Olimpia w swojej ludzkiej postaci nie miała tak dobrze działającego zmysłu, jak w psiej formie, jednak poczuła, że nie ma do czynienia z człowiekiem. Cieszyła się, że jako zwierzęcej formy nie ma królika lub sarny, bo w takiej sytuacji zawróciłaby. Pewnie nawet nie dotarłaby tutaj, gdyby bardziej strachliwe zwierzę miało wpływ na jej duszę.
Kiedy usłyszała ton rozkazujący, w dodatku od obcej osoby, to coś się w niej zagotowało. Nie chciała jednak, żeby nowo spotkany podróżnik od razu strzelił tutaj focha, niczym jakaś rozpieszczona panienka, której nie dodali kiszonego ogórka do hamburgera. Jednak jej brew podniosłą się mimowolnie, bo szczerze mówiąc nie lubiła, jak ktoś jej rozkazywał. Mimo, że była bardziej przyzwyczajona do okazywania sobie wzajemnie szacunku, to nie pozwoliła sobie wyprowadzić siebie z równowagi. I to w dodatku przez taką drobnostkę. Czuła, że stojące przed nią świeżo spotkane stworzenie także posiada prawdopodobnie te same informacje o tym miejscu, w którym się znajdowali. Podobnie, jeśli chodzi o rzecz, której połówki oboje posiadali, co dopiero Olimpia poczuła w momencie, gdy skupiła się na całej sytuacji.
Przedmiot, który przed chwilą dał o sobie znać, sama nie wiedziała czemu czuła go w okolicy swoich blizn na ręce. Próbowała się mimo tego nie rozpraszać, z resztą po co, jeśli uczucie nie było ani kujące, ani palące, po prostu uczucie. Wzięła wdech i wydech.
- Olimpia. - przedstawiła się krótko, patrząc rozmówcy w oczy. Nie powiedziała tego zdenerwowanym tonem, bardziej można było wyczuć coś typu: "no nie zbyt miłe to było, ale nie ważne".
piątek, 15 listopada 2019
środa, 13 listopada 2019
Od Insaniego do Olimpii - Podróż warta swojej ceny
- Bez smaku… - Mruknął po wzięciu kilku gryzów Insanagi. - Nie mogliście przygotować czegoś lepszego? - Powiedział do leżącego na ziemi mężczyzny.
Mężczyzna leżał na ziemi w kałuży krwi, z obciętymi nogami, oraz złamaną jedną ręką. Chciał wrzeszczeć z bólu, złości, wszystkich tych skumulowanych w nim emocji, ale mimo tego nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Jedno uczucie pośród tego chaosu który miał w głowie dominowało i skutecznie go uciszyło. Strach. Widział jak skończył jego kolega, który wcześniej krzyczał, tortury którym został poddany w jakże krótkim czasie na tyle mocno wyryły się w jego głowie że nie był wstanie wydobyć z siebie słowa. Chłopak przed nim od dłuższego czasu nic nie zrobił, więc zaczął się powoli uspokajać i jeszcze bardziej bać, bo zaczęło do niego dokładnie docierać co się stało w tak niewielkim odstępie czasu.
Byli bandytami, może nie byli jakąś sporą grupą, jednak na tyle silną, by władze nie mogły ich zaatakować od tak. Byli ostrożni, ale i pewni siebie. I w dzień w którym akurat cała banda była w bazie by odpocząć, znikąd do ich bazy wparował jakiś mężczyzna. Wygląda dość młodo i od samego początku było widać że jest z nim coś nie tak, może gdyby bardziej się nad tym zastanowili to zrozumieliby że coś jest nie tak, jednak oczywiście że tego nie zrobili. Zaczęli się na niego rzucać, wyklinać i już zastanawiali się jak można go wykorzystać w zyskach. Jednak pomimo słyszenia tego wszystkiego, chłopak tylko lekko się uśmiechnął, wyciągnął broń i raz się zamachnął. W tym momencie zaczęła się rzeź.
Mężczyzna leżał na ziemi w kałuży krwi, z obciętymi nogami, oraz złamaną jedną ręką. Chciał wrzeszczeć z bólu, złości, wszystkich tych skumulowanych w nim emocji, ale mimo tego nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Jedno uczucie pośród tego chaosu który miał w głowie dominowało i skutecznie go uciszyło. Strach. Widział jak skończył jego kolega, który wcześniej krzyczał, tortury którym został poddany w jakże krótkim czasie na tyle mocno wyryły się w jego głowie że nie był wstanie wydobyć z siebie słowa. Chłopak przed nim od dłuższego czasu nic nie zrobił, więc zaczął się powoli uspokajać i jeszcze bardziej bać, bo zaczęło do niego dokładnie docierać co się stało w tak niewielkim odstępie czasu.
Byli bandytami, może nie byli jakąś sporą grupą, jednak na tyle silną, by władze nie mogły ich zaatakować od tak. Byli ostrożni, ale i pewni siebie. I w dzień w którym akurat cała banda była w bazie by odpocząć, znikąd do ich bazy wparował jakiś mężczyzna. Wygląda dość młodo i od samego początku było widać że jest z nim coś nie tak, może gdyby bardziej się nad tym zastanowili to zrozumieliby że coś jest nie tak, jednak oczywiście że tego nie zrobili. Zaczęli się na niego rzucać, wyklinać i już zastanawiali się jak można go wykorzystać w zyskach. Jednak pomimo słyszenia tego wszystkiego, chłopak tylko lekko się uśmiechnął, wyciągnął broń i raz się zamachnął. W tym momencie zaczęła się rzeź.
poniedziałek, 11 listopada 2019
Od Olimpi do Insaniego - Podróż warta swojej ceny
"Już niedaleko" - biorąc kolejnego gryza mocno przyprawionego kurczaka, Olimpia myślała nad miejscem, do któego podążała przez ostatnie dni. W jej głowie widniała dosyć okrężna trasa, którą w większości już przeszła. Teraz zostało jej już niewiele do przejścia, ponieważ znajdowała się dosyć blisko miejsca, które wyczuwała coraz mocniej. Mianowicie kierowała się w stronę klifów nad wodą, które znajdują się dosyć wysoko nad poziomem morza.
Przesiadując w jednej z karczm w niewielkiej wiosce, położonej obok wioski Haripu, patrzyła na nieudolnie narysowaną przez siebie mapę z zaznaczonymi miejscami, które już po drodze odwiedziła w poszukiwaniu klucza, lub jakiejkolwiek podpowiedzi. Podrapała się po skroni.
"Będzie wiało..."- pomyślała i spojrzała przez okno. Pogoda była taka sobie, jednak słońce gdzieniegdzie przebijało się przez chmury.
"Niemożliwe, żebym znała miejsce, a nie wiedziała, co się tam znajduje..."- jej mózg pracował teraz na tak wysokich obrotach, że aż kropla potu zaczęła spływać po jej czole. Siedząc tak między dymem i gwarem, polała kurczaka kolejny raz sosem sojowym, po czym zjadła go niemalże na raz. No cóż, przy ostatnio miniętym skrawku trasy dosyć długo nie trafiała do żadnego miasta, a polowania szczerze mówiąc nie idą jej zbyt dobrze. Jej myśli skierowały się na list, który niedawno wysłała do swojego rodzinnego miasteczka. Zawarła w nim informację, że to będzie prawdopodobnie jedna z jej dłuższych wycieczek.
Po jakimś czasie dreptała już sobie spokojnie po ścieżce wyznaczonej przez jej myślową mapę, a jak to zwykle u niej bywa, woli się kierować wyznaczoną trasą, niż tworzyć nieznane dla siebie skróty. Z resztą- jeśli coś jej każe iść tą trasą, to znaczy, że już wcześniej została sprawdzona. Nie wiedziała, co ją czeka na miejscu, ale była zdeterminowana iść do samego końca, nie ważne co po drodze się wydarzy.
- Może będzie już wiadomo wszystko na miejscu? Też możliwe. - powiedziała sama do siebie i spojrzała na kram, któy akurat mijała. Przystawiła nos do owoców, po czym kupiła parę z nich, żeby nie chodzić z pustym żołądkiem. Gdy wyszła poza miasteczko, ułożyła wygodniej torbę i zmieniła formę na psią, żeby jej się wygodniej przebyło resztę trasy.
Mimo tego, że nikt nie widział jej przemiany, to nie przewidziała jednej rzeczy- że na obrzeżach wioski nadal kręcą się ludzie. A raczej wtedy nie pomyślała, że może to stanowić problem. Otórz gdy miała już całkowicie wyjść z miasta, to strażnicy pomyśleli, że pies zwinął komuś torbę i teraz zadowolony ucieka prawdopodobnie oddać swojemu panu zdobycz.
- Ej, kundlu, czekaj no! - zawołał jeden ze strażników, zastawiając Olimpii drogę. Ta, biedna, nieprzygotowana na taką sytuację, zahamowała tyłkiem o ziemię. Udała jednak, że nic się nie stało i odsunęła się dwa kroki w tył, kierując wzrok w górę.
- Oddawaj to zaraz! - drugi uzbrojony chciał wyrwać jej torbę, jednak Olimpia przewróciła tylko oczami.
"Muszą mi zawracać głowę akurat wtedy, gdy nie mam czasu..." - pomyślała i odskoczyła w tył. Pobiegła w inną uliczkę, a strażnicy rzucili się w pogoń, krzycząc, że pies złodziej. Suczka zaś szukała odpowiedniego miejsca na kryjówkę, bo przecież nie będzie wypełniać misji, mając kogoś dosłownie na ogonie. Ani się obejrzała, a udało jej się ukryć w polu pełnym złocistego zboża. Strażnicy całe szczęście przebiegli obok, przeklinając pod nosem, jaką oni to czasem mają niewdzęczną robotę i że za mało im płacą.
Olimpia uradowana odetchnęła z ulgą. Ostrożnie wstała na tylnich łapach chcąc się upewnić co do kierunku, w którym ma teraz zmierzać. Gdy adrenalina już minęła, to skierowała się spowrotem na jej trasę, skacząc przez kłosy, co chwila nad nie wystając głową, ponieważ jako pies była zbyt nisko, aby biec na oślep po ziemi.
Niedługo po tym już truchtała sobie przez piękną łąkę, gdzie co chwila mijała jakiś ciekawy krzak. Zachwycała się tym bardzo, ponieważ była to chyba najładniejsza łąka, jaką w życiu widziała. Mimo to jednak nadal myślała o tym tajemniczym miejscu. Pomyślała, że skoro żadna rzecz nie jest żadnym kluczem, a nie ma pewności, czy odpowiedź będzie u celu, to czy jest to możliwe, że klucz do tego miejsca nie istnieje? A może to jakieś słowo? Hasło?
Trochę czasu minęło, zanim dotarła na miejsce. Wyszła z lasu, który napotkała po drodze, po czym przybrała spowrotem swoją ludzką formę i kroczyła na przód, żując świeżo zebrane jagody. Po chwili jednak zastygnęła w miejscu, przestała żuć i spojrzała na zarośla, które znajdowały się przed nią, po drugiej stronie rzeczki, która leniwie sobie płynęła w stronę przepaści. Przyjżała się uważniej i zauważyła ludzką sylwetkę, do tego zmierzającą w tym samym kierunku. Przełknęła jagody i przyglądała się jeszcze chwilę, chcąc upewnić się, jakie ten człowiek ma intencje krocząc tutaj. Znarszczyła nos i przymróżyła oczy- coś jej tu nie pasowało. Czyżby to właśnie ta osoba miała odpowiedź na nurtujące ją pytania?
Także wyszła naprzód, bo nie będzie przecież stać w krzakach i się na kogoś gapić, bo to dziwnie wygląda. Jako, że znajdowali się dosyć wysoko nad poziomem morza, to rzeczywiście dosyć mocno wiało, co najbardziej było widać na włosach osoby z naprzeciwka, ponieważ tak nimi miotało, że co chwila osoba miała włosową maseczkę na twarz.
<Insani?>
środa, 6 listopada 2019
Od Sheolo do Celio - Gołąb w agreście
Uwaga – opowiadanie zawiera rażącą liczbę wulgaryzmów.
Rażąca liczba wulgaryzmów. Też mi coś. Co to w ogóle kurwa jest rażąca wulgarność? Dla mnie rażąco wulgarne jest istnienie pierdolonych kurczaków, które mają czelność dzielić świat na górny i dolny.
Ile to ja już razy usłyszałam, że jestem zbyt wulgarna jak na kobietę. Nawet od własnego, rodzonego brata. Jebany laluś. Niech się gdzieś kurwi ze swoimi panienkami, które wcale przecież nie są wulgarne, kiedy dają dupy złodziejowi. Aż czasami łezka mi się w oku kręci, że żadnej nie przyrobi dzieciaka. Jakie to by było kurwa sprawiedliwe.
Zresztą, w dupie mam, co on tam gdzieś robi, a jeszcze mniej obchodzi mnie z kim. A to, że o tym myślę, nie ma żadnego związku ze sprawą. …No dobra, może jednak trochę mnie to wszystko obchodzi. Ale to dlatego, że pierdolone skrzydlaki mają czelność nie przylatywać. Ostatnio nie było ani jednego. Tak, oczywiście że Jupiter już by się do mnie dojebał. „Przecież o to ci chodziło”. No jasne, że o to mi chodziło. Niech znają swoje miejsce. Oni nie chcą u siebie świata dolnego, to niech się nie dziwią, że świat dolny im przykurwi, kiedy tu zejdą. …Ale to nie zmienia faktu, że bez anielskiej skrzywionej mordy do obicia na dole jest trochę nudno. Nie sądziłam, że przybędzie im inteligencji, a wszystko na to wskazuje, że zmądrzeli.
Hm… Nie. Oni nie mądrzeją. Zawsze są tacy sami. Tak samo naiwni lub tak samo zarozumiali, po prostu głupi. Jeśli to prawda, że tworzyła ich jakaś tam bogini Solaris, to nie wiem czym ona myśli, ale bardzo możliwe, że dupą.
Rażąca liczba wulgaryzmów. Też mi coś. Co to w ogóle kurwa jest rażąca wulgarność? Dla mnie rażąco wulgarne jest istnienie pierdolonych kurczaków, które mają czelność dzielić świat na górny i dolny.
Ile to ja już razy usłyszałam, że jestem zbyt wulgarna jak na kobietę. Nawet od własnego, rodzonego brata. Jebany laluś. Niech się gdzieś kurwi ze swoimi panienkami, które wcale przecież nie są wulgarne, kiedy dają dupy złodziejowi. Aż czasami łezka mi się w oku kręci, że żadnej nie przyrobi dzieciaka. Jakie to by było kurwa sprawiedliwe.
Zresztą, w dupie mam, co on tam gdzieś robi, a jeszcze mniej obchodzi mnie z kim. A to, że o tym myślę, nie ma żadnego związku ze sprawą. …No dobra, może jednak trochę mnie to wszystko obchodzi. Ale to dlatego, że pierdolone skrzydlaki mają czelność nie przylatywać. Ostatnio nie było ani jednego. Tak, oczywiście że Jupiter już by się do mnie dojebał. „Przecież o to ci chodziło”. No jasne, że o to mi chodziło. Niech znają swoje miejsce. Oni nie chcą u siebie świata dolnego, to niech się nie dziwią, że świat dolny im przykurwi, kiedy tu zejdą. …Ale to nie zmienia faktu, że bez anielskiej skrzywionej mordy do obicia na dole jest trochę nudno. Nie sądziłam, że przybędzie im inteligencji, a wszystko na to wskazuje, że zmądrzeli.
Hm… Nie. Oni nie mądrzeją. Zawsze są tacy sami. Tak samo naiwni lub tak samo zarozumiali, po prostu głupi. Jeśli to prawda, że tworzyła ich jakaś tam bogini Solaris, to nie wiem czym ona myśli, ale bardzo możliwe, że dupą.
wtorek, 8 października 2019
Od Naliaki do Chavaca - Bo do kąpieli trzeba dwojga
Wężowata obserwowała gniewną reakcję mężczyzny. Rozumiała go. Jaki inny cel przyświecał jej samej, jeśli nie chęć zniszczenia ludzi, których niegdyś nazwałaby rodziną? Jednak w głębi zaczynała odczuwać, że jej motywacje były zupełnie inne niż motywacje Chavaca. Wypełniały ją różne, zupełnie przeciwstawne emocje. Przez chwilę pomyślała, że nienawidzą w identyczny sposób, że oboje zostali opuszczeni. A jednak jej rozmówca był kimś, kto nigdy nie miał prawdziwej rodziny – i najwidoczniej łatwo mu było drwić z tych, którzy ją mieli. Oczy Naliaki wróciły do swoich wężowych standardów, źrenice zwężyły się. Kobieta rozłączyła dłonie, którymi chwilę wcześniej się bawiła i opuściła je wzdłuż ciała. Nieco się zgarbiła, gdy Chavac kończył swoją wypowiedź. Przymknęła powieki, zastanawiając się, co by się wydarzyło, gdyby była tamtą dziewczynką – w białej sukience zamiast znoszonej sukni, z koszykiem świeżych kwiatów zamiast z torbą na zioła, z niewinnością zamiast topiącego skały jadu. Te rozmyślania niezwykle ją irytowały. Spod półprzymkniętych powiek zerkała na zaciśnięte w złości pięści blondyna. Zakołysała się na boki, trochę tak, jakby usłyszała jakąś powolną melodię. Tym samym zachwiała się i musiała podeprzeć się nogą, by nie upaść. Wyglądało to co najmniej dziwnie – wężowata prawie zgięła się w pół, opadając tułowiem na wysunięte kolano. Jej ręce nadal pozostawały luźno opuszczone. Ona sama wydawała się zdziwiona tą chwilową bezwładnością ciała. Wydobyła z siebie westchnienie, które jednak przypominało bardziej sapnięcie niezadowolonego demona.
Chavac spojrzał na nią, zauważył, że jej niewinne oblicze zniknęło i westchnął głośno, co najwidoczniej miało być znaczącą reakcją na wahania nastroju Naliaki.
- Chcę po prostu, by zobaczyli, jak bardzo mnie skrzywdzili, by zaznali takiego samego cierpienia, jak ja. Kiedy już zobaczę, jak zdychają w męczarniach, ja również zamierzam zniknąć, tak by nie zrobić już nikomu krzywdy.
środa, 3 lipca 2019
Od Miry do Xarena - Nostalgię czas zacząć
Nie mogę uwierzyć, że Mira aż tak dużo je, ale najwyraźniej musi. Jednak ta historia nie jest o zawodach w jedzeniu.
Dziwnie by było zobaczyć taką scenę: w tle miasto, które zaraz zostanie całe rozwalone przez niegodziwców, a nad rzeką dwaj poszukiwacze przygód... a raczej jedna poszukiwaczka, bo drugi ma predyspozycje na Supermena. Gdy Xaren trzymał przez chwilę rękę Miry, ona- jak to ona- trzymała w zębach kolejny kawał pieczywa.
W momencie, gdy poprosił ją o zostanie chwilkę tutaj, nie była pewna, czy jej nowy przyjaciel na pewno dobrze postępuje w tej chwili. Nie wyglądał zbyt dobrze, a jednak mimo wszystko wrócił do miasta, żeby skopać tyłki tym gangsterom.
Mira zwiesiła się na kilkanaście sekund, po czym zestresowana sięgnęła po kolejne rzeczy do wszamania. Myślała nad tym, co powiedział jej Xaren, ale jakoś jej się w głowie nie układało, że może być odważna. Sama siebie nie określiłaby tym słowem. Gdy już chłopaka nie było widać, bo zniknął za murkami miasta, Mira rozejrzała się pośpiesznie wokoło i dostrzegła, że jest na otwartej przestrzeni. Zwinęła więc pośpiesznie swoje rzeczy i podskoczyła w najbliższe zarośla i niewielkie drzewa. Wystawiła oczy znad liści, bacznie obserwując miasto wzrokiem super detektywa.
- Do beznadzieniowego pączka - rozpoczęła monolog, wyciągając z plecaka swój notatnik - Może nie zwrócą na niego zbytniej uwagi... - jeszcze lekko trzęsącymi się rękami zaczęła przerzucać kartki zeszytu, przypatrując się miastu.
Sekundę po tym ujrzała w cholerę dymu, a po chwili rozbrzmiał huk, jakby jakaś olbrzymka dała z liścia swojemu adoratorowi. Mira aż podrzuciła wszystko, co trzymała w rękach, by za chwilę dostać tym w głowę. W tej chwili poczuła jeszcze nieprzyjemne kłucie w swojej ranie na boku, co przyprawiło ją o ciarki.
- AŁA - kuląc się masowała obolałą część głowy, jednak zwędziła spowrotem notatnik.
" Drogi pamiętniczku, co tu się w ogóle dzieje :' ) " Panowie w zbrojach są jacyś opętani. Trzeba ich unikać- zapamiętać. I dlaczego jestem tak blisko miejsca zagrożenia?? Czy to dokładnie jest odwaga? Nie pamiętam co mi rodzice mówili o odwadze, dlatego muszę napisać swoją regułkę, albo chociaż kogoś się spytać". Nabazgrała jeszcze kilka rysunków wiejącego Xarena i siebie w formie geparda, uciekających przed facetami w zbrojach. Dodała też chmury dymu wokoło- efekty specjalne jakieś muszą być.
Zastanawiała się, czy by nie zmienić formy i nie pobiec, żeby spróbować jakoś pomóc, ale wiedząc, co tam się dzieje, zbierało jej się na wymioty. Schowała notatnik do torby.
Nawet się nie spostrzegła, a usłyszała dziwne dźwięki umierających ludzi. Mira zupełnie nie wiedziała co robić, dlatego została tam, gdzie była. Odgłosy jednak zbliżały się coraz bardziej, a Mira zaczęła panikować, że kolejni z inkwizycji lecą i zabijają wszystkich, którzy chcą się uratować. Po chwili ujrzała jednak, zdawało jej się, nieznajomego mężczyznę. Trochę ją przeraziło, a jaką szybkością zapierniczył ludzi. Zobaczyła jego czerwone oczy i ani jej się śniło zostawać tu ani sekundę dłużej, bo mózg podpowiadał jej tylko jedno- ci z inkwizycji przysłali jakiegoś goryla, ich tajną broń. Pozabija wszystkich i ani się będzie mu śniło mieć litość dla kogokolwiek. Mira zrobiła więc oczy jak pięć złotych, po czym powoli podniosła ręce. Serce biło jej jak oszalałe, nie dała rady absolutnie niczego wymyślić.
- Eeee... to nie ja proszę pana, to oni - wskazała palcem w prawo. Gdy chłopak spojrzał na moment we wskazanym przez nią kierunku, Mira natychmiast zmieniła się w kota, po czym wyszła na drzewo, obok którego stała. Niestety rana okazała się być o wiele gorsza, niż Mira się spodziewała, dlatego nie była w stanie w tej chwili ani zmienić się w nic większego, ani zbyt daleko uciec. Położyła się na jednej z gałęzi i próbowała uspokoić oddech. Szeroko otwartymi ślepiami wpatrywała się w podejrzaną przez siebie osobę.Obserwowany jednak zrobił coś, czego Mira ani trochę się nie spodziewała.
- Mira? - odezwał się znajomym dla niej głosem. Ta przekręciła tylko łeb w geście zdziwienia. Zeskoczyła więc na cztery łapy, po czym podniosła się już zza krzaka w ludzkiej formie i odetchnęła z ulgą.
- Osz ty w życiu, nie strasz tak, ufff - podeszła i poklepała go po ramieniu.- Co ci się stało z oczami? Strzelili w ciebie kolorową farbą, która zmienia kolor oczu? Niee... to niemożliwe...- podparła brodę dłonią w geście zamyślenia. Ogarnęła teraz dokładnie wzrokiem, jak Xaren wygląda. Z tymi ranami nie wyglądał za dobrze, na pewno nie lepiej, niż wcześniej, przed ponownym wejściem do miasta.
Nie była pewna, jak Xaren się dokładnie czuje, bo zdawało się jej, że nie okazuje żadnej reakcji na to, że jest cholernie ranny. Mira pośpiesznym ruchem wyciągnęła z torby niewielką, rozkładaną karteczkę z mapą.
- Z mapy wynika... dobra, tak na prawdę to niewiele z niej wynika, ale niedaleko jest teren, gdzie można zdobyć te kwiaty na rany, a nam się akurat bardzo przydadzą. - Wskazała palcem na miejsce na mapce, gdzie narysowane były koślawe drzewa. Za chwilę jednak wróciła wzrokiem na towarzysza, który był wyraźnie nad czymś zamyślony. Myśląc, że Xaren zastanawia się nad tą rośliną, dodała:
- Nie martw się, mimo, że nie jest często spotykana, to nietrudno ją zauważyć. - Mira machnęła ręką i już chciała jak najszybciej opuścić miejsce zamachu. Zastanawiała się, czy aby przyjaciel nie zgłodniał od tego ataku.
Dziwnie by było zobaczyć taką scenę: w tle miasto, które zaraz zostanie całe rozwalone przez niegodziwców, a nad rzeką dwaj poszukiwacze przygód... a raczej jedna poszukiwaczka, bo drugi ma predyspozycje na Supermena. Gdy Xaren trzymał przez chwilę rękę Miry, ona- jak to ona- trzymała w zębach kolejny kawał pieczywa.
W momencie, gdy poprosił ją o zostanie chwilkę tutaj, nie była pewna, czy jej nowy przyjaciel na pewno dobrze postępuje w tej chwili. Nie wyglądał zbyt dobrze, a jednak mimo wszystko wrócił do miasta, żeby skopać tyłki tym gangsterom.
Mira zwiesiła się na kilkanaście sekund, po czym zestresowana sięgnęła po kolejne rzeczy do wszamania. Myślała nad tym, co powiedział jej Xaren, ale jakoś jej się w głowie nie układało, że może być odważna. Sama siebie nie określiłaby tym słowem. Gdy już chłopaka nie było widać, bo zniknął za murkami miasta, Mira rozejrzała się pośpiesznie wokoło i dostrzegła, że jest na otwartej przestrzeni. Zwinęła więc pośpiesznie swoje rzeczy i podskoczyła w najbliższe zarośla i niewielkie drzewa. Wystawiła oczy znad liści, bacznie obserwując miasto wzrokiem super detektywa.
- Do beznadzieniowego pączka - rozpoczęła monolog, wyciągając z plecaka swój notatnik - Może nie zwrócą na niego zbytniej uwagi... - jeszcze lekko trzęsącymi się rękami zaczęła przerzucać kartki zeszytu, przypatrując się miastu.
Sekundę po tym ujrzała w cholerę dymu, a po chwili rozbrzmiał huk, jakby jakaś olbrzymka dała z liścia swojemu adoratorowi. Mira aż podrzuciła wszystko, co trzymała w rękach, by za chwilę dostać tym w głowę. W tej chwili poczuła jeszcze nieprzyjemne kłucie w swojej ranie na boku, co przyprawiło ją o ciarki.
- AŁA - kuląc się masowała obolałą część głowy, jednak zwędziła spowrotem notatnik.
" Drogi pamiętniczku, co tu się w ogóle dzieje :' ) " Panowie w zbrojach są jacyś opętani. Trzeba ich unikać- zapamiętać. I dlaczego jestem tak blisko miejsca zagrożenia?? Czy to dokładnie jest odwaga? Nie pamiętam co mi rodzice mówili o odwadze, dlatego muszę napisać swoją regułkę, albo chociaż kogoś się spytać". Nabazgrała jeszcze kilka rysunków wiejącego Xarena i siebie w formie geparda, uciekających przed facetami w zbrojach. Dodała też chmury dymu wokoło- efekty specjalne jakieś muszą być.
Zastanawiała się, czy by nie zmienić formy i nie pobiec, żeby spróbować jakoś pomóc, ale wiedząc, co tam się dzieje, zbierało jej się na wymioty. Schowała notatnik do torby.
Nawet się nie spostrzegła, a usłyszała dziwne dźwięki umierających ludzi. Mira zupełnie nie wiedziała co robić, dlatego została tam, gdzie była. Odgłosy jednak zbliżały się coraz bardziej, a Mira zaczęła panikować, że kolejni z inkwizycji lecą i zabijają wszystkich, którzy chcą się uratować. Po chwili ujrzała jednak, zdawało jej się, nieznajomego mężczyznę. Trochę ją przeraziło, a jaką szybkością zapierniczył ludzi. Zobaczyła jego czerwone oczy i ani jej się śniło zostawać tu ani sekundę dłużej, bo mózg podpowiadał jej tylko jedno- ci z inkwizycji przysłali jakiegoś goryla, ich tajną broń. Pozabija wszystkich i ani się będzie mu śniło mieć litość dla kogokolwiek. Mira zrobiła więc oczy jak pięć złotych, po czym powoli podniosła ręce. Serce biło jej jak oszalałe, nie dała rady absolutnie niczego wymyślić.
- Eeee... to nie ja proszę pana, to oni - wskazała palcem w prawo. Gdy chłopak spojrzał na moment we wskazanym przez nią kierunku, Mira natychmiast zmieniła się w kota, po czym wyszła na drzewo, obok którego stała. Niestety rana okazała się być o wiele gorsza, niż Mira się spodziewała, dlatego nie była w stanie w tej chwili ani zmienić się w nic większego, ani zbyt daleko uciec. Położyła się na jednej z gałęzi i próbowała uspokoić oddech. Szeroko otwartymi ślepiami wpatrywała się w podejrzaną przez siebie osobę.Obserwowany jednak zrobił coś, czego Mira ani trochę się nie spodziewała.
- Mira? - odezwał się znajomym dla niej głosem. Ta przekręciła tylko łeb w geście zdziwienia. Zeskoczyła więc na cztery łapy, po czym podniosła się już zza krzaka w ludzkiej formie i odetchnęła z ulgą.
- Osz ty w życiu, nie strasz tak, ufff - podeszła i poklepała go po ramieniu.- Co ci się stało z oczami? Strzelili w ciebie kolorową farbą, która zmienia kolor oczu? Niee... to niemożliwe...- podparła brodę dłonią w geście zamyślenia. Ogarnęła teraz dokładnie wzrokiem, jak Xaren wygląda. Z tymi ranami nie wyglądał za dobrze, na pewno nie lepiej, niż wcześniej, przed ponownym wejściem do miasta.
Nie była pewna, jak Xaren się dokładnie czuje, bo zdawało się jej, że nie okazuje żadnej reakcji na to, że jest cholernie ranny. Mira pośpiesznym ruchem wyciągnęła z torby niewielką, rozkładaną karteczkę z mapą.
- Z mapy wynika... dobra, tak na prawdę to niewiele z niej wynika, ale niedaleko jest teren, gdzie można zdobyć te kwiaty na rany, a nam się akurat bardzo przydadzą. - Wskazała palcem na miejsce na mapce, gdzie narysowane były koślawe drzewa. Za chwilę jednak wróciła wzrokiem na towarzysza, który był wyraźnie nad czymś zamyślony. Myśląc, że Xaren zastanawia się nad tą rośliną, dodała:
- Nie martw się, mimo, że nie jest często spotykana, to nietrudno ją zauważyć. - Mira machnęła ręką i już chciała jak najszybciej opuścić miejsce zamachu. Zastanawiała się, czy aby przyjaciel nie zgłodniał od tego ataku.
wtorek, 2 lipca 2019
Od Devi do Vinloy'a – Goniąc za marzeniami
Kiedy nieproszony gość wyszedł z mojej sypialni, nie mogłam zasnąć. Wstałam, zarzuciłam coś na siebie i wyszłam z pokoju, do ciemnego korytarza. Chociaż znałam go jak własną dłoń, w ciemności wydawał mi się całkiem inny, groźny. Szłam przed siebie, aż natknęłam się na zamknięte drzwi od gabinetu ojca. Nigdy nie pozwalano mi tam wejść z nieznanych mi powodów.
- Panienka Devi? – usłyszałam głos jednego ze sług.
- Ednit… wystraszyłeś mnie – powiedziałam do niego, zaraz po wzdrygnięciu się z lekkiego strachu.
- Co panienka tu robi? – dopytywał mężczyzna.
- Nie mogłam spać i tak jakoś wyszło…
- Chciałaby jaśnie panienka tam wejść, prawda? – w ramach odpowiedzi, skinęłam głową.
Mężczyzna westchnął. Dobrze wiedziałam, że ma klucze do tego pomieszczenia jak i do wszystkich pokoi w domu. Chciałam się odezwać, ale głos Hejita w mojej głowie pokrzyżował moje plany.
~Ktoś tu jeszcze jest.~
Zaczęłam się dyskretnie rozglądać, ale nic nie zauważyłam. W tym czasie starszy sługa zdążył powiedzieć, jak bardzo chciałby mi udostępnić ten gabinet, ale ze względu na polecenia moich rodziców nie może. Mówił też, że nie jestem jeszcze na to gotowa, ale za bardzo zajęłam się szukaniem potencjalnego zagrożenia. Kiedy Ednit odszedł, jeszcze chwilę zostałam w tamtym miejscu, by ostatecznie wrócić do swojego pokoju.
Właśnie wtedy poczułam charakterystyczne pieczenie na karku, kiedy chciałam już otworzyć drzwi. Zawahałam się, nie byłam pewna, gdzie może się znajdować zagrożenie.
~Nie wchodź do sypialni, ono tam jest~ Hejit jak zwykle służył mi pomocą.
Cofnęłam się od drzwi i ostatecznie zeszłam na dół. Wyszłam na zewnątrz, mimo mojego nieodpowiedniego ubioru. Całkowicie zignorowałam znajomego wilka i ruszyłam przed siebie. Znane mi uczucie na karku na chwile zelżało by po chwili zacząć wracać ze zdwojoną siłą.
~Idzie, ma wsparcie~ mój miecz odzywał się w mojej głowie.
- Ilu? – zapytałam cicho pod nosem.
~Jeszcze jeden~
Miałam tylko dwie możliwości, stanąć do walki lub uciekać. Wiedziałam, że gdyby doszło do starcia, mój towarzysz by mnie poprowadził. Problem jednak był we mnie. Unikałam walk i potyczek jak tylko mogłam, ze strachu. Bałam się ranić innych, nie chciałam tego. Dlatego też próbowałam uciec, schować się. Robiłam wszystko co tylko mogłam.
~Devi nie możesz wiecznie uciekać, wytropią cię tak czy inaczej.~
Wiedziałam, że ma rację, ale nie słuchałam go. Zamknęłam się w jakiejś starej szopie w której, miałam taką nadzieję, spokojnie przeczekam noc.
<Vinloy?>
- Panienka Devi? – usłyszałam głos jednego ze sług.
- Ednit… wystraszyłeś mnie – powiedziałam do niego, zaraz po wzdrygnięciu się z lekkiego strachu.
- Co panienka tu robi? – dopytywał mężczyzna.
- Nie mogłam spać i tak jakoś wyszło…
- Chciałaby jaśnie panienka tam wejść, prawda? – w ramach odpowiedzi, skinęłam głową.
Mężczyzna westchnął. Dobrze wiedziałam, że ma klucze do tego pomieszczenia jak i do wszystkich pokoi w domu. Chciałam się odezwać, ale głos Hejita w mojej głowie pokrzyżował moje plany.
~Ktoś tu jeszcze jest.~
Zaczęłam się dyskretnie rozglądać, ale nic nie zauważyłam. W tym czasie starszy sługa zdążył powiedzieć, jak bardzo chciałby mi udostępnić ten gabinet, ale ze względu na polecenia moich rodziców nie może. Mówił też, że nie jestem jeszcze na to gotowa, ale za bardzo zajęłam się szukaniem potencjalnego zagrożenia. Kiedy Ednit odszedł, jeszcze chwilę zostałam w tamtym miejscu, by ostatecznie wrócić do swojego pokoju.
Właśnie wtedy poczułam charakterystyczne pieczenie na karku, kiedy chciałam już otworzyć drzwi. Zawahałam się, nie byłam pewna, gdzie może się znajdować zagrożenie.
~Nie wchodź do sypialni, ono tam jest~ Hejit jak zwykle służył mi pomocą.
Cofnęłam się od drzwi i ostatecznie zeszłam na dół. Wyszłam na zewnątrz, mimo mojego nieodpowiedniego ubioru. Całkowicie zignorowałam znajomego wilka i ruszyłam przed siebie. Znane mi uczucie na karku na chwile zelżało by po chwili zacząć wracać ze zdwojoną siłą.
~Idzie, ma wsparcie~ mój miecz odzywał się w mojej głowie.
- Ilu? – zapytałam cicho pod nosem.
~Jeszcze jeden~
Miałam tylko dwie możliwości, stanąć do walki lub uciekać. Wiedziałam, że gdyby doszło do starcia, mój towarzysz by mnie poprowadził. Problem jednak był we mnie. Unikałam walk i potyczek jak tylko mogłam, ze strachu. Bałam się ranić innych, nie chciałam tego. Dlatego też próbowałam uciec, schować się. Robiłam wszystko co tylko mogłam.
~Devi nie możesz wiecznie uciekać, wytropią cię tak czy inaczej.~
Wiedziałam, że ma rację, ale nie słuchałam go. Zamknęłam się w jakiejś starej szopie w której, miałam taką nadzieję, spokojnie przeczekam noc.
<Vinloy?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Template by...
Eilay
Zireael Graphic
Zireael Graphic