Nie mogę uwierzyć, że Mira aż tak dużo je, ale najwyraźniej musi. Jednak ta historia nie jest o zawodach w jedzeniu.
Dziwnie by było zobaczyć taką scenę: w tle miasto, które zaraz zostanie całe rozwalone przez niegodziwców, a nad rzeką dwaj poszukiwacze przygód... a raczej jedna poszukiwaczka, bo drugi ma predyspozycje na Supermena. Gdy Xaren trzymał przez chwilę rękę Miry, ona- jak to ona- trzymała w zębach kolejny kawał pieczywa.
W momencie, gdy poprosił ją o zostanie chwilkę tutaj, nie była pewna, czy jej nowy przyjaciel na pewno dobrze postępuje w tej chwili. Nie wyglądał zbyt dobrze, a jednak mimo wszystko wrócił do miasta, żeby skopać tyłki tym gangsterom.
Mira zwiesiła się na kilkanaście sekund, po czym zestresowana sięgnęła po kolejne rzeczy do wszamania. Myślała nad tym, co powiedział jej Xaren, ale jakoś jej się w głowie nie układało, że może być odważna. Sama siebie nie określiłaby tym słowem. Gdy już chłopaka nie było widać, bo zniknął za murkami miasta, Mira rozejrzała się pośpiesznie wokoło i dostrzegła, że jest na otwartej przestrzeni. Zwinęła więc pośpiesznie swoje rzeczy i podskoczyła w najbliższe zarośla i niewielkie drzewa. Wystawiła oczy znad liści, bacznie obserwując miasto wzrokiem super detektywa.
- Do beznadzieniowego pączka - rozpoczęła monolog, wyciągając z plecaka swój notatnik - Może nie zwrócą na niego zbytniej uwagi... - jeszcze lekko trzęsącymi się rękami zaczęła przerzucać kartki zeszytu, przypatrując się miastu.
Sekundę po tym ujrzała w cholerę dymu, a po chwili rozbrzmiał huk, jakby jakaś olbrzymka dała z liścia swojemu adoratorowi. Mira aż podrzuciła wszystko, co trzymała w rękach, by za chwilę dostać tym w głowę. W tej chwili poczuła jeszcze nieprzyjemne kłucie w swojej ranie na boku, co przyprawiło ją o ciarki.
- AŁA - kuląc się masowała obolałą część głowy, jednak zwędziła spowrotem notatnik.
" Drogi pamiętniczku, co tu się w ogóle dzieje :' ) " Panowie w zbrojach są jacyś opętani. Trzeba ich unikać- zapamiętać. I dlaczego jestem tak blisko miejsca zagrożenia?? Czy to dokładnie jest odwaga? Nie pamiętam co mi rodzice mówili o odwadze, dlatego muszę napisać swoją regułkę, albo chociaż kogoś się spytać". Nabazgrała jeszcze kilka rysunków wiejącego Xarena i siebie w formie geparda, uciekających przed facetami w zbrojach. Dodała też chmury dymu wokoło- efekty specjalne jakieś muszą być.
Zastanawiała się, czy by nie zmienić formy i nie pobiec, żeby spróbować jakoś pomóc, ale wiedząc, co tam się dzieje, zbierało jej się na wymioty. Schowała notatnik do torby.
Nawet się nie spostrzegła, a usłyszała dziwne dźwięki umierających ludzi. Mira zupełnie nie wiedziała co robić, dlatego została tam, gdzie była. Odgłosy jednak zbliżały się coraz bardziej, a Mira zaczęła panikować, że kolejni z inkwizycji lecą i zabijają wszystkich, którzy chcą się uratować. Po chwili ujrzała jednak, zdawało jej się, nieznajomego mężczyznę. Trochę ją przeraziło, a jaką szybkością zapierniczył ludzi. Zobaczyła jego czerwone oczy i ani jej się śniło zostawać tu ani sekundę dłużej, bo mózg podpowiadał jej tylko jedno- ci z inkwizycji przysłali jakiegoś goryla, ich tajną broń. Pozabija wszystkich i ani się będzie mu śniło mieć litość dla kogokolwiek. Mira zrobiła więc oczy jak pięć złotych, po czym powoli podniosła ręce. Serce biło jej jak oszalałe, nie dała rady absolutnie niczego wymyślić.
- Eeee... to nie ja proszę pana, to oni - wskazała palcem w prawo. Gdy chłopak spojrzał na moment we wskazanym przez nią kierunku, Mira natychmiast zmieniła się w kota, po czym wyszła na drzewo, obok którego stała. Niestety rana okazała się być o wiele gorsza, niż Mira się spodziewała, dlatego nie była w stanie w tej chwili ani zmienić się w nic większego, ani zbyt daleko uciec. Położyła się na jednej z gałęzi i próbowała uspokoić oddech. Szeroko otwartymi ślepiami wpatrywała się w podejrzaną przez siebie osobę.Obserwowany jednak zrobił coś, czego Mira ani trochę się nie spodziewała.
- Mira? - odezwał się znajomym dla niej głosem. Ta przekręciła tylko łeb w geście zdziwienia. Zeskoczyła więc na cztery łapy, po czym podniosła się już zza krzaka w ludzkiej formie i odetchnęła z ulgą.
- Osz ty w życiu, nie strasz tak, ufff - podeszła i poklepała go po ramieniu.- Co ci się stało z oczami? Strzelili w ciebie kolorową farbą, która zmienia kolor oczu? Niee... to niemożliwe...- podparła brodę dłonią w geście zamyślenia. Ogarnęła teraz dokładnie wzrokiem, jak Xaren wygląda. Z tymi ranami nie wyglądał za dobrze, na pewno nie lepiej, niż wcześniej, przed ponownym wejściem do miasta.
Nie była pewna, jak Xaren się dokładnie czuje, bo zdawało się jej, że nie okazuje żadnej reakcji na to, że jest cholernie ranny. Mira pośpiesznym ruchem wyciągnęła z torby niewielką, rozkładaną karteczkę z mapą.
- Z mapy wynika... dobra, tak na prawdę to niewiele z niej wynika, ale niedaleko jest teren, gdzie można zdobyć te kwiaty na rany, a nam się akurat bardzo przydadzą. - Wskazała palcem na miejsce na mapce, gdzie narysowane były koślawe drzewa. Za chwilę jednak wróciła wzrokiem na towarzysza, który był wyraźnie nad czymś zamyślony. Myśląc, że Xaren zastanawia się nad tą rośliną, dodała:
- Nie martw się, mimo, że nie jest często spotykana, to nietrudno ją zauważyć. - Mira machnęła ręką i już chciała jak najszybciej opuścić miejsce zamachu. Zastanawiała się, czy aby przyjaciel nie zgłodniał od tego ataku.
środa, 3 lipca 2019
wtorek, 2 lipca 2019
Od Devi do Vinloy'a – Goniąc za marzeniami
Kiedy nieproszony gość wyszedł z mojej sypialni, nie mogłam zasnąć. Wstałam, zarzuciłam coś na siebie i wyszłam z pokoju, do ciemnego korytarza. Chociaż znałam go jak własną dłoń, w ciemności wydawał mi się całkiem inny, groźny. Szłam przed siebie, aż natknęłam się na zamknięte drzwi od gabinetu ojca. Nigdy nie pozwalano mi tam wejść z nieznanych mi powodów.
- Panienka Devi? – usłyszałam głos jednego ze sług.
- Ednit… wystraszyłeś mnie – powiedziałam do niego, zaraz po wzdrygnięciu się z lekkiego strachu.
- Co panienka tu robi? – dopytywał mężczyzna.
- Nie mogłam spać i tak jakoś wyszło…
- Chciałaby jaśnie panienka tam wejść, prawda? – w ramach odpowiedzi, skinęłam głową.
Mężczyzna westchnął. Dobrze wiedziałam, że ma klucze do tego pomieszczenia jak i do wszystkich pokoi w domu. Chciałam się odezwać, ale głos Hejita w mojej głowie pokrzyżował moje plany.
~Ktoś tu jeszcze jest.~
Zaczęłam się dyskretnie rozglądać, ale nic nie zauważyłam. W tym czasie starszy sługa zdążył powiedzieć, jak bardzo chciałby mi udostępnić ten gabinet, ale ze względu na polecenia moich rodziców nie może. Mówił też, że nie jestem jeszcze na to gotowa, ale za bardzo zajęłam się szukaniem potencjalnego zagrożenia. Kiedy Ednit odszedł, jeszcze chwilę zostałam w tamtym miejscu, by ostatecznie wrócić do swojego pokoju.
Właśnie wtedy poczułam charakterystyczne pieczenie na karku, kiedy chciałam już otworzyć drzwi. Zawahałam się, nie byłam pewna, gdzie może się znajdować zagrożenie.
~Nie wchodź do sypialni, ono tam jest~ Hejit jak zwykle służył mi pomocą.
Cofnęłam się od drzwi i ostatecznie zeszłam na dół. Wyszłam na zewnątrz, mimo mojego nieodpowiedniego ubioru. Całkowicie zignorowałam znajomego wilka i ruszyłam przed siebie. Znane mi uczucie na karku na chwile zelżało by po chwili zacząć wracać ze zdwojoną siłą.
~Idzie, ma wsparcie~ mój miecz odzywał się w mojej głowie.
- Ilu? – zapytałam cicho pod nosem.
~Jeszcze jeden~
Miałam tylko dwie możliwości, stanąć do walki lub uciekać. Wiedziałam, że gdyby doszło do starcia, mój towarzysz by mnie poprowadził. Problem jednak był we mnie. Unikałam walk i potyczek jak tylko mogłam, ze strachu. Bałam się ranić innych, nie chciałam tego. Dlatego też próbowałam uciec, schować się. Robiłam wszystko co tylko mogłam.
~Devi nie możesz wiecznie uciekać, wytropią cię tak czy inaczej.~
Wiedziałam, że ma rację, ale nie słuchałam go. Zamknęłam się w jakiejś starej szopie w której, miałam taką nadzieję, spokojnie przeczekam noc.
<Vinloy?>
- Panienka Devi? – usłyszałam głos jednego ze sług.
- Ednit… wystraszyłeś mnie – powiedziałam do niego, zaraz po wzdrygnięciu się z lekkiego strachu.
- Co panienka tu robi? – dopytywał mężczyzna.
- Nie mogłam spać i tak jakoś wyszło…
- Chciałaby jaśnie panienka tam wejść, prawda? – w ramach odpowiedzi, skinęłam głową.
Mężczyzna westchnął. Dobrze wiedziałam, że ma klucze do tego pomieszczenia jak i do wszystkich pokoi w domu. Chciałam się odezwać, ale głos Hejita w mojej głowie pokrzyżował moje plany.
~Ktoś tu jeszcze jest.~
Zaczęłam się dyskretnie rozglądać, ale nic nie zauważyłam. W tym czasie starszy sługa zdążył powiedzieć, jak bardzo chciałby mi udostępnić ten gabinet, ale ze względu na polecenia moich rodziców nie może. Mówił też, że nie jestem jeszcze na to gotowa, ale za bardzo zajęłam się szukaniem potencjalnego zagrożenia. Kiedy Ednit odszedł, jeszcze chwilę zostałam w tamtym miejscu, by ostatecznie wrócić do swojego pokoju.
Właśnie wtedy poczułam charakterystyczne pieczenie na karku, kiedy chciałam już otworzyć drzwi. Zawahałam się, nie byłam pewna, gdzie może się znajdować zagrożenie.
~Nie wchodź do sypialni, ono tam jest~ Hejit jak zwykle służył mi pomocą.
Cofnęłam się od drzwi i ostatecznie zeszłam na dół. Wyszłam na zewnątrz, mimo mojego nieodpowiedniego ubioru. Całkowicie zignorowałam znajomego wilka i ruszyłam przed siebie. Znane mi uczucie na karku na chwile zelżało by po chwili zacząć wracać ze zdwojoną siłą.
~Idzie, ma wsparcie~ mój miecz odzywał się w mojej głowie.
- Ilu? – zapytałam cicho pod nosem.
~Jeszcze jeden~
Miałam tylko dwie możliwości, stanąć do walki lub uciekać. Wiedziałam, że gdyby doszło do starcia, mój towarzysz by mnie poprowadził. Problem jednak był we mnie. Unikałam walk i potyczek jak tylko mogłam, ze strachu. Bałam się ranić innych, nie chciałam tego. Dlatego też próbowałam uciec, schować się. Robiłam wszystko co tylko mogłam.
~Devi nie możesz wiecznie uciekać, wytropią cię tak czy inaczej.~
Wiedziałam, że ma rację, ale nie słuchałam go. Zamknęłam się w jakiejś starej szopie w której, miałam taką nadzieję, spokojnie przeczekam noc.
<Vinloy?>
sobota, 29 czerwca 2019
Od Aerandira do Kelezarra - Białe kłamstwa
Nie sądziłem, że ten dzień wyróżni się z pozostałych, jeśli nie licząc podróży do tej wioski. Był to zwyczajny, szary dzień jak każdy inny, podczas których ludzie pracują, a Inkwizycja szuka nieludzi. Przyjechałem do tej wioski, by odwiedzić starego przyjaciela mojego ojca oraz kupić gwoździe. Mogłem je zakupić gdzie indziej, ale w tej wiosce produkowano najlepsze, dlatego mogłem załatwić dwie sprawy za jednym zamachem. Podróż minęła szybko, dlatego nim się obejrzałem, byłem na miejscu. Przywitać mnie przyjechał starszy mężczyzna ze swoją żoną, oraz malutką wnuczką. Dziewczynka mnie nie znała, dlatego stała u boku swej babci i uważnie mi się przyglądała.
Wydusiłem z siebie sztuczny uśmiech, kiedy mężczyzna do mnie podszedł.
- Witaj Aerandirze, im jesteś starszy, tym bardziej przypominasz ojca – odkąd on umarł, widzieliśmy się ze trzy razy. Zawsze do niego przyjeżdżałem pomóc w czymś, można powiedzieć, że to tradycja mojego ojca, którą odziedziczyłem. Za każdym razem mówił to samo, a ja wiedziałem, że kłamie. Mój ojciec był potężnym mężczyzną, silnym i bardzo przystojnym, ja przypominałem matkę, miałem nawet jej budowę, która niezbyt umożliwiała mi nabranie masy (ale to nie oznacza, że wcale jej nie miał).
Zmusiłem się do uścisku dłoni z dziadkiem oraz z babcią, która posłała mi serdeczny uśmiech. Potem kucnąłem obok dziewczynki.
Wydusiłem z siebie sztuczny uśmiech, kiedy mężczyzna do mnie podszedł.
- Witaj Aerandirze, im jesteś starszy, tym bardziej przypominasz ojca – odkąd on umarł, widzieliśmy się ze trzy razy. Zawsze do niego przyjeżdżałem pomóc w czymś, można powiedzieć, że to tradycja mojego ojca, którą odziedziczyłem. Za każdym razem mówił to samo, a ja wiedziałem, że kłamie. Mój ojciec był potężnym mężczyzną, silnym i bardzo przystojnym, ja przypominałem matkę, miałem nawet jej budowę, która niezbyt umożliwiała mi nabranie masy (ale to nie oznacza, że wcale jej nie miał).
Zmusiłem się do uścisku dłoni z dziadkiem oraz z babcią, która posłała mi serdeczny uśmiech. Potem kucnąłem obok dziewczynki.
piątek, 28 czerwca 2019
Od Kelezarra do Aerandira - Białe kłamstwa
Słońce grzało niemiłosiernie. Lato zawsze wydawało się gorętsze wewnątrz murów miasta. Kelezarr doskonale o tym wiedział i trzymał się od miast z daleka. Naturalnie, nie był to jedyny powód zachowywania bezpiecznego dystansu. „Bezpiecznego” to trafne określenie, bo rzeczywiście chodziło tu głównie o bezpieczeństwo. Nie umiał jednak określić, czyje dokładnie.
Niemniej mężczyzna odniósł wrażenie, że oto właśnie maluje się przed nim obraz miasta, chociaż nigdy w żadnym nie był. Odwiedzał miasteczka i wsie, niektóre o bardzo bogatej kulturze i z własnymi klasztorami nauczającymi dzieciaki bogatych szlachciców, lecz nie czuł tam… Cóż, nie był właściwie pewien, czego. W końcu nie wiedział, czym jest „atmosfera murów miejskich”. A jednak w jego podświadomość wrósł pewien stereotyp, a on, doskonale świadom istnienia owego stereotypu, wcale nie próbował go wyprzeć. Bawiło go, iż oto on, zwolennik tolerancji i radosna dusza, szufladkuje miastowych. Lecz właśnie oto teraz miasto zaszczyciło wieś wizytacją, pomyślał z uśmiechem, który zresztą nie schodził mu prawie w ogóle z ust, tylko tym razem stał się nieco złośliwy. Kelezarr leżał na pudłach, jakie przed chwilą sam przyniósł – można by powiedzieć, że obijał się w pracy. Zaczął pracować przed szóstą rano, a do godziny w pół do dziesiątej – obecnej – przeniósł nieco ponad tonę. Część została już zabrana przez zaskoczonych, acz zadowolonych handlarzy, którzy nie oczekiwali, że zdołają wyruszyć tak wcześnie i przy tym zaoszczędzić na pracownikach. Reszta stanowiła świetną wymówkę do zrobienia sobie przerwy, której tak bardzo potrzebował.
Potrzebował jej dla zachowania wizerunku społecznego, a nie ze względu na zmęczenie.
środa, 26 czerwca 2019
Od Xarena do Miry - Nostalgię czas zacząć...
Po opatrzeniu dziewczyny, chłopak z dumą i przekonaniem patrzył na efekt swojej pracy. Nie był wstanie jednak w pełni oddać się tej przyjemności. Pochodzenie chłopca dawało o sobie znać, gdy wyczuł ból oraz cierpienie narastające w wiosce pod okupacją inkwizycji. Szukali ich zawzięcie,,, Nie cofali się przed najgorszymi metodami. Wyciągnięcie informacji było czymś czysto zawodowym, lecz w powietrzu unosił się odór negatywnych emocji. Po chwili usłyszał trzask i dostrzegł czerwone policzki swojej nowej towarzyszki. Ze zdziwieniem w oczach przyglądał się kolejnym zdarzeniom. Jej determinacja sprawiła, że chłopak jeszcze bardziej chciał poświęcić wszystko co ma by ją chronić.
„Odważna jesteś, lecz widać twój stres gołym okiem” – poklepał ją pieszczotliwie po czubku głowy
„Nikt nie kara Cię za to, że jesteś jaka jesteś. Sama obierasz swoją drogę, lecz będzie to dla mnie zaszczytem móc nadal Cię chronić i służyć pomocą” – chłopak uśmiechnął się szeroko, jednak po chwili spoważniał i odwrócił wzrok w stronę wioski. Wiedział, że jeżeli zaraz nie wyruszą to inkwizycja dokona czystki wszystkich mieszkańców, pozostawiając za sobą tylko zgliszcza. Tracił krew i czuł, że słabnie. Mroczki przed oczami dawał znać, że dochodzi do niedotlenienia, a słabość odczuwana w jednej z nóg prowadziła do lekko widocznego utykania. Wiadome było, że to najgorsza chwila jaką można sobie wybrać na tego typu stany fizyczne i emocjonalne, dlatego chwycił mirę za rękę i z uśmiechem na twarzy poprosił by dokończyła w spokoju swoje jedzenie, a on ruszy rozejrzeć się po okolicy. Dosłownie chwile później zniknął, a zmieszana dziewczyna sięgnęła po kolejną porcję strawy do plecaka.
Mijały kolejne cenne minuty. Stężenie krwi w powietrzu zdawało się osiągnąć apogeum. Masa cierpienia oraz bólu, to ma być ta sławna inkwizycja, która zapewnia porządek i wspiera zwykłych obywateli? Wyciągając ten paradoksy sytuacji, chłopak z pełnym impetem wbiegł na rynek gdzie było widać masę Ciał oraz niektórych ludzi w rozpaczy i bólu. Nie obyło się oczywiście bez jego ulubionych znajomych, którzy w tym momencie zabawiali się i prawie spełniali swoje niezaspokojone potrzeby podczas przesłuchania kilku dziewczyn. Widząc to chłopak skorzystał z okazji i ustawił masę pułapek przy wyjściu z rynku oraz po dachach. Gdy już miał pewność, że nikt mu nie ucieknie, ustawił ostatnią pieczęć na ziemi i już po niecałej minucie obszar rynku pokryła ogromna chmura pyłu. Zdezorientowani ludzie całe szczęście bali się poruszyć i nie uciekali jednak inkwizycja z pełnym impetem wybiegła z rynku w obawie przed trującym gazem i po chwili wybuch rozbrzmiał na cały regulator. Większość inkwizycji, a raczej ich pachołków leżała właśnie martwa na wejściu do świętego placu. Niektórzy stanęli do walki i czekali na atak ze strony oponenta. Gdy się go doczekali zaczeli bez składu ani ładu atakować Xarena wszystkim co mieli. Od magii początkowej po najbardziej zaawansowane zaklęcia i od sztyletow po nowoczesną broń sieczną do walki z nadprzyrodzonymi.
Gdy doszło do wybuchu jednego z budynków obalając się przygniótł nie tylko inkwizycje ale i również Xarena.
„Cholera jasna jestem uziemiony… Nie mam jak walczyć skoro wszystko co mi pozostało to dwa sztylety” – chłopak szamotał się i starał uwolnić nogę jednak bezskutecznie. Gdy ostatni z stacjonujących inkwizytorów podszedł do niego i uśmiechnął się szeroko celując w niego swoim toporem, pozowlił wypowiedzieć mu ostatnie życzenie w swoim życiu. Po tym niestety nie zostało z niego wiele ponieważ chwila opanowania Xarena właśnie minęła, nawet po oczach było widać, że pierwotny instynkt przejął nad nim kontrolę. Gdy zaczął latać opentany po mieście zabijał wszystkich inkwizytorów, którzy dotarli do wioski w szybkim czasie. Owiele za szybkim jak na wsparcie z kwatery głównej. Coś tu śmierdziało jednak chłopak niczego się nie spodziewał. Dobijając ostatniego z członków ugrupowania dostrzegł, że Mira mu się przygląda, jednak wyglądał trochę inaczej. Przez ilość energii jaką użył jego włosy lekko się odbarwiły, a oczy przybrały barwę purpuru i czerwieni. Xaren nie chciał by Mira to widziała, by dowiedziała się, że coś z nim nie tak.
„teraz to już na pewno koniec naszej znajomości” – pomyślał
<Przepraszam, że musiałaś tyle czekać niewiasto 😉 ale mam nadzieje, że nadal będziemy intensywnie pisać :3 >
<Przepraszam, że musiałaś tyle czekać niewiasto 😉 ale mam nadzieje, że nadal będziemy intensywnie pisać :3 >
piątek, 21 czerwca 2019
Od Ophelii
Słonce wstawało leniwie, oświetlając swoimi promieniami pobliskie ziemie. Ziarnka piasku przybrały jaśniejsza barwę, z czasem stawały się również ciepłe. Morze tego dnia było o dziwo wyjątkowo spokojne, żadnych dużych fal czy potężnych wiatrów. Ten widok zapierał dech w piersiach, malutkie wybrzeże prezentowało się godnie, tak jakby namalował je znany artysta. Ptaki jako pierwsze zaznaczyły swoją obecność przepięknym śpiewem, witały one kolejny dzień. Kiedy na powierzchnia zaczęła powoli tętnić życiem, ocean i jego mieszkańcy już dawno byli na swoich ogonach czy też płetwach. Przemierzali oni setki kilometrów, by znaleźć coś do jedzenia. Jedną z tą istot była Ophelia, młoda, ciekawska syrenka, która nadzwyczaj uwielbiała przesiadywanie na skałach i rozmowę z tutejszymi mieszkańcami. W dłoniach trzymała w pół zjedzoną rybę, biedna tak bardzo się spieszyła, że nie zdążyła nawet porządnie się posilić. Prędko wypłynęła na powierzchnie i pomachała wschodzącemu słońcu, to była jej codzienna rutyna odkąd została mieszkanką wód.
- Witaj słońce - szepnęła, podpływając do skały. Szybko przysiadła na samym szczycie i urwała kolejny kawałek zwierzątka. Nie minęło wiele czasu a na horyzoncie pojawiły się kraby. Kobieta uśmiechnęła się, widząc jak zbierają się w małe grupy pod jej skałą.
– Tak, ja też się cieszę że mogę was znowu zobaczyć. Mimo, że widzieliśmy się wczoraj, to tęskniłam za wami tam na dnie oceanu. - Przekręciła lekko głowę.
Jedno ze stworzeń poruszyło szczypcami.
Jedno ze stworzeń poruszyło szczypcami.
- Oj tak, zgadzam się, dzisiaj będzie bardzo upalny dzień. Może moi bracia oraz siostry też niedługo przypłyną na powierzchnie, na razie wolą siedzieć pod wodą. - Westchnęła lekko.
Kolejny podobny gest.
- Dlaczego nie siedzę z nimi? Siedzę, są oni bardzo blisko, po prostu bardzo lubię wasze towarzystwo i to ciepło, które zapewnia mi słońce. Jest ono tak samo kojące jak głębie oceanu. Czuje się przy was bezpiecznie. - Machnęła lekko ogonem.
Reszta czasu minęła Opheli w świetnym towarzystwie, w pewnym momencie usłyszała głos. Ktoś zbliżał się nieubłaganie w jej kierunku. Syrena rozejrzała się tylko na boki i szybko zsunęła się ze skał prosto do wody.
Ktoś?
Nowa Postać - Ophelia Sparda
✰ Ophelia || 22 lata || Syrena ✰
"Jako małe dziecko dorastała w małej, ale kochającej rodzinie, jej rodzice pracowali na wszystko ciężko, żeby zapewnić swojej małej księżniczce wszystko, czego tylko chciała. Na przestrzeni lat Ophie wyrosła na piękną młodą kobietę, która od dawna fascynowała się oceanami i tym co w nich żyło, uparła się na drogie kształcenie w innym mieście, by tylko dotrzeć do swojego celu. Niestety nie wszystko poszło po jej myśli, rodzice nie mieli odpowiedniej ilości pieniędzy, żeby zafundować córce wymarzoną szkołę. Dochodziło do częstych kłótni pomiędzy nimi, przez co dziewczyna często wychodziła z domu i kręciła się gdzieś po lasach albo chodziła nad morze.
W pewnym momencie poznała przystojnego mężczyznę, z którym zaczęła się potajemnie spotykać i zwierzać ze wszystkich sekretów. Obydwoje weszli w stadium związku, byli ze sobą bardzo szczęśliwi. Pewnego dnia owy mężczyzna zaprosił ją do domu na noc, obiecał jej że będzie się świetnie bawić i że dostanie od niego mały prezent. Nieświadoma Ophelia wybrała się do domu chłopaka, tam czekało na nią chłodne powitanie. Po przekroczeniu progu została pojmana i skrępowana. Kilku mężczyzn wykorzystało ją do własnych potrzeb, wśród nich był jej „ukochany”, który z uśmiechem na ustach przyglądał się temu. Po tym całym horrorze wypuścił dziewczynę i rozrzucił dużo monet pod jej nogi. „Masz to, co chciałaś”[...]"
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Template by...
Eilay
Zireael Graphic
Zireael Graphic