Tej nocy ćwiczyłem swoją zwinność. Niebo było bezchmurne, więc moimi jedynymi obserwatorami były gwiazdy i księżyc. Panowała cisza zakłócana delikatnym szumem liści, miarowym huczeniem sów oraz cichym skrzypieniem gałęzi. Przeskakiwałem z jednego drzewa na drugi wykonując przy tym rozmaite akrobacje. Próbuje nie mylić się co do oszacowania odległości, starannie odmierzam siłę, którą muszę włożyć w pokonanie konkretnej odległości. Spinam mięśnie do granic możliwości, koncentruję się na wybranej przeze mnie gałęzi. Poprawiam swoją pozycję, wiercę się gotowy i wreszcie wykonuję skok. Słychać jedynie świst, moje stopy zgrabnie położyłem na nowej gałęzi przytulając się do pnia. Pospiesznie udaje, że chowam się przed niewygodnym spojrzeniem wyimaginowanej przeze mnie postaci. Mogę wreszcie odetchnąć z ulgą i rozglądam się za nowym celem. Zmieniam taktykę swoich ćwiczeń. Jak małpa zaczyna od razu przeskakiwać gałęzie raz trzymając się mocno dłońmi nie pozwalając mięśniom moich ramion zastygnąć, a potem znów na jakiś czas wracam do lądowania na stopach. Staram się wykonywać wszystko na tyle szybko, by móc nie myśleć o niczym innym. Mam być skupiony na swoich ćwiczeniach. Nie mogę zrobić niczego głupiego tej nocy. Niech choć raz nic się nie stanie, a będę niezmiernie wdzięczny. Walka z samym sobą jest niebywale ciężka. Czuję, że się męczę jednakże nadal z szeroko otwartymi oczami obserwuję otoczenie. Mimo wszystko z tyłu w mojej świadomości odczuwam ogromny ciężar. Tracę również rachubę czasu. Nie wiem ile czasu już na to poświęciłem. Świat zaczął mi wirować przed oczami. Źle wymierzone odległości. Moje serce zaczęło bić jak szalone. Nie łapię swojego stałego rytmu. Za mało centymetrów. Byłem w stanie jedynie musnąć palcami chropowatej powierzchni drzewa. Widzę księżyc na niebie a potem ciemność. Upadłem.
Stęknąłem czując, że wracam do żywych. Mocno ścisnąłem powieki czując na sobie promienie światła codziennego. Po chwili jednak jakaś postać mi ją przysłoniła, co na początku nie wzbudziło mojego podejrzenia. Zaraz gdy odzyskałem czucie, a ból rozszedł się po całym ciele kiedy zadrżałem, zapaliła mi się czerwona lampka. Mimo palącego bólu, który najdotkliwiej daje się na poziomie moich bioder spróbowałem się ruszyć. Nic z tego. Szum w głowie nie ustępował, jednak mimo woli otworzyłem oczy i oniemiałem. Myślałem, że oczy wylecą mi z orbit po zobaczeniu tej istoty. W życiu nie widziałem czegoś podobnego. Zamrugałem parę razy trochę sparaliżowany faktem, że nie jestem w stanie przypisać jej żadnej rasy. Istota przyglądała mi się z widocznym zainteresowaniem. Normalnie nie miałbym nic przeciwko ale totalnie nie mogę nic wywnioskować z jej wyglądu. Jęknąłem ponownie kiedy ruszyłem głową, a potem następnymi częściami ciała.
-Nie wiem kim jesteś cudowna istotko, ale chyba możesz się trochę odsunąć nim król powstanie - mruknąłem ze słabym uśmieszkiem.
-Więc jesteś królem? - jej dźwięczny głos jakby do mnie nie dotarł. To tak można mówić?
-Niekoniecznie - odparłem bo chyba nie zrozumiała mojej aluzji. Poruszyła lekko uszami na co się delikatnie wzdrygnąłem. Pewnie byłaby dla mnie atrakcyjna ale odpychała mnie od niej przesadna chudość nie pasująca do pięknego biustu. Wygląda to dość nienaturalnie. Nie potrafiłem długo patrzeć w jej oczy bez jakiegoś lekkiego zirytowania. Miała niebieskie źrenice w kształcie gwiazdy. Jedyne co nas łączyło to poszarzała skóra.
-Czyli jesteś przyszłym królem? - odsunęła się tak, że promienie słoneczne mnie oślepiły. Wydałem z siebie cichy pomruk niezadowolenia przymrużając oczy.
-Może jednak było lepiej bez słońca? - skwitowałem podnosząc się z ziemi z sykiem.
-Co ci się stało? - spytała widocznie zainteresowana moim zachowaniem. Chwiejnym krokiem podszedłem bliżej pnia i oparłem się plecami. Wzruszyłem tylko ramionami.
-Niewinny upadek z nieba? Tak to nazwijmy, o szczegóły lepiej nie pytać - kiedy chwyciłem równowagę, powoli zacząłem się rozciągać.
-Dlaczego? - kobieta lubiła zadawać zbyt wiele pytań. Ze zdziwieniem odkryłem też, że zaczęła się rozciągać wraz ze mną. Mogę pozazdrościć tak gibkiego ciała. Choć z drugiej strony nie powinno mnie to dziwić - wyglądem przypominała kotkę, a jej niezwykle smukła sylwetka powinna dawno nakierować na te cechę. Rozpraszam się.
-Po prostu, lepiej tego nie wiedzieć - syknąłem znów kiedy przeszedłem do pleców.
-Daj, pomogę ci - słysząc te słowa nie zdążyłem zareagować w jakikolwiek sposób.
Przyłożyła swoją dłoń do mojego kręgosłupa. Przyjemne mrowienie rozeszło się po całych plecach, a w miejscu gdzie położyła rękę czułem gorąco. Kiedy skończyła, odsunęła się pozwalając by delikatny chłód poranka otulił mnie z powrotem. Lekko rozchyliłem usta czując, że uporczywy ból mnie opuścił. Na próbę odchyliłem się mocno do tyłu. Całkiem jak nowe.
-Dziękuję - uśmiechnąłem się szelmowsko. - Jesteś uzdrowicielką? Co to jest za rodzaj magii - teraz to ja jak małe dziecko ciekawe świata przyglądałem się. W głowie kotłowało mi się wiele pytań.
-Można tak powiedzieć, to jedna z moich specjalizacji -lekko się speszyła ale to nic, pytań ciąg dalszy.
-Specjalizacji?
-Tak.
-Wow - to było jedyne co byłem w stanie wydukać.
-Arjasmi -popatrzyłem na nią jak na idiotkę. - Jestem Arjasmi.
-Ah no tak, gzież moje maniery! Searil Olhier Sarethe - przedstawiłem się całym imieniem i nazwiskiem. - Skąd pochodzi taka piękność?
-Przybyłam nie z tego świata - odparła poważnie a ja parsknąłem śmiechem. - Coś nie tak? - zmarszczyła brwi.
-Wspaniałe poczucie humoru ale pytam poważnie. W tych rejonach panny nie powinny chodzić same.
-Powiedziałam całkowicie poważnie. Nie jestem stąd. I o moje bezpieczeństwo bać się nie musisz - zachichotała widząc moją minę.
-Ale jak to możliwe? - spytałem mierząc ją od stóp do głów. Przyłożyła tylko palec do swoich pełnych ust i jak gdyby nigdy nic zaczęła się oddalać. - Ale czekaj, Arjasmi! Mogę ci pomóc w zapoznaniu z tym światem ! - krzyknąłem za nią orientując się, że drugiej okazji do poznania jej bliżej nie będzie.
-Więc Searilu Olhierze Sarethe, chodź ze mną - zatrzymała się i odwróciła. Pospiesznie ruszyłem za nią sprawdzając czy wszystkie moje narzędzia są na swoim miejscu. I miejmy nadzieję, że Arjasmi mnie nie zaatakuje.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Searil. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Searil. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 marca 2019
sobota, 9 lutego 2019
Od Searila do Yennefer - Nauka latania i zaufania...
Mój uparty aniołek przyznał, że potrzebuje pomocy z tym ciałami. I niestety w trakcie wspólnego zakopywania zwłok, jeden ze zbirów nie wyzionął ducha. Kobieta postanowiła go utrzymać przy życiu, co naprawdę mi nie odpowiadało. Jakichkolwiek informacji potrzebowała, nie cierpię przesłuchań. Wyciąganie z kogoś informacji, zwłaszcza z tak parszywych organizacji graniczyło z cudem. Oczywiście będzie musiało się użyć przemocy, zejdzie jej to nawet do kilku dni, tygodni jeśli okaże się naprawdę wytrzymałym typem. Nie próbowałem już rozmawiać z Yennefer, w jakikolwiek sposób komentować to wszystko. Straciłem na to nastrój, a uświadomienie jej, że to co robi jest bezsensowne. Nawet jeśli chciała go zastraszyć cierpieniem bliskimi, to nie miała jak tego zrobić. Wątpię w to, by miała kontakty na tyle by ustalić wszystkie niezbędne informacje. To strata czasu na takiego szaraka.
-Dziękuję - wydukała cicho pod nosem. Dla poprawy humoru musiałem ją trochę przydusić. Drugi raz mogę tego nie usłyszeć. Satysfakcjonujące kiedy jednak tak sroga kobieta potrafi powiedzieć ci dziękuję.
-O co masz zamiar go wypytać - zapytałem z nutą powagi, jednak na mojej twarzy nadal igrał niebezpieczny uśmieszek.
- Lider gildii, do której należę wspominał o tych znakach - wzruszyła ramionami. To zbyt błachy powód do przesłuchania.
-Ale nie o to chodzi - zwróciłem jej uwagę wprost. Jest kiepska jeśli chodzi o kłamanie.
-Może mieć ważne dla mnie informacje, okay? - poczułem, że to dość drażliwy temat. Chociaż kto ją tam wie, kobiety raczej lubią wyolbrzymiać. - Szukam czegoś, a od dawna nie miałam żadnego tropu aż do dzisiaj. Nie zaprzepaszczę takiej okazji - podeszła do przywiązanego mężczyzny.
Nasz chwilowy kolega patrzył na nas spod byka. Ostry kolor jego oczu mocno kontrastował z jego trupio-bladą skórą. Gdzieniegdzie spod ubrań widać było siniaki czy blizny. Ból będzie odczuwał mocniej. Z mojej wstępnej analizy budowy ciała wynika też, że nie jest istotą nadludzką. Jest prawdopodobieństwo, że się mylę ale to zwykły człowiek. Ściągnąłem brwi ku sobie i ruszyłem stanąć tuż obok Yennefer. Tatuaże na jego głowie, biegnące aż po kark i szyję napawały mnie jakimś dziwnym niepokojem. Zastanawiał mnie też jeden symbol: skrzydła poobdzierane z piór. Dla mnie kojarzył się z upadkiem aniołów, nefilimami i innymi aniołopodobnymi. “Drowy też mogą mieć swój symbol?”, zapytałem siebie w myślach. Po chwili jednak parsknąłem śmiechem przyciągając tym uwagę obu otaczających mnie postaci.
-Nikt jeszcze nie wytępił szaraków? - zakpił ze mnie myśląc, że nie odpłacę mu się w żaden sposób.
-Nikt jeszcze nie wytępił istot z IQ na poziomie węgla kopalnego? - uniosłem jedną brew ku górze zbliżając się do mężczyzny. - Słuchaj, zróbmy to szybko i bezboleśnie, a może zafundujemy ci piękną śmierć. Co ty na to? - zniżyłem głowę do jego poziomu.
Nieznajomy jedynie splunął, co mi niezbyt odpowiadało. Wyprostowałem się i z niewiarygodną szybkością kopnąłem go w brzuch. Chciał zgiąć się w pół ale liny skutecznie mu to uniemożliwiły. Zwiesił głowę mając nadzieję, że mu to coś da. Ze skwaszoną miną jednak zbyt szybko ją podniósł. Przekrzywiłem swoją lekko na bok z dziecinnym wyrazem.
-Uznajmy to, za wspaniały początek współpracy. Zadzierać z ‘szarakiem’ nie jest dobrym pomysłem. Wiedziałeś o tym? Ot, taka ci ciekawostka. Moje kolejne pytanie brzmi: z jakiego ugrupowania pochodzisz? Wiesz, bardzo nas interesuje kto był na tyle zuchwały zaatakować moją przyjaciółkę - z przyjaciółką sobie pozwoliłem skłamać, nie może mnie złapać za żadne słówko.
-Niech was to nie interesuje kim jestem - odparł pewny siebie. Pogroziłem mu palcem.
-Nie prosiłem o to, żebyś mi powiedział kim ty jesteś. Twoja jednostka mnie nie interesuje. Interesuje mnie wasze ugrupowanie. Wypadałoby słuchać co się mówi, bossa też w taki sposób traktujesz? - zacząłem bawić się swoim lekkim uzbrojeniem. Yennefer pozwoliła mi go zastraszyć, pobawić się z nim. Przynajmniej przez jakiś czas. Potem ona przejmie pałeczkę i wyciągnie od niego informacje dla siebie.
Nasz uparciuch milczał za co oberwał kopniakiem w twarz z półobrotu. Słychać było charakterystyczny chrupnięcie.
<Yennefer? ulegnie nam czy nie?>
-Dziękuję - wydukała cicho pod nosem. Dla poprawy humoru musiałem ją trochę przydusić. Drugi raz mogę tego nie usłyszeć. Satysfakcjonujące kiedy jednak tak sroga kobieta potrafi powiedzieć ci dziękuję.
-O co masz zamiar go wypytać - zapytałem z nutą powagi, jednak na mojej twarzy nadal igrał niebezpieczny uśmieszek.
- Lider gildii, do której należę wspominał o tych znakach - wzruszyła ramionami. To zbyt błachy powód do przesłuchania.
-Ale nie o to chodzi - zwróciłem jej uwagę wprost. Jest kiepska jeśli chodzi o kłamanie.
-Może mieć ważne dla mnie informacje, okay? - poczułem, że to dość drażliwy temat. Chociaż kto ją tam wie, kobiety raczej lubią wyolbrzymiać. - Szukam czegoś, a od dawna nie miałam żadnego tropu aż do dzisiaj. Nie zaprzepaszczę takiej okazji - podeszła do przywiązanego mężczyzny.
Nasz chwilowy kolega patrzył na nas spod byka. Ostry kolor jego oczu mocno kontrastował z jego trupio-bladą skórą. Gdzieniegdzie spod ubrań widać było siniaki czy blizny. Ból będzie odczuwał mocniej. Z mojej wstępnej analizy budowy ciała wynika też, że nie jest istotą nadludzką. Jest prawdopodobieństwo, że się mylę ale to zwykły człowiek. Ściągnąłem brwi ku sobie i ruszyłem stanąć tuż obok Yennefer. Tatuaże na jego głowie, biegnące aż po kark i szyję napawały mnie jakimś dziwnym niepokojem. Zastanawiał mnie też jeden symbol: skrzydła poobdzierane z piór. Dla mnie kojarzył się z upadkiem aniołów, nefilimami i innymi aniołopodobnymi. “Drowy też mogą mieć swój symbol?”, zapytałem siebie w myślach. Po chwili jednak parsknąłem śmiechem przyciągając tym uwagę obu otaczających mnie postaci.
-Nikt jeszcze nie wytępił szaraków? - zakpił ze mnie myśląc, że nie odpłacę mu się w żaden sposób.
-Nikt jeszcze nie wytępił istot z IQ na poziomie węgla kopalnego? - uniosłem jedną brew ku górze zbliżając się do mężczyzny. - Słuchaj, zróbmy to szybko i bezboleśnie, a może zafundujemy ci piękną śmierć. Co ty na to? - zniżyłem głowę do jego poziomu.
Nieznajomy jedynie splunął, co mi niezbyt odpowiadało. Wyprostowałem się i z niewiarygodną szybkością kopnąłem go w brzuch. Chciał zgiąć się w pół ale liny skutecznie mu to uniemożliwiły. Zwiesił głowę mając nadzieję, że mu to coś da. Ze skwaszoną miną jednak zbyt szybko ją podniósł. Przekrzywiłem swoją lekko na bok z dziecinnym wyrazem.
-Uznajmy to, za wspaniały początek współpracy. Zadzierać z ‘szarakiem’ nie jest dobrym pomysłem. Wiedziałeś o tym? Ot, taka ci ciekawostka. Moje kolejne pytanie brzmi: z jakiego ugrupowania pochodzisz? Wiesz, bardzo nas interesuje kto był na tyle zuchwały zaatakować moją przyjaciółkę - z przyjaciółką sobie pozwoliłem skłamać, nie może mnie złapać za żadne słówko.
-Niech was to nie interesuje kim jestem - odparł pewny siebie. Pogroziłem mu palcem.
-Nie prosiłem o to, żebyś mi powiedział kim ty jesteś. Twoja jednostka mnie nie interesuje. Interesuje mnie wasze ugrupowanie. Wypadałoby słuchać co się mówi, bossa też w taki sposób traktujesz? - zacząłem bawić się swoim lekkim uzbrojeniem. Yennefer pozwoliła mi go zastraszyć, pobawić się z nim. Przynajmniej przez jakiś czas. Potem ona przejmie pałeczkę i wyciągnie od niego informacje dla siebie.
Nasz uparciuch milczał za co oberwał kopniakiem w twarz z półobrotu. Słychać było charakterystyczny chrupnięcie.
<Yennefer? ulegnie nam czy nie?>
piątek, 25 stycznia 2019
Od Searila Do Yennefer - Nauka latania i zaufania...
Kobieta nie miała najwyraźniej poczucia humoru, bo mogłaby chociażby wyśmiać moje teksty. Przyznaję, że momentami są naprawdę beznadziejnie ale otwarcie mi o tym mówią. Istota zachowywała się okropnie formalnie, bez serca. Nie chcąc więc dłużej się męczyć, odszedłem tak jak chciała. Kiedy zniknęła mi z oczu mój uśmiech zastąpiła zrzędnięta mina. Łaziłem po lesie prawdę mówiąc bez celu. Miałem mocne wrażenie, że się rozmijałem z bandytami, których chciałem osobiście dorwać. Wspiąłem się na powrót na drzewo wylegując się na jednej z grubszych gałęzi. Gapiłem się przed siebie aż mimowolnie zasnąłem. Z braku laku było to zdecydowanie lepsze niż miałbym odwalić coś głupiego. A mogłem, sam nie wiem co ale mógłbym. Kiedy się zbudziłem z zdziwieniem odkryłem, że słońce schyla się już ku horyzontowi. Przymrużyłem oczy szybko kalkulując swoją pozycję.
-Wypadałoby już wrócić chyba - mruknąłem sam do siebie.
Ze swojego plecaka podróżnika wziąłem wodę i troszkę jedzenia, żeby mieć siłę wrócić do wioski. Sprawdziłem czy wszystko jest na swoim miejscu i udałem się w drogę powrotną. Nie zważałem na to, że jest noc i teoretycznie powinienem bacznie obserwować otoczenie. Szczerze miałem to gdzieś, nie oglądałem się wokół siebie. Ba, szedłem niczym te dumne dzieciaki co się niczego nie boją. Moją sielankę przerwały odgłosy walki. Udałem się w ich stronę odkrywając, że 3 mężczyzn już leży na ziemi, a 4 stoi nad postacią kobiety - mojej Yennefer. Jest, jest! Szansa z nieba! Zostanę bohaterem. Dobyłem swojego wspaniałego oręża i pewnym ruchem wbiłem ostrze w plecy, przeszywając ofiarę na wylot. To był tylko moment. Z zadowolonym uśmieszkiem rzuciłem ciało obok, a swój miecz wyczyściłem od krwi.
-Aniołek wplątał się w tarapaty? - nie ukrywam, że sprawiło mi to frajde.
-Nie prosiłam cię o pomoc - syknęła na co ja jedynie uniosłem lekceważąco brwi. - Na co się tak gapisz? - tym razem to ona uniosła brew.
Brawo, myślałem już, że te ostrą minę ma zawsze. Uniosłem ręce do góry w geście poddańczym wycofując się do tyłu.
-Skoro panienka nie chce mojej pomocy. Tylko… - zrobiłem krótką przerwę dla pewności rzucając 3 shurikeny w stronę pozostałych już truposzów. Faktycznie, tylko ich ogłuszyła.
-... teraz musisz sprzątnąć 4 ciała, żeby czasem nie zatruły swoim zapachem tego lasu. No i dojść do siebie, bo nieźle cię skatowali - zmierzyłem jej sylwetkę z dość nieodgadnionym wyrazem.
-Poradzę sobie i czuję się świetnie - rzuciła siląc się na samodzielne wstanie. Szło jej to mizernie, ale skoro twierdziła, że da radę to da radę. - Widzisz? -wycedziła przez zęby ukrywając ból. Lekko zgięta w pół ale stała.
-Widzę - przytaknąłem mało usatysfakcjonowany jej samodzielnością. - To teraz zajmij się nimi - kopnąłem lekko pierwszego lepszego.
Yennefer spojrzała na mnie ostro, a ja tylko swoją gestukulacją ją zachęcałem do tego czynu. Naprawdę nie miałbym za złe tego, jakby jednak poprosiła. To żadna ujma na honorze. Sam miałem delikatny problem z dwoma, bo dół musiał być odpowiedni i takie tam. Nie uczą mnie wiedzy teoretycznej w tej dziedzinie, a jednak mam tego świadomość. Kobieta również z pewnością taką świadomość ma.
-A gdzie twoje urocze ptaszysko?- spytałem jak gdyby nigdy nic. -Stęskniłem się za nim, może za ciebie wyrzuci tych zbirów? Niezłe ziółka z nich - zmarszczyłem brwi oglądając dziwne znaki. -Widywałem ładniejsze - skwitowałem.
<Yennefer? Nic na siłę XD>
-Wypadałoby już wrócić chyba - mruknąłem sam do siebie.
Ze swojego plecaka podróżnika wziąłem wodę i troszkę jedzenia, żeby mieć siłę wrócić do wioski. Sprawdziłem czy wszystko jest na swoim miejscu i udałem się w drogę powrotną. Nie zważałem na to, że jest noc i teoretycznie powinienem bacznie obserwować otoczenie. Szczerze miałem to gdzieś, nie oglądałem się wokół siebie. Ba, szedłem niczym te dumne dzieciaki co się niczego nie boją. Moją sielankę przerwały odgłosy walki. Udałem się w ich stronę odkrywając, że 3 mężczyzn już leży na ziemi, a 4 stoi nad postacią kobiety - mojej Yennefer. Jest, jest! Szansa z nieba! Zostanę bohaterem. Dobyłem swojego wspaniałego oręża i pewnym ruchem wbiłem ostrze w plecy, przeszywając ofiarę na wylot. To był tylko moment. Z zadowolonym uśmieszkiem rzuciłem ciało obok, a swój miecz wyczyściłem od krwi.
-Aniołek wplątał się w tarapaty? - nie ukrywam, że sprawiło mi to frajde.
-Nie prosiłam cię o pomoc - syknęła na co ja jedynie uniosłem lekceważąco brwi. - Na co się tak gapisz? - tym razem to ona uniosła brew.
Brawo, myślałem już, że te ostrą minę ma zawsze. Uniosłem ręce do góry w geście poddańczym wycofując się do tyłu.
-Skoro panienka nie chce mojej pomocy. Tylko… - zrobiłem krótką przerwę dla pewności rzucając 3 shurikeny w stronę pozostałych już truposzów. Faktycznie, tylko ich ogłuszyła.
-... teraz musisz sprzątnąć 4 ciała, żeby czasem nie zatruły swoim zapachem tego lasu. No i dojść do siebie, bo nieźle cię skatowali - zmierzyłem jej sylwetkę z dość nieodgadnionym wyrazem.
-Poradzę sobie i czuję się świetnie - rzuciła siląc się na samodzielne wstanie. Szło jej to mizernie, ale skoro twierdziła, że da radę to da radę. - Widzisz? -wycedziła przez zęby ukrywając ból. Lekko zgięta w pół ale stała.
-Widzę - przytaknąłem mało usatysfakcjonowany jej samodzielnością. - To teraz zajmij się nimi - kopnąłem lekko pierwszego lepszego.
Yennefer spojrzała na mnie ostro, a ja tylko swoją gestukulacją ją zachęcałem do tego czynu. Naprawdę nie miałbym za złe tego, jakby jednak poprosiła. To żadna ujma na honorze. Sam miałem delikatny problem z dwoma, bo dół musiał być odpowiedni i takie tam. Nie uczą mnie wiedzy teoretycznej w tej dziedzinie, a jednak mam tego świadomość. Kobieta również z pewnością taką świadomość ma.
-A gdzie twoje urocze ptaszysko?- spytałem jak gdyby nigdy nic. -Stęskniłem się za nim, może za ciebie wyrzuci tych zbirów? Niezłe ziółka z nich - zmarszczyłem brwi oglądając dziwne znaki. -Widywałem ładniejsze - skwitowałem.
<Yennefer? Nic na siłę XD>
wtorek, 22 stycznia 2019
Od Searila Do Yennefer - Nauka latania i zaufania...
Pożegnałem się z dwoma swoimi kumplami i udałem się do swojej kwatery. Musiałem przygotować się na podróż po nieznanym. A tak faktycznie, to po prostu czekała mnie prosta misja typu przynieś, wyrzuć, pozamiataj. Jakbym nie miał nic konkretnego do roboty. A mała samodzielność handlarzy cennych przedmiotów wręcz mnie z lekka dobijała. Każda lepsza zbójnicka banda mogła z łatwością pokonać takiego zwykłego handlarza. A korzystając z okazji wezmą ze sobą pierwszego lepszego skrytobójcę, licząc na to że ich obroni. Na mnie mogą nie liczyć. Przedmiot, który miał zostać przewieziony nie należał do super rzadkich. Trudno, jakoś się wytłumaczę. No i nie zapłacili od razu całej kwoty. Skąd więc mam mieć pewność że nie oszukają mnie na pieniądze? Nie mam zamiaru narażać życia dla tych ludzi. Jestem okrutny, ale za to jaki szczery.
Nadeszła ta wyczekiwana przeze mnie godzina. Do swojego boku miałem przymocowane dwa ulubione miecze. Ich ostrza na obu końcach klingi połyskiwały niebezpiecznie czekając aż zatopią się w czyimś ciele. Praktycznie nie czułem ich ciężaru, ponieważ te były przystosowane do szybkiej reakcji bez zbędnych opóźnień. Wystarczyła milisekunda opóźnienia i mogło być po mnie. Na plecach miałem przewieszony mały plecak, w którym zapakowałem dla siebie wodę, prowiant i lecznicze rośliny, których mogłem tak łatwo nie znaleźć na naszej trasie. W małej kieszonce miałem zapas shurikenów. Szedł z nami jeszcze jeden młokos niezwykle szczęśliwy z wyprawy. Przewróciłem tylko oczami zastanawiając się dlaczego nie przydzielono ze mną żadnej pięknej niewiasty.
W nocy rozbiliśmy obozowisko i na początku postawiłem młokosa na wachcie, a kiedy przyszła kolej na mnie, udałem się kawałek dalej. No może troszkę dalej niż kawałek ale na tyle blisko, żeby usłyszeć ich przerażający krzyk. Zaskoczony tym wszystkim pobiegłem sprawdzić co się stało. Ja tylko żartowałem, halo, będę miał kłopoty. Jednak zastałem zamordowanych handlarzy, nietknięty przedmiot i spłoszonego jelonka w postaci tego kretyna.
-Co się stało? - spytałem szczerze rozbawiony.
-Nie mam bladego pojęcia, ale zjebaliśmy na całej linii - wykrztusił jedynie na co parsknąłem.
-Mieliśmy nie dać zabrać tego - wskazałem na przedmiot. - a nie dać im przeżyć. Takich jak oni jest całe mnóstwo. Zwykłe porachunki jak mniemam. To cud, że ciebie nie tknęli -po krótkiej ciszy na powrót zwróciłem się do młokosa. -Zabierz ten przedmiot i czym prędzej wracaj do wioski. Niech ktoś inny się tym zajmie. Nic nie będziemy doręczać.
-A co z tobą? - ochłonął na tyle, by mógł wstać i udawać że nic się nie wydarzyło. Bardziej chyba przestraszył się kary i konsekwencje nie wykonania zadania niż widoku martwych ludzi.
-Ja? Rozejrzę się za bandą odpowiedzialną za to, pochowam ich czy coś, wiesz takie tam, coś wymyśl.
Faktycznie, zakopałem dwóch nieboszczyków i zabrawszy swój plecaczek ze sobą, ruszyłem dalej przed siebie, kij wie gdzie. Najważniejsze, że wiem jak wrócić. Wspiąłem się na jedno z wyższych drzew oceniając swoją pozycję. Na niebie przyuważyłem anielice. Albo dziecko anioła. W każdym bądź razie tych skrzydeł nie da się pomylić z niczym innym. Wzbijała się w powietrze więc opcja, że na nią wpadnę była mało prawdopodobna. Zszedłem z drzewa kierując się dalej w swoją stronę. Wnet jednak usłyszałem jakieś dziwne hałasy. Przyspieszyłem nie dbając o zachowanie dyskrecji. Nie tak szybko oberwę. A cóż to za spotkanie… nie za przyjemne, bo już niewiasta grozi mi bronią. Wydawała się niezwykle pewna tego co robi. Zagwizdałem krótko. Wsparłem się dłońmi o biodra przekrzywiając głowę.
-No maleńka, chyba ktoś nienawidzi świata, co? - uśmiechnąłem się tak jak zwykle. Ale nie działa. - I nigdy nie wierzyłem, że anielicę spadają z nieba, a jednak.
-Nie nazywaj mnie w ten sposób - nie ruszyła się choćby o centymetr, nie zwątpiła choćby na sekundę. Mój urok na nią nie działa, a nie zamierzam się wycofać.
-No pewnie, facet chce zaimponować chociażby w głupi sposób, to żadna kobieta nie doceni naszych starań - wydawałem się być urażony.
-Nikt nie będzie mnie dotykał. My kobiety wiemy czego chcecie i tego nie dostaniecie - odpowiedziała prędko unosząc delikatnie podbródek.
-Uuu… zgrywamy niedostępną? Ładnie, ładnie ale wybacz mi, nie ze wszystkim same sobie poradzicie. A teraz złotko, opuścisz ten łuk? Jakbym miał pewność, że nie jest nasączony żadną trucizną, chętnie bym się dał przebić strzałą kupidyna - zaśmiałem się zastanawiając jak ją ominąć.
-Nic z tego, nie będzie tak łatwo - nagle poczułem jak jakieś ptaszysko uderza mnie w skroń. Zmarszczyłem brwi odganiając ptaszysko wokół głowy, ale to krakało mi nad uchem i nie chciało odpuścić.
-Co to za durne ptaszysko. Nic ci nie zrobiłem, zostaw mnie - mruknąłem zdruzgotany. Pochwyciłem ptaka w dłoń wyciągając przed siebie. Uniosłem jedną brew do góry. - No mały, przegwizdałeś sobie.
Mina boskiej istoty dawała mi do zrozumienia, że coś jest na rzeczy.
-To twoje ? No i skończmy już z podejrzliwością, jestem Searil Olhier Sarethe i nic mnie nie obchodzi czy słyszałaś o mnie, czy też wręcz przeciwnie. Ale zapamiętać je możesz -zerknąłem na blondynkę.
<Yennefer?>
Nadeszła ta wyczekiwana przeze mnie godzina. Do swojego boku miałem przymocowane dwa ulubione miecze. Ich ostrza na obu końcach klingi połyskiwały niebezpiecznie czekając aż zatopią się w czyimś ciele. Praktycznie nie czułem ich ciężaru, ponieważ te były przystosowane do szybkiej reakcji bez zbędnych opóźnień. Wystarczyła milisekunda opóźnienia i mogło być po mnie. Na plecach miałem przewieszony mały plecak, w którym zapakowałem dla siebie wodę, prowiant i lecznicze rośliny, których mogłem tak łatwo nie znaleźć na naszej trasie. W małej kieszonce miałem zapas shurikenów. Szedł z nami jeszcze jeden młokos niezwykle szczęśliwy z wyprawy. Przewróciłem tylko oczami zastanawiając się dlaczego nie przydzielono ze mną żadnej pięknej niewiasty.
W nocy rozbiliśmy obozowisko i na początku postawiłem młokosa na wachcie, a kiedy przyszła kolej na mnie, udałem się kawałek dalej. No może troszkę dalej niż kawałek ale na tyle blisko, żeby usłyszeć ich przerażający krzyk. Zaskoczony tym wszystkim pobiegłem sprawdzić co się stało. Ja tylko żartowałem, halo, będę miał kłopoty. Jednak zastałem zamordowanych handlarzy, nietknięty przedmiot i spłoszonego jelonka w postaci tego kretyna.
-Co się stało? - spytałem szczerze rozbawiony.
-Nie mam bladego pojęcia, ale zjebaliśmy na całej linii - wykrztusił jedynie na co parsknąłem.
-Mieliśmy nie dać zabrać tego - wskazałem na przedmiot. - a nie dać im przeżyć. Takich jak oni jest całe mnóstwo. Zwykłe porachunki jak mniemam. To cud, że ciebie nie tknęli -po krótkiej ciszy na powrót zwróciłem się do młokosa. -Zabierz ten przedmiot i czym prędzej wracaj do wioski. Niech ktoś inny się tym zajmie. Nic nie będziemy doręczać.
-A co z tobą? - ochłonął na tyle, by mógł wstać i udawać że nic się nie wydarzyło. Bardziej chyba przestraszył się kary i konsekwencje nie wykonania zadania niż widoku martwych ludzi.
-Ja? Rozejrzę się za bandą odpowiedzialną za to, pochowam ich czy coś, wiesz takie tam, coś wymyśl.
Faktycznie, zakopałem dwóch nieboszczyków i zabrawszy swój plecaczek ze sobą, ruszyłem dalej przed siebie, kij wie gdzie. Najważniejsze, że wiem jak wrócić. Wspiąłem się na jedno z wyższych drzew oceniając swoją pozycję. Na niebie przyuważyłem anielice. Albo dziecko anioła. W każdym bądź razie tych skrzydeł nie da się pomylić z niczym innym. Wzbijała się w powietrze więc opcja, że na nią wpadnę była mało prawdopodobna. Zszedłem z drzewa kierując się dalej w swoją stronę. Wnet jednak usłyszałem jakieś dziwne hałasy. Przyspieszyłem nie dbając o zachowanie dyskrecji. Nie tak szybko oberwę. A cóż to za spotkanie… nie za przyjemne, bo już niewiasta grozi mi bronią. Wydawała się niezwykle pewna tego co robi. Zagwizdałem krótko. Wsparłem się dłońmi o biodra przekrzywiając głowę.
-No maleńka, chyba ktoś nienawidzi świata, co? - uśmiechnąłem się tak jak zwykle. Ale nie działa. - I nigdy nie wierzyłem, że anielicę spadają z nieba, a jednak.
-Nie nazywaj mnie w ten sposób - nie ruszyła się choćby o centymetr, nie zwątpiła choćby na sekundę. Mój urok na nią nie działa, a nie zamierzam się wycofać.
-No pewnie, facet chce zaimponować chociażby w głupi sposób, to żadna kobieta nie doceni naszych starań - wydawałem się być urażony.
-Nikt nie będzie mnie dotykał. My kobiety wiemy czego chcecie i tego nie dostaniecie - odpowiedziała prędko unosząc delikatnie podbródek.
-Uuu… zgrywamy niedostępną? Ładnie, ładnie ale wybacz mi, nie ze wszystkim same sobie poradzicie. A teraz złotko, opuścisz ten łuk? Jakbym miał pewność, że nie jest nasączony żadną trucizną, chętnie bym się dał przebić strzałą kupidyna - zaśmiałem się zastanawiając jak ją ominąć.
-Nic z tego, nie będzie tak łatwo - nagle poczułem jak jakieś ptaszysko uderza mnie w skroń. Zmarszczyłem brwi odganiając ptaszysko wokół głowy, ale to krakało mi nad uchem i nie chciało odpuścić.
-Co to za durne ptaszysko. Nic ci nie zrobiłem, zostaw mnie - mruknąłem zdruzgotany. Pochwyciłem ptaka w dłoń wyciągając przed siebie. Uniosłem jedną brew do góry. - No mały, przegwizdałeś sobie.
Mina boskiej istoty dawała mi do zrozumienia, że coś jest na rzeczy.
-To twoje ? No i skończmy już z podejrzliwością, jestem Searil Olhier Sarethe i nic mnie nie obchodzi czy słyszałaś o mnie, czy też wręcz przeciwnie. Ale zapamiętać je możesz -zerknąłem na blondynkę.
<Yennefer?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Template by...
Eilay
Zireael Graphic
Zireael Graphic