Słyszałam jak wampir zachłannie łykał moją krew. Sądząc po tym, w jakim był stanie, każda kropla musiała być dla niego na wagę złota. Jednak jeżeli dalej będzie to kontynuował ja również znajdę się w zagrażającej życiu sytuacji. Czułam jak z każdym jego kolejnym łykiem opuszczały mnie siły. Wcześniejsze spotkanie z chimerą i użycie skrzydeł sprawiło, że byłam teraz wycieńczona. Jeżeli zaraz nie przestanie, sama nie wiem jak to się skończy. Mój oddech stał się płytki, a obraz przed moimi oczami zaczął się powoli rozmywać. Resztkami sił uniosłam ręce i szarpnęłam demona. Nie miałam na tyle siły, aby go oderwać od swojej szyi. Obydwoje dobrze o tym wiedzieliśmy. Musiałam coś wymyślić i to szybko. Jeżeli aż tak bardzo potrzebował krwi to w porządku, nie miałam nic przeciwko, by się jej napił, jednak na pewno była możliwość, żebyśmy obydwoje przeżyli.
-Proszę... -szepnęłam i poczułam, jak z moich oczu zaczynają wypływać łzy. Po raz pierwszy byłam w takiej sytuacji. Czułam, jak z każdą sekundą wzrastał we mnie niepokój. Gdzieś w głębi być może rodziło się uczucie gniewu, jednak szybko je stłumiłam. To nie czas na takie zachowanie.
Na ułamek sekundy widziałam wahanie w oczach wampira. Może jego instynkt ustąpił miejsca rozumowi? Zmusiłam się do jeszcze jednej próby odtrącenia go. Tym razem mój trud opłacił się i mężczyzna ustąpił. Poczułam ból, który towarzyszył jednoczesnemu uczuciu ulgi, gdy wampir wyciągnął swoje kły. Wiedziałam, że zaraz ogarnie mnie ciemność. Z każdą sekundą kolejny skrawek mojego ciała poddawała się i opadał bezwładnie. Za chwilę to samo spotka moją świadomość, jednak zanim to się stanie musze coś powiedzieć. To od tego mężczyzny będzie zależało, co się ze mną stanie. Energii mogło mi wystarczyć co najwyżej, by powiedzieć jedno słowo. Jedno słowo, by przekonać go do pomocy i zaniechania próby zabicia mnie. Stanowiłam teraz łatwą ofiarę i równie łatwo mógł wyssać pozostałą mi krew. Z drugiej strony, gdybym tylko była silniejsza to z pewnością wystarczyłaby mu ta ilość, którą wziął. Mogłabym mu lepiej pomóc. Wtedy pomyślałam, że ta sytuacja jest również po części moją winą. Powinnam była się postarać bardziej, a znalazłabym jakieś rozwiązanie. Jednak ja... Nie było już czasu na dalsze rozmyślanie. Głowa zaczęła mi opadać. To była moja jedyna szansa, by coś powiedzieć. Złapałam się więc myśli, która teraz wypełniała cały mój umysł i ostatkiem sił zamieniłam ją w słowo.
-Przepraszam...
"Za to, że nie przyszłam szybciej; za to, że nie mogłam Ci pomóc; za to, że jestem za słaba"
Nie byłam w stanie dokończyć tego jednego słowa i poczułam jak otacza mnie ciemność. Różniło się to od wszystkich wcześniejszych razy, gdy traciłam świadomość. Tym razem nie miałam pojęcia, co się ze mną stanie.
<Blacil?>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pragnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pragnienie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 31 stycznia 2019
czwartek, 24 stycznia 2019
Od Blacil'a Do Elise - Pragnienie
Blacil leżał nieruchomo w śniegu. Czuł, jak całe jego ciało sztywnieje od braku krwi. Godził się powoli z tym, co miało niedługo nadejść. Powoli przestawał z tym walczyć, gdyż nie widział ratunku. Może mu się przewidziało? Może sylwetkę pomylił z jakimś krzakiem? Nie był już do końca pewien swych zmysłów. Z rozmyślania o swoim końcu wyrwał go odgłos czegoś, zbliżającego się do niego.
- A więc skończe jako pokarm dla jakiejś bestii z ruin? - Ponownie zagłębił się w myślach. Nie miał siły na podjęcie jakiegokolwiek ruchu, więc wyglądało to, jakby leżał nieprzytomny. Ku jego zaskoczeniu, tym, co podeszło do niego, nie była żadna bestia lecz ktoś na wzór człowieka. Nie mógł określić dokładnie, kto to był, bo miał zamknięte oczy, ale mógł on poczuć, że nie jest to ktoś, kto planowałby wbić mu kołek w serce.
Poczuł po chwili, jak ciepło ogarnia jego ciało. Nie wiedział, co ten ktoś robi, ale nie miał ku temu nic przeciwko. Niestety ta chwila nie trwała długo. Po chwili znów poczuł zimno, lecz było mu znacznie lepiej. Udało mu się otworzyć oczy, gdy poczuł szarpanie za ramiona. Jego oczom ukazała się twarz dziewczyny. Nieskazitelnie biała cera wraz z białymi niczym śnieg włosami.
Oczy wampira zaświeciły się na krwawo, jak nigdy dotąd. Poczuł, jak w jej żyłach płynie soczysta krew.
- Mogę Ci jakoś pomóc? - Zapytała nieśmiało.
- P... pić. - Wydusił z siebie zmęczonym głosem.
- Poczekaj tutaj, niedaleko widziałam jezioro, przyniose trochę wody. - Zerwała się i już chciała pędzić w stronę jeziora, gdy Blacil chwycił ją za rękę.
- Wiesz, czym jestem... prawda? - Przyciągnął ją do siebie, a on sam usiadł.
- Wam...pirem. - Powiedziała, ciężko przełykając ślinę. Czarnowłosy przysunął swoją głowę do szyji dziewczyny.
- A więc wiesz, co się teraz stanie. - Wziął głęboki oddech. - Przepraszam. - Dodał cicho i zatopił swoje kły w skórze białowłosej.
<Elise?>
- A więc skończe jako pokarm dla jakiejś bestii z ruin? - Ponownie zagłębił się w myślach. Nie miał siły na podjęcie jakiegokolwiek ruchu, więc wyglądało to, jakby leżał nieprzytomny. Ku jego zaskoczeniu, tym, co podeszło do niego, nie była żadna bestia lecz ktoś na wzór człowieka. Nie mógł określić dokładnie, kto to był, bo miał zamknięte oczy, ale mógł on poczuć, że nie jest to ktoś, kto planowałby wbić mu kołek w serce.
Poczuł po chwili, jak ciepło ogarnia jego ciało. Nie wiedział, co ten ktoś robi, ale nie miał ku temu nic przeciwko. Niestety ta chwila nie trwała długo. Po chwili znów poczuł zimno, lecz było mu znacznie lepiej. Udało mu się otworzyć oczy, gdy poczuł szarpanie za ramiona. Jego oczom ukazała się twarz dziewczyny. Nieskazitelnie biała cera wraz z białymi niczym śnieg włosami.
Oczy wampira zaświeciły się na krwawo, jak nigdy dotąd. Poczuł, jak w jej żyłach płynie soczysta krew.
- Mogę Ci jakoś pomóc? - Zapytała nieśmiało.
- P... pić. - Wydusił z siebie zmęczonym głosem.
- Poczekaj tutaj, niedaleko widziałam jezioro, przyniose trochę wody. - Zerwała się i już chciała pędzić w stronę jeziora, gdy Blacil chwycił ją za rękę.
- Wiesz, czym jestem... prawda? - Przyciągnął ją do siebie, a on sam usiadł.
- Wam...pirem. - Powiedziała, ciężko przełykając ślinę. Czarnowłosy przysunął swoją głowę do szyji dziewczyny.
- A więc wiesz, co się teraz stanie. - Wziął głęboki oddech. - Przepraszam. - Dodał cicho i zatopił swoje kły w skórze białowłosej.
<Elise?>
wtorek, 22 stycznia 2019
Od Elise do Blacil'a - Pragnienie
Już niedaleko. Jeszcze tylko kawałek. W myślach cały czas powtarzałam te słowa, próbując dodać sobie otuchy. Na ogół wyprawy w nieznane rejony, nie sprawiały mi większego problemu, jednak ruiny znajdowały się dosyć daleko od miejsca, w którym zostawił mnie woźnica. Z jakiegoś powodu nikt nie chciał zapuszczać się do tej strefy. Właściwie to nawet sam mężczyzna, który był na tyle miły, by mnie tu przywieźć, poradził, żebym zastanowiła się dwa razy, zanim postawię stopę w tym miejscu. Oczywiście nie przejęłam się tym zbytnio. Odkąd tylko usłyszałam o tajemniczych ruinach, wiedziałam, że muszę je zobaczyć na własne oczy. Moja ciekawość wzrastała wraz z każdą usłyszaną informacją na ich temat. Właściwie były to same plotki, głownie na temat groźnych stworów, znajdujących się w zamku, jak i otaczającym go lesie. Jednak jedna rzecz zaciekawiła mnie najbardziej - tajemniczy kwiat, który rósł tylko i wyłącznie w tym rejonie. Jego płatki od wewnątrz były białe niczym śnieg, natomiast zewnętrzna strona rzekomo miała barwę szkarłatną, jak krew. Tylko w nocy następował moment przełomowy, kwiat ukazywał swój złoty słupek, od którego biło ciepłe światło. Zupełnie tak, jakby był jego sercem. Jeżeli owa roślina naprawdę istnieje, muszę ją zobaczyć! Jedyną przeszkodę stanowi w tej chwili... śnieg. W pierwszej chwili niezmiernie ucieszyłam się na widok białego puchu. Z niewiadomego powodu, gdy tylko go widziałam czułam się naprawdę wolna. Radość z samego dotyku, mimo przeszywającego zimna była ogromna. Ciężko opisać, dlaczego towarzyszyły mi właśnie takie uczucia. Oczywiście nie omieszkałam zrobić anioła na śniegu i małego bałwanka. Jeżeli naprawdę są tu jakieś straszne stwory, może patrząc na moje dzieło, poprawi im się humor. Dopiero po dłuższej chwili zaczęło mi dokuczać zimno, zapewne przez to, że w końcu skupiłam się na celu mojej wyprawy. Największym minusem całej tej sytuacji było to, że nie miałam odpowiednich ubrań. Wioska, od której zaczęłam podróż, była położona dosyć daleko od ruin, tym samym pogoda różniła się od tej, którą zastałam tutaj. Słońce w szybkim tempie zbliżało się ku ziemi. Wiedziałam, że niedługo nastanie zmierzch. Miała dwie opcje do wyboru - zacząć szukać miejsca na nocleg niedaleko moje położenia lub przyspieszyć kroku i udać się do zamku, by to tam spędzić noc. Rozsądniejsze byłoby wybranie opcji pierwszej, jednak rozsądek i ja niekoniecznie idziemy w parze, dlatego ruszyłam w kierunku ruin. Szłam szybciej niż wcześniej, tym samym powodując jeszcze więcej hałasu. Jeżeli cokolwiek naprawdę tutaj żyje to z pewnością wie o moim przybyciu. Być może nawet teraz jakieś potężne i niebezpieczne stworzenie śledzi każdy mój krok... Albo i nie. Wzruszyłam ramionami. Nieszczególnie się bałam. Dokładniej mówiąc nie miałam powodu, by się bać. To nie pierwszy raz, gdy zapuszczam się samotnie w jakieś podejrzane miejsce. Za każdym razem, jakimś szczęśliwym trafem, budziłam się w bezpiecznym miejscu jedynie z paroma ranami. Nic nie wskazywało na to, by i tym razem miało być inaczej. Wtedy to usłyszałam czyjeś kroki. Szybko schowałam się za drzewem i obserwowałam. Nie musiałam czekać długo, prawie natychmiast moim oczom ukazało się ogromne cielsko. Chimera... przez głowę przemknęło mi to słowo, najlepiej oddające stworzenie, z którym przyszło mi się spotkać. Pierwsza myśl, na jaką wpadłam to by podejść i być może wyjaśnić swoją sytuację. W końcu to ja jestem tutaj nieproszonym gościem, więc wypadałoby się przedstawić... Z drugiej strony coś z tyłu mojego umysłu podpowiadało, bym uciekała. Być może był to instynkt przetrwania, a być może coś całkiem innego. W każdym razie nie było czasu, by rozwodzić się nad ową sprawą dłużej. Musiałam podjąć decyzję. Wtedy to zobaczyłam małego zająca zaraz obok chimery. Jeszcze go nie zauważyła, ale
było to tylko kwestią czasu. Nie byłabym sobą gdybym mu nie pomogła, więc szybko pobiegłam w jego stronę i złapałam w ręce. Wtedy ogromne stworzenie zwróciło swoją uwagę w moim kierunku. Zaczęłam biec, jednak nie zdało mi się to na wiele. Już po chwili byłam przygwożdżona do jednego z drzew. Myśl! Co dalej.. co dalej... Niebo. Jedno słowo, które szybko wypełniło cały mój umysł. Szybko wzbiłam się w niebo, o mały włos unikając łapy chimery. Znajdujący w moich rękach zając z przerażeniem patrzył, jak z każdym trzepotem skrzydeł, ziemia niknęła w dole. Gdy byłam już na bezpiecznej wysokości, spojrzałam na olbrzymiego stwora, który z góry nie wydawał się taki wielki. Najwyraźniej zły, że stracił swój dzisiejszy obiad, odszedł. Odleciałam kawałek dalej, by upewnić się, że bestia nie wróci i wylądowałam. Zaraz potem wypuściłam małe stworzonko, które pobiegło w swoim własnym kierunku, najwidoczniej bardzo zadowolone, że znajduje się już na ziemi. Pomachałam mu na do widzenia, ale nawet nie raczył spojrzeć w moją stronę. Cóż... Grunt, że jest żywy. Zaczęłam na nowo iść w kierunku ruin, ale już po parku krokach sparaliżował mnie ogromny ból. Upadłam na ziemię z trudem podpierając się rękoma. No tak, zapomniałam, że używanie skrzydeł aż tak bardzo mnie męczy. Przeczołgałam się pod drzewo, by zaraz potem się o nie oprzeć. Nie byłam pewna, po jakim czasie owy ból ustąpi. Mogłam jedynie czekać i modlić się, by nastąpiło to jak najszybciej. Powinnam bardziej nad tym pracować. Co to za Nefilim, który męczy się po tak krótkim lataniu. W duchu postanowiłam zacząć ćwiczyć nad ową umiejętnością, jednak w tej chwili mogłam tylko siedzieć i czekać. W tej chwili na nowo poczułam, jak moje ciało przeszywa przerażający chłód i zdałam sobie sprawę, że słońce już prawie całkowicie zniknęło za horyzontem. Podpierając się drzewa powoli wstałam i zaczęłam iść. W tej chwili z każdym kolejnym krokiem czułam ogromny ból, jednak byłam w stanie go znieść. Powoli do przodu. Możliwe, że nie dotrę już do ruin, jednak muszę znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Wtedy usłyszałam hałas. Coś w rodzaju osoby, która upadła. Znowu sprzeczne myśli - iść w tamtym kierunku czy nie. Jeżeli to naprawdę jakaś osoba, to może potrzebować pomocy... Z drugiej strony sama nie jestem w najlepszym stanie. Mimo to nie mogę zostawić potrzebującego. Powoli podeszłam do miejsca, z którego wydobył się dźwięk i zobaczyłam nieprzytomnego mężczyznę. Przykucnęłam obok niego, by sprawdzić, co jest nie tak. Po raz pierwszy od bardzo dawna czułam się nieswojo. Uczucie to nasiliło się, gdy spojrzałam na jego twarz... a konkretniej na kły. W głowie zapaliła mi się czerwona lampka i całe moje ciało krzyczało "niebezpieczeństwo, uciekaj". Nigdy wcześniej, nie spotkałam wampira, jednak nie miałam wątpliwości, że mam do czynienia z jednym z przedstawicieli tego gatunku. Jego kły dokładnie potwierdzały ten fakt. Mimo tego nie mogłam go tak zostawić. Wystawiłam ręce przed siebie, tak by znajdowały się nad klatką mężczyzny, następnie zamknęłam oczy i skoncentrowałam się na przepływającej wewnątrz mnie energii, po czym przekierowałam ją do rąk. Stamtąd energia zaczęła przenikać do ciała mężczyzny. Moja moc powinna sprawić, że wszelkie rany, jakie posiadał wampir powinny po chwili zniknąć, jednak... nie czułam, by to obrażenia były powodem utraty przytomności, gdyż żadnych nie miał. Zaprzestałam więc dalszej próby leczenia i zastanowiłam się, co dalej. Byłam pewna, że żyje i że żadne rany fizyczne nie doprowadziły go do takiego stanu. Pochyliłam się bardziej w jego kierunku i potrząsnęłam jego ramionami. Po chwili wampir zaczął powoli otwierać oczy. Moje zmysły i umysł szalały, wszystko mówiło mi, bym uciekała, jednak ja uparcie nie ruszałam się z miejsca. Gdy mężczyzna całkowicie otworzył swoje oczy, spróbowałam coś powiedzieć.
-Mogę ci jakoś pomóc? - wydukałam niepewnie i zdałam sobie sprawę, że właśnie w tej chwili zrozumiałam znaczenie słowa "strach".
<Blacil?>
było to tylko kwestią czasu. Nie byłabym sobą gdybym mu nie pomogła, więc szybko pobiegłam w jego stronę i złapałam w ręce. Wtedy ogromne stworzenie zwróciło swoją uwagę w moim kierunku. Zaczęłam biec, jednak nie zdało mi się to na wiele. Już po chwili byłam przygwożdżona do jednego z drzew. Myśl! Co dalej.. co dalej... Niebo. Jedno słowo, które szybko wypełniło cały mój umysł. Szybko wzbiłam się w niebo, o mały włos unikając łapy chimery. Znajdujący w moich rękach zając z przerażeniem patrzył, jak z każdym trzepotem skrzydeł, ziemia niknęła w dole. Gdy byłam już na bezpiecznej wysokości, spojrzałam na olbrzymiego stwora, który z góry nie wydawał się taki wielki. Najwyraźniej zły, że stracił swój dzisiejszy obiad, odszedł. Odleciałam kawałek dalej, by upewnić się, że bestia nie wróci i wylądowałam. Zaraz potem wypuściłam małe stworzonko, które pobiegło w swoim własnym kierunku, najwidoczniej bardzo zadowolone, że znajduje się już na ziemi. Pomachałam mu na do widzenia, ale nawet nie raczył spojrzeć w moją stronę. Cóż... Grunt, że jest żywy. Zaczęłam na nowo iść w kierunku ruin, ale już po parku krokach sparaliżował mnie ogromny ból. Upadłam na ziemię z trudem podpierając się rękoma. No tak, zapomniałam, że używanie skrzydeł aż tak bardzo mnie męczy. Przeczołgałam się pod drzewo, by zaraz potem się o nie oprzeć. Nie byłam pewna, po jakim czasie owy ból ustąpi. Mogłam jedynie czekać i modlić się, by nastąpiło to jak najszybciej. Powinnam bardziej nad tym pracować. Co to za Nefilim, który męczy się po tak krótkim lataniu. W duchu postanowiłam zacząć ćwiczyć nad ową umiejętnością, jednak w tej chwili mogłam tylko siedzieć i czekać. W tej chwili na nowo poczułam, jak moje ciało przeszywa przerażający chłód i zdałam sobie sprawę, że słońce już prawie całkowicie zniknęło za horyzontem. Podpierając się drzewa powoli wstałam i zaczęłam iść. W tej chwili z każdym kolejnym krokiem czułam ogromny ból, jednak byłam w stanie go znieść. Powoli do przodu. Możliwe, że nie dotrę już do ruin, jednak muszę znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Wtedy usłyszałam hałas. Coś w rodzaju osoby, która upadła. Znowu sprzeczne myśli - iść w tamtym kierunku czy nie. Jeżeli to naprawdę jakaś osoba, to może potrzebować pomocy... Z drugiej strony sama nie jestem w najlepszym stanie. Mimo to nie mogę zostawić potrzebującego. Powoli podeszłam do miejsca, z którego wydobył się dźwięk i zobaczyłam nieprzytomnego mężczyznę. Przykucnęłam obok niego, by sprawdzić, co jest nie tak. Po raz pierwszy od bardzo dawna czułam się nieswojo. Uczucie to nasiliło się, gdy spojrzałam na jego twarz... a konkretniej na kły. W głowie zapaliła mi się czerwona lampka i całe moje ciało krzyczało "niebezpieczeństwo, uciekaj". Nigdy wcześniej, nie spotkałam wampira, jednak nie miałam wątpliwości, że mam do czynienia z jednym z przedstawicieli tego gatunku. Jego kły dokładnie potwierdzały ten fakt. Mimo tego nie mogłam go tak zostawić. Wystawiłam ręce przed siebie, tak by znajdowały się nad klatką mężczyzny, następnie zamknęłam oczy i skoncentrowałam się na przepływającej wewnątrz mnie energii, po czym przekierowałam ją do rąk. Stamtąd energia zaczęła przenikać do ciała mężczyzny. Moja moc powinna sprawić, że wszelkie rany, jakie posiadał wampir powinny po chwili zniknąć, jednak... nie czułam, by to obrażenia były powodem utraty przytomności, gdyż żadnych nie miał. Zaprzestałam więc dalszej próby leczenia i zastanowiłam się, co dalej. Byłam pewna, że żyje i że żadne rany fizyczne nie doprowadziły go do takiego stanu. Pochyliłam się bardziej w jego kierunku i potrząsnęłam jego ramionami. Po chwili wampir zaczął powoli otwierać oczy. Moje zmysły i umysł szalały, wszystko mówiło mi, bym uciekała, jednak ja uparcie nie ruszałam się z miejsca. Gdy mężczyzna całkowicie otworzył swoje oczy, spróbowałam coś powiedzieć.
-Mogę ci jakoś pomóc? - wydukałam niepewnie i zdałam sobie sprawę, że właśnie w tej chwili zrozumiałam znaczenie słowa "strach".
<Blacil?>
Od Blacil'a Do Elise - Pragnienie
Historia ta rozpoczęła się pewnego bardzo wietrznego, zimowego dnia.
Blacil, łykając swoje ostatnie zapasy zwierzęcej krwi, które oddzielały go od totalnego szaleństwa, rozmyślał, co będzie dalej. Przeszywający calutkie ciało, mroźny wiatr wpadał przez szczeliny w ścianach domu, w którym wampir przesiadywał. Nie każdy nazwałby domem cztery dziurawe ściany, które podpierały równie mocno podziurawiony sufit, lecz niczego innego, co byłoby lepszym schronieniem nie można było znaleźć w Calenhad, a raczej w tym, co pozostało z tego miasta. Przez dziury w dachu, na ciało czarnowłosego padały poranne promienie słońca.
Blacil wstał z fotelu, który zapewne miał tyle lat, co on. Ruszył wolnym krokiem do swojego schowka, w którym trzymał swoje zapasy krwi, trzymające go przy życiu.
Otworzył dużych rozmiarów skrzynie i spojrzał do środka. Głębokim westchnięciem skomentował zawartość skrzyni i zamknął ją. Wiedział on, że jeśli nie upoluje dziś czegoś, bardzo źle skończy się to dla niego.
Była to najgorsza pora roku na polowanie – Zima. Blacil nie był głupi i był świadom tego, że szanse upolowania teraz czegokolwiek są nikłe, lecz nie mógł się poddać. Albo znajdzie coś, w czym płynie krew, albo jego tysiącletnia egzystencja pozostanie jedynie historią. Do tej pory radził sobie bez przeszkód ze zdobywaniem pożywienia, lecz od pewnego czasu ludzie zaczęli przychodzić w te rejony. Nie chciał nikomu się ujawniać, więc jedynie obserwował śmiałków, którzy bezmyślnie wpadali w otchłań ruin, gdzie rozszarpywały ich przeróżne bestie, które się tam uchowały. Nawet taka istota, jak on, nie miała odwagi, by wkroczyć w głąb Calenhad, a co dopiero do lochów tego zamku. Zwierzęta, które żyły nieopodal także zostały w pewnej części wytępione przez wędrowców, przemierzających te tereny, jak i przez myśliwych, którzy coraz to bardziej wchodzili w głąb lasu, który rozrósł się nieopodal ruin.
Do tego właśnie lasu zmierzał wampir. Pogoda nie dopisywała mu w tym momencie. Niebo było całe błękitne, a słońca nie przykrywała ani jedna chmura, lecz wiatr był dla niego niemiłosierny. Wiało bardzo mocno. Każda rozsądna kreatura na pewno zostałaby w swoim ukryciu przy takiej wichurze i on dobrze o tym wiedział. Wiedział także, że to może być jego ostatnie polowanie, chociaż nie stresował się tym. Był spokojny, jak przez ostatnie tysiąc lat.
Po paru minutach od wyjścia ze swojej kryjówki, maszerował przez las wolnym krokiem, nasłuchując i wypatrując wszystkiego, co mogłoby stanowić dla niego dobre pożywienie.
Śnieg, który napadał ostatniej nocy nie pomagał mu. Nie mógł dobrze ukrywać szelestu, który wydawał przy przemieszczaniu się, co przestraszyłoby ofiarę zanim cokolwiek mógłby zrobić.
Oślepiający wiatr także powstrzymywał go przed wypatrzeniem czegokolwiek, a przebijające się przez korony drzew promienie słońca, w żaden sposób nie były pomocne.
Szedł przez las godzinami, nie mogąc znaleźć niczego, co mogłoby zaspokoić jego pragnienie. Jego gardło zaczęło powoli zasychać, a jego usta robiły się suche. Jego spokojny charakter powoli zaczęło przyćmiewać pragnienie. Maszerował coraz to szybciej i szybciej, gdy w końcu, po paru kolejnych godzinach, gdy słońce powoli zaczynało chować swoje promienie za horyzontem, ujrzał sylwetkę człowieka. Brak smaku krwi w ustach zaczęło odczuwać całe jego ciało. Nie miał już sił, by zmuszać się do dalszego wysiłku. Po paru krokach w stronę nieznajomej postaci, jego ciało było już na skraju i padł bezwładnie w puch, wyczekując najgorszego.
<Elise?>
Blacil, łykając swoje ostatnie zapasy zwierzęcej krwi, które oddzielały go od totalnego szaleństwa, rozmyślał, co będzie dalej. Przeszywający calutkie ciało, mroźny wiatr wpadał przez szczeliny w ścianach domu, w którym wampir przesiadywał. Nie każdy nazwałby domem cztery dziurawe ściany, które podpierały równie mocno podziurawiony sufit, lecz niczego innego, co byłoby lepszym schronieniem nie można było znaleźć w Calenhad, a raczej w tym, co pozostało z tego miasta. Przez dziury w dachu, na ciało czarnowłosego padały poranne promienie słońca.
Blacil wstał z fotelu, który zapewne miał tyle lat, co on. Ruszył wolnym krokiem do swojego schowka, w którym trzymał swoje zapasy krwi, trzymające go przy życiu.
Otworzył dużych rozmiarów skrzynie i spojrzał do środka. Głębokim westchnięciem skomentował zawartość skrzyni i zamknął ją. Wiedział on, że jeśli nie upoluje dziś czegoś, bardzo źle skończy się to dla niego.
Była to najgorsza pora roku na polowanie – Zima. Blacil nie był głupi i był świadom tego, że szanse upolowania teraz czegokolwiek są nikłe, lecz nie mógł się poddać. Albo znajdzie coś, w czym płynie krew, albo jego tysiącletnia egzystencja pozostanie jedynie historią. Do tej pory radził sobie bez przeszkód ze zdobywaniem pożywienia, lecz od pewnego czasu ludzie zaczęli przychodzić w te rejony. Nie chciał nikomu się ujawniać, więc jedynie obserwował śmiałków, którzy bezmyślnie wpadali w otchłań ruin, gdzie rozszarpywały ich przeróżne bestie, które się tam uchowały. Nawet taka istota, jak on, nie miała odwagi, by wkroczyć w głąb Calenhad, a co dopiero do lochów tego zamku. Zwierzęta, które żyły nieopodal także zostały w pewnej części wytępione przez wędrowców, przemierzających te tereny, jak i przez myśliwych, którzy coraz to bardziej wchodzili w głąb lasu, który rozrósł się nieopodal ruin.
Do tego właśnie lasu zmierzał wampir. Pogoda nie dopisywała mu w tym momencie. Niebo było całe błękitne, a słońca nie przykrywała ani jedna chmura, lecz wiatr był dla niego niemiłosierny. Wiało bardzo mocno. Każda rozsądna kreatura na pewno zostałaby w swoim ukryciu przy takiej wichurze i on dobrze o tym wiedział. Wiedział także, że to może być jego ostatnie polowanie, chociaż nie stresował się tym. Był spokojny, jak przez ostatnie tysiąc lat.
Po paru minutach od wyjścia ze swojej kryjówki, maszerował przez las wolnym krokiem, nasłuchując i wypatrując wszystkiego, co mogłoby stanowić dla niego dobre pożywienie.
Śnieg, który napadał ostatniej nocy nie pomagał mu. Nie mógł dobrze ukrywać szelestu, który wydawał przy przemieszczaniu się, co przestraszyłoby ofiarę zanim cokolwiek mógłby zrobić.
Oślepiający wiatr także powstrzymywał go przed wypatrzeniem czegokolwiek, a przebijające się przez korony drzew promienie słońca, w żaden sposób nie były pomocne.
Szedł przez las godzinami, nie mogąc znaleźć niczego, co mogłoby zaspokoić jego pragnienie. Jego gardło zaczęło powoli zasychać, a jego usta robiły się suche. Jego spokojny charakter powoli zaczęło przyćmiewać pragnienie. Maszerował coraz to szybciej i szybciej, gdy w końcu, po paru kolejnych godzinach, gdy słońce powoli zaczynało chować swoje promienie za horyzontem, ujrzał sylwetkę człowieka. Brak smaku krwi w ustach zaczęło odczuwać całe jego ciało. Nie miał już sił, by zmuszać się do dalszego wysiłku. Po paru krokach w stronę nieznajomej postaci, jego ciało było już na skraju i padł bezwładnie w puch, wyczekując najgorszego.
<Elise?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Template by...
Eilay
Zireael Graphic
Zireael Graphic