maszyną do zabijania? Z resztą, nie obchodziło mnie to, w końcu jest to obca. Wyciągnęłam spod peleryny moje dwa, długie, rude warkocze.
- Jeszcze jakieś pytania? – założyłam ręce na piersi.
Odpowiedziała mi cisza.
- No i zajebiście, a teraz ty zajmiesz się swoimi sprawami a ja swoimi i wszyscy będą zadowoleni – odwróciłam się do niej tyłem.
Chciałam odejść, czekała mnie długa droga a pozostanie w jednym miejscu na dłuższą chwilę, mogło się dla mnie, sówki i całej okolicy nieprzyjemnie skończyć.
<To co, na razie takie krótkie?>
- Kim jesteś? – usłyszałam pytanie nieznajomej.
Spojrzałam na nią, miałam nadzieję, że odpuści sobie podążanie za mną, ale to były tylko złudne marzenia.
- Ignis, skoro musisz wiedzieć – wstałam aby rozejrzeć się i zdecydować, w którą stronę się teraz udać. – A ty? – zapytałam od niechcenia.
- Lucy – zauważyłam, że moja rozmówczyni trzymała się na dystans.
Z jednej strony rozumiałam to i było mi to na rękę, ale po części irytowało mnie to. Kim ja niby dla niej byłam? Głupią maszyną do zabijania? Z resztą, nie obchodziło mnie to, w końcu jest to obca. Wyciągnęłam spod peleryny moje dwa, długie, rude warkocze.
- Jeszcze jakieś pytania? – założyłam ręce na piersi.
Odpowiedziała mi cisza.
- No i zajebiście, a teraz ty zajmiesz się swoimi sprawami a ja swoimi i wszyscy będą zadowoleni – odwróciłam się do niej tyłem.
Chciałam odejść, czekała mnie długa droga a pozostanie w jednym miejscu na dłuższą chwilę, mogło się dla mnie, sówki i całej okolicy nieprzyjemnie skończyć.
<To co, na razie takie krótkie?>
Od Ignis do Lucy - Porażka dołuje doświadczenie wzmacnia...
To był zwykły dzień, pomijając kilka wypadków po drodze. Tak przynajmniej myślałam. Od wielu dni byłam w podróży i do tej pory bez przeszkód unikałam wszelkiego rodzaju osad zamieszkiwanych przez różne osobniki. Było mi to na rękę, przynajmniej dopóki zapasy mi się nie skończyły a mój płaszcz przestał mnie chronić przed wilgocią i zimnem.
- Nie mam wyjścia, muszę znaleźć jakąś wioskę gdzie będzie jakiś krawiec – myślałam na głos.
Tym razem szczęście mi sprzyjało i niewiele musiałam przejść, aby znaleźć jakikolwiek ośrodek cywilizacji. Nim weszłam w tłum kręcący się przy stoiskach, sprawdziłam sakiewkę z moimi monetami. Nie miałam ich za wiele, ale liczyłam, że uda mi się chociaż zakupić trochę pożywienia.
- Pamiętaj, tylko spokojnie – szeptem do siebie powiedziałam i wzięłam głęboki oddech.
Od kupców i handlarzy tylko mężczyźni bardziej mnie irytowali. Przy każdym stoisku sprzedający próbował mnie zatrzymać na dłużej, przekonując jak jego towar jest bardzo wartościowy i niezwykle potrzebny. Musiałam zaciskać pięści aby się pohamować od przyłożeniu takiemu jednemu w jego pulchną twarzyczkę. Ostatecznie zakupiłam trochę żywności a nawet nowy płaszcz, naprawa starego wyniosłaby mnie o wiele więcej i jeszcze musiałabym czekać kilka dni, na co ja nie mogłam sobie pozwolić. W końcu goniąca mnie lodówka na czterech łapach może zjawić się w każdej chwili a w tym momencie w moim kołczanie były tylko trzy strzały, co definitywnie nie wystarczyłoby na tą gadzinę. Po skończonych zakupach zaczęłam się wycofywać z miasteczka, kiedy zauważyłam nieopodal mnie jakieś poruszenie. Mając nadzieję, że to może jakaś bójka, w której mogę wziąć udział, aby się wyżyć, ruszyłam w tamtym kierunku. Oczywiście nie zamierzałam się przeciskać przez tłum gapiów, skorzystałam z okolicznych krzaków. Kiedy zajęłam wygodne miejsce moim oczom ukazała się scenka w której to strażnicy uwięzili sowę. Po usłyszeniu, że więzień jest Zmiennokształtnym nic mnie już nie obchodziło. Nigdy nie miałam w zwyczaju pomagać obcym bez powodu, ale mężczyzna mnie irytował. Wyciągnęłam strzałę a w drugą rękę wzięłam swój łuk który też nosiłam na plecach. Wycelowałam w niego i strzeliłam. Dla bezpieczeństwa szybko uciekłam z tamtego miejsca, aby jeszcze mnie nie złapali. Krzakami udałam się w stronę małych i ciemnych uliczek, a kiedy byłam wystarczająco daleko, zatrzymałam się. W tym samym czasie sowa przyleciała i zamieniła się w dziewczynę.
- Może wypadałoby podziękować za uratowanie tyłka? – odezwałam się do nieznajomej, przyglądając się jej.
Uratowana Zmiennokształtna odwróciłam się w moją stronę, również lustrując mnie wzrokiem.
<Witaj Lucy, starałam się najdłużej jak mogę, ale dopóki nie poznam twojej postaci wystarczająco dobrze, będzie ciężko>
- Nie mam wyjścia, muszę znaleźć jakąś wioskę gdzie będzie jakiś krawiec – myślałam na głos.
Tym razem szczęście mi sprzyjało i niewiele musiałam przejść, aby znaleźć jakikolwiek ośrodek cywilizacji. Nim weszłam w tłum kręcący się przy stoiskach, sprawdziłam sakiewkę z moimi monetami. Nie miałam ich za wiele, ale liczyłam, że uda mi się chociaż zakupić trochę pożywienia.
- Pamiętaj, tylko spokojnie – szeptem do siebie powiedziałam i wzięłam głęboki oddech.
Od kupców i handlarzy tylko mężczyźni bardziej mnie irytowali. Przy każdym stoisku sprzedający próbował mnie zatrzymać na dłużej, przekonując jak jego towar jest bardzo wartościowy i niezwykle potrzebny. Musiałam zaciskać pięści aby się pohamować od przyłożeniu takiemu jednemu w jego pulchną twarzyczkę. Ostatecznie zakupiłam trochę żywności a nawet nowy płaszcz, naprawa starego wyniosłaby mnie o wiele więcej i jeszcze musiałabym czekać kilka dni, na co ja nie mogłam sobie pozwolić. W końcu goniąca mnie lodówka na czterech łapach może zjawić się w każdej chwili a w tym momencie w moim kołczanie były tylko trzy strzały, co definitywnie nie wystarczyłoby na tą gadzinę. Po skończonych zakupach zaczęłam się wycofywać z miasteczka, kiedy zauważyłam nieopodal mnie jakieś poruszenie. Mając nadzieję, że to może jakaś bójka, w której mogę wziąć udział, aby się wyżyć, ruszyłam w tamtym kierunku. Oczywiście nie zamierzałam się przeciskać przez tłum gapiów, skorzystałam z okolicznych krzaków. Kiedy zajęłam wygodne miejsce moim oczom ukazała się scenka w której to strażnicy uwięzili sowę. Po usłyszeniu, że więzień jest Zmiennokształtnym nic mnie już nie obchodziło. Nigdy nie miałam w zwyczaju pomagać obcym bez powodu, ale mężczyzna mnie irytował. Wyciągnęłam strzałę a w drugą rękę wzięłam swój łuk który też nosiłam na plecach. Wycelowałam w niego i strzeliłam. Dla bezpieczeństwa szybko uciekłam z tamtego miejsca, aby jeszcze mnie nie złapali. Krzakami udałam się w stronę małych i ciemnych uliczek, a kiedy byłam wystarczająco daleko, zatrzymałam się. W tym samym czasie sowa przyleciała i zamieniła się w dziewczynę.
- Może wypadałoby podziękować za uratowanie tyłka? – odezwałam się do nieznajomej, przyglądając się jej.
Uratowana Zmiennokształtna odwróciłam się w moją stronę, również lustrując mnie wzrokiem.
<Witaj Lucy, starałam się najdłużej jak mogę, ale dopóki nie poznam twojej postaci wystarczająco dobrze, będzie ciężko>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Template by...
Eilay
Zireael Graphic
Zireael Graphic