wtorek, 11 czerwca 2019

Nowa Postać - Rumeysa Mortem

✰ Rumeysa || 13 lat || Człowiek ✰
"Rumeysa urodziła się jako pierwsze dziecko lorda Aleksandra Mortema, wybitnego inkwizytora, cztery lata po jego hucznych zaślubinach z lady Shahiyeną. Stała się znamienitym zwieńczeniem związku, jaki z wielu powodów w oczach społeczeństwa miał uchodzić za idealny. Jednak nic nie było idealne. Lord Mortem pragnął syna, który w przyszłości poszedłby w jego ślady i zapewnił mu dumę. Powierzył wychowanie córki egzotycznej wybrance, podczas gdy on odbywał wielotygodniowe wyprawy i piął się w hierarchii królewskiej. Dziewczyna nie pamięta tych czasów, ale z opowieści służących wywnioskowała, że już wtedy matka nie chciała się nią zajmować. To kucharka słyszała, jak Rumeysa wypowiada pierwsze słowo. Sprzątaczki uczyły ją stawiać pierwsze kroki. Zaś ogrodnicy opowiadali jej bajki o cudownych oraz przeklętych stworzeniach. Z braku opieki, dziewczynka od maleńkości wymykała się na dwór i przebywała tam całymi dniami, niejednokrotnie wracając do domu z otarciami i siniakami. Chętnie pomagała służbie w codziennych zajęciach, ponieważ nauczyła się postrzegać ich jako rodzinę, a nie niewolników – w przeciwieństwie do jej rodziców. Nawet dzisiaj nie lubi być obsługiwana i czuje się bardzo niezręcznie, gdy ludzie, którzy ją wychowali, zwracają się do niej per „pani”. Rumeysa może i miałaby szansę na zbliżenie się do rodzicielki, gdyby nie fakt, że Shahiyena ponownie wydała na świat potomstwo, kiedy dziewczynka miała zaledwie sześć lat. Akurat wtedy dane jej było przystąpić do nauki kaligrafii, dyktowania i retoryki. Bała się, iż nie będzie mieć już nigdy czasu na bieganie po ogrodach, pomaganie w stajni, czy podkradanie owoców z sadu (które i tak należały do niej, ale skradanie się należało od zawsze do jej ulubionych zajęć), lecz o wiele bardziej cieszyła ją myśl, że w końcu pozna swoją matkę. Zgodnie z regułami dworskimi, wyedukowana matka udziela niezbędnych lekcji swojej córce. Jakże żałośnie smutne było oblicze Rumeysy, gdy oglądała zza uchylonych drzwi własną matkę przechadzającą się po pokoju z cichutko szlochającym zawiniątkiem. To wtedy po raz pierwszy usłyszała, jak matka śpiewa. Bowiem Shahiyena chętnie nuciła kołysanki swemu nowonarodzonemu synkowi, Elijahowi, chętnie do niego mówiła, a na jej twarzy gościł wówczas promienny uśmiech i zachwyt, jakim nigdy nie obdarzyła córki. [...]"

Nowa Postać - Xaren Idealo

✰ Xaren || Wiek niezn. || Spaczony ✰
"Na początku drogi swojego życia był małym chłopcem, zamieszkującym przedmieścia Królestwa Mue’Casta. Już w wieku 4 lat chciał być kimś wielkim. Uczyć się i stać się osobą, która zakończy to co zaczęło się wieki temu. Jego rodzice, wspaniała i nienagannie urodziwa mama, którą kochał nad życie oraz surowy, lecz opiekuńczy i kochający ojciec zawsze tłumaczyli mu sumiennie, że różnice rasowe nie mają najmniejszego znaczenia… że tak naprawę liczy się wnętrze istoty i jej pragnienia, cele w życiu. Te idealistyczne podejście do życia sprawiło, że mały chłopiec dostrzegał zło w aniołach oraz dobro w demonach. Widział bardzo wiele, ponieważ wraz z rodzicami chodził na parady inkwizycji. Celem ich uczestnictwa nie było triumfalne wznoszenie toastu za kolejnych zamordowanych nadprzyrodzonych, lecz oddanie im pewnego rodzaju szacunku i współczucia, że musieli się urodzić w świecie takim jak ten. Pomimo swojego podejścia do sprawy nie mieli wrogów wśród społeczeństwa, które zamieszkuje stolicę, Serce Wielkiej Inkwizycji. Wszystko jednak obróciło się o 180% w jedną noc, gdy do ich domu zawitał nieproszony gość. W poszarpanych szatach, goniony przez oprawców prosił Pana domu o to by schował go gdziekolwiek i że mu się odwdzięczy jak tylko nadejdzie na to pora. [...]"

Od Miry - Nostalgię czas zacząć

"Nigdy bym nie pomyślała, że ten rozdział podróży tak szybko się skończy"- pomyślała Mira, gdy machała do Tenge, która także jej odmachiwała już z daleka. A jeszcze kilka dni wcześniej razem przeżywały niezłą akcję z Isarionem, który też z resztą musiał odejść w całkiem inną stronę. A jakieś 10 minut wcześniej Mira nie chciała puścić nogi Tenge, bo była załamana, że ta musi odejść.
Mira mimo smutku była trochę przyzwyczajona do samotnej podróży, jednak nie była przygotowana na taką sytuację. Tenge została natychmiast wezwana w pewne odległe miejsce, niestety sama, ponieważ to jakaś sprawa tajna, na pewno niemałej wagi. Zmiennokształtna nadal patrzyła na oddalającą się sylwetkę przyjaciółki, trzymając w dłoni niewielkie drewienko, takie otwierane, w którym był wspólny portret Miry i Tenge, który dostały, gdy spotkały na polnej drodze ulicznego rysownika.
Gdy sylwetka zniknęła za pagórkiem, a jednocześnie horyzontem razem z oddziałem kruków, które radośnie skrzeczały na pożegnanie, Mira zmarszczyła brwi i westchnęła. Otworzyła drewienko, które było jak okładka książki bez kartek w środku i zobaczyła sobie jeszcze raz na rysunek, zanim schowała go w swoim torbo plecaku.
- No cóż - westchnęła, zawiązując plecak - czas iść coś wszamać.
Mimo co jakiś czas poburkującego żołądka, myśli Miry nie odbiegały ani trochę od wcześniejszych przeżyć. Mimo, że niektóre ucieczki sprawiały, że jej włosy jeżyły się na głowie, to i tak bardzo miło wspominała czas z krukowatą kobitą.
Jej nostalgię przerwał nagły, mega słodki zapach jakiegoś dziwnego sosu, któego jeszcze wcześniej nigdy nie spotkała. To oznaczało, że miasteczko już blisko, a gdzie miasteczko- tam żarcie. Podbiegła więc za krzaki a przed jej oczami wyrosły kamienno drewniane chałupy. Uradowana zaczęła więc dreptać w obszar karczmowo- targowy.
Gdy tak chodziła i zachwycała się wyglądem i zapachami różnorodnego jedzenia, nagle zobaczyła, jak niektórzy ludzie wbiegają do swoich (lub nie) domów, inni wyglądają z okna pobliskiej jadłodajni, a jeszcze inni po prostu się patrzą. Mira także spojrzała w miejsce zamieszki, gdzie zobaczyła na serio jakąś zamieszkę, ale to typowe, także strażników nikt nawet nie wzywał, o ile tutaj jacyś są. Mira, wykorzystując całą sytuację, od razu chapnęła bagiete, a z innego kramiku łapnęła gruszkę, a jeszcze z jednego obok jakiegoś zdechłego, chudego kurczaka, obskubanego z piór. Po tym natychmiast skoczyła w jedną z wąskich uliczek i biegła tak z buta jeszcze chwilkę upewniając się, że nikt za nią nie podąża. Odetchnęła z ulgą, gdy się obejrzała, po czym przykucnęła za jakąś beczką, by schować zdobycze do plecaka.
- Pam, param pam... - uśmiechając się i nucąc, wstała na równe nogi, ale w oddali usłyszała, jakby jakieś stado biegło w stronę, gdzie ona się znajduje. Odwróciła głowę w prawo i nagle zbledła z przerażenia. Stado ludzi biegło chyba jakiś maraton, bo zapierniczali tak, aż się ziemia trzęsła. U Miry od razu pojawiła się myśl: "Ja piernicze. To wszystko przez te głupie bagiety", następnie wzięła nogi za pas, i skręciła w jakąś alejkę, by później wyskoczyć na jeden z dachów.
Siedząc tak z oczami jak u gołębia, dostrzegła, że stado ludzi przed czymś ucieka. Wyjrzała więc bardziej znad ściany, by zobaczyć mniejsze stado młodych byków pędzących tak, że sie kurzy. Dostrzegła także, że za tym całym stadem biegnie jeszcze jedna postać, ale niestety Mira nie miała aż tak perfekcyjnego wzroku, aby dostrzec dokładnie kto to. Do tego nad ziemią unosiła się dosyć spora chmura dymu przez oba stada...

<Tajemnicza postacio? I mean Łuki>

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Nowa Postać - Elijah Mortem

✰ Elijah || 7 lat || Maldykantur ✰
"Można by rzec, że ten mały siedmioletni chłopiec tak naprawdę nie posiada swojej własnej, wykreowanej przez los historii, a to wszystko za sprawą matki, która nadmiernie się nim opiekowała wręcz nie spuszczając go z oczu, nigdzie nie wychodził, służba przynosiła wszelakie rzeczy do komnaty jego i matki. Oderwany on normalnego życia stał się nieco introwertyczny, a momentami nawet milkł na kilka minut. W końcu o czym ma rozmawiać skoro jedyny widok jaki ma na świat to ten za okna. Wszelakie tematy poruszane przez jego rodzicielkę stały się nudne, miał w pamięci wyuczone odpowiedzi. Zaczął się zastanawiać dlaczego właściwie jest trzymany w jednym pomieszczeniu pod ścisłą ochroną. Czyżby był chory? A może to inni są jacyś spaczeni? Niestety te myśli kiełkowały coraz bardziej pobudzając w chłopcu niesmak do rasy ludzkiej. Od głosów za ściany – wywnioskował, że to ojciec, dowiedział się, że ma siostrę, starszą siostrę. Tak bardzo chciał się z nią pobawić, zaznać chociaż trochę normalności, ale matka zawsze stała na przeszkodzie, rujnując każdą próbę ucieczki. Tak więc do tej pory wyglądało jego życie…"

sobota, 8 czerwca 2019

Od Chavaca do Naliaki - Bo do kąpieli trzeba dwojga

- W pewnym okresie mojego życia zdarzało się dosyć często, jednak nie zdarzało mi się omdlewać. Przyszło to dopiero wraz z wiekiem. Kiedy czułem, że to już ten czas starałem się jak najszybciej znaleźć najbardziej odległe zakamarki jaskini by w razie dłuższej „nieobecności” Inkwizycja mnie nie dopadła. Skromnie mówiąc, nie sądzę by chcieli mnie zabić, jestem im zbyt potrzebny. Wiem to czego oni nie wiedzą, a szczególnie zależy im na moim dzienniku. Ale odpowiadając na pytanie, nie zdarza się to nazbyt często. – spojrzał na nią niepewnie.
Naliaka powoli przebierała nogami, idąc ku rzece, kiedy Chavac jej odpowiadał. Głowę miała uniesioną do góry, ale jej spojrzenie gubiło się gdzieś w koronach drzew, widać, że zamyśliła się nad czymś. Gdy skończył mówić, jeszcze kilka sekund milczała, po czym zaczerpnęła oddechu i otworzyła usta, bo widocznie chciała coś powiedzieć, ale jej czółko się zmarszczyło i z powrotem je zamknęła. Popatrzyła na Chavaca, który podnosił się z ziemi, zmierzyła go wzrokiem. Jej oczy przeobraziły się w te wężowe. Po czym znowu odwróciła głowę, tym razem gapiąc się w wodę, bo stanęła przy brzegu. Była skupiona i wyraźnie niezadowolona. Mężczyzna powoli zbliżył się do niej nie wykonując przy okazji żadnych gwałtownych ruchów, bo wiedział jak to się może dla niego skończyć. Nie zamierzał znowu tracić czasu tylko po to by zgubić ociężałe cielsko wężowej kobiety w lesie. Westchnął cicho spoglądając na kobietę, która wpatrywała się w taflę płynącej rzeki. Dlaczego akurat jak wszystko już mu się układało pojawiła się ona? Kobiety zawsze coś rujnowały, były kruche i to zawsze mężczyźni musieli je bronić. Ukucnął przy brzegu i niepewnie włożył dłoń pod wodę. Była chłodna, ale przyjemna. Nigdy tak naprawdę nie spędzał dużo czasu w tym miejscu. Było to bowiem miejsce, które jeszcze dość niedawno namiętnie przeszukiwała inkwizycja. Przymknął powieki a przed jego oczyma pojawił się jego ojciec z biczem w ręku. Śmiał się. Chavac momentalnie otworzył oczy i w przypływie chwilowego strachu wpadł do wody pociągając przypadkiem za sobą biedną blondwłosą dziewczynę.
- Poradziłabym sobie - burknęła, odruchowo kuląc ramiona zupełnie tak, jakby jej było zimno. Nie miało to jednak związku z uczuciem chłodu. - Ja... - Zacięła się i stała tak skulona, patrząc w ziemię szeroko otwartymi oczami, mogła się wydawać niespełna rozumu, co niewiele odbiegałoby od prawdy. - Nie lubię, jak mnie ktoś dotyka. – Powtórzyła.
Chavac zorientował się, że dziewczyna musiała przeżyć w życiu coś naprawdę okropnego, ale nie chciał jej o to pytać. To nie była jego sprawa. On sam niezbyt lubił rozmawiać o swojej przeszłości. Na samą myśl o tym wszystkim jego ręce automatycznie zacisnęły się na sztyletach, zaczął ciężko oddychać. Przypomniał sobie o tym jak traktowało go rodzeństwo, w jaki sposób się nad nim znęcali, aż w końcu przed nim pojawił się obraz jego brata, któremu osobiście wepchnął pukiel włosów z haczykiem do gardła. Tkwił tak w miejscu jeszcze przez chwile po czym jego ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała. Kobieta uniosła wzrok.
- Przykro mi, że tak bardzo cię drażnię - rzuciła z wymuszoną ironią, ale jej głos był zbyt niski i zduszony, by nie było słychać, że tylko próbuje ukryć zdruzgotane samopoczucie. Gdzieś w głębi naprawdę było jej przykro, że nie podziękowała za pomoc tak, jak powinna uczynić młoda dama. - Ale i tak miałam już stąd iść. Ty masz swój las i inkwizycję, ja mam pustynię... - wymamrotała.
Kąciki jej ust opadły w dół. Chciało jej się płakać na samo wspomnienie pustyni. Była sucha i, jak sama nazwa wskazuje, pusta. Nie było tam kwiatów i ptaków, do których tak bardzo przyzwyczaiła się od małego. Nigdy nie poczuła się częścią plemienia Teyc'an. Inni wężowaci również postrzegali ją raczej jako dalszą krewną, a nie siostrę. Nie chciała tam wracać, ale nie miała też drogi powrotu do dawnego życia. Nie przynależała więc nigdzie.
- Nalia… - przerwał nie wiedząc czy może sobie pozwolić na wymówienie jej imienia. – Słuchaj, to…znaczy ja…nie chciałem byś poczuła się źle. Nie kontroluję do końca tego co robię w przypływie tak silnych emocji…bo widzisz, ja…to wcale nie tak, że się na Ciebie gniewam bo nie podziękowałaś, po prostu coś mi się przypomniało, coś związanego z moją przeszłością… - westchnął ciężko. Przybił go nieco fakt, że w końcu poznał kogoś kogo nie zabił w przeciągu kolejnych kilku minut a ta osoba już mu ucieka. Naliaka uniosła wzrok. W jej oczach nie było zaskoczenia, tylko jakiś dziwny blask. Źrenice z wężowych przeobraziły się w ludzkie, szerokie. Dziewczyna nie wiedziała, co powiedzieć. Po raz pierwszy od wielu lat ktoś był dla niej miły. Jasne, plemię na pustyni również wyciągnęło do niej pomocną dłoń, ale Naliaka nigdy nie powiedziałaby, że są przyjaźni. Irytował ją brak manier i uprzejmości panujący u Teyc'anów, ale ukrywała to i próbowała wtopić się w tłum. Bezskutecznie. Potrafiła być agresywna, ale nigdy nie zbliżyła się do naturalności zwyczajów wężowatych urodzonych na pustyni. Oni o tym wiedzieli i ona również czuła, że pomiędzy nimi nie ma nici porozumienia.
Brakowało jej życia, do którego wiedziała, że już nie wróci. Dawno temu pogodziła się z faktem, że wszystkie ucieszne chwile spędzone z bratem - momenty wypełnione śmiechem, zabawą i miłymi słowami - były tylko iluzją. Jedną z tych, jakie mijają z czasem. Bowiem to czas był odpowiedzialny za osłabianie ludzkich emocji. Złości, smutku i niestety miłości także. Naliaka nie umiała myśleć o ludziach w inny sposób niż w ten, iż przemijają. Żałowała tylko, że ból wywoływany jej wspomnieniami nigdy nie chciał ustać.
Spoglądała na chłopaka smutnym wzrokiem, z tym dołującym przeświadczeniem, że należy odejść. Bo przecież wiedziała, że tak będzie lepiej i tak właśnie należy postąpić, kierując się nabytym doświadczeniem.
Pomyślała o bracie, o przeszłości, a także o przyszłości czekającej ją na pustyni. Uniosła drobne rączki i zaczęła się bawić palcami. Ponownie opuściła wzrok.
- Może powiesz mi, co się stało? - powiedziała głosem, który niejednego mógłby przerazić. Nie dlatego, że brzmiał ochryple lub ciężko, jak to zazwyczaj miało miejsce, gdy dziewczyna przeobrażała się w gorgonę. Dlatego, że po raz pierwszy od wielu lat Naliaka przemówiła swoim prawdziwym głosem. Dźwięcznym i delikatnym, przypominającym dziecięcy. - No bo... No bo ja nie wiem, jak się z tobą rozmawia - orzekła trochę tak, jakby była małą dziewczynką tłumaczącą dorosłemu swój nietakt.
- Ja…cóż, nie jestem pewny czy jest to historia, którą chciałabyś usłyszeć, ale jeśli to w jakiś sposób sprawi, że kolejna osoba mnie nie opuści to jestem w stanie się przemóc. – spojrzał na nią tym samym skrzywdzonym wzrokiem, którym kiedyś dawno temu obdarzył swoją ukochaną nianię podczas gdy ta przymuszona, wystawiła małego chłopca przed wielkie drzwi posiadłości i tam zostawiła. – Nazywam się, a właściwie nazywałem Vael Chavac. Zostałem wydziedziczony i nie wypada posługiwać mi się już tym nazwiskiem…poza tym czuję do niego urazę. Urodziłem się jako ósme dziecko mego…ojca. Nigdy nie poznałem matki, powiedziano mi, że niedługo po porodzie uciekła. Moje rodzeństwo z jakiegoś powodu mnie nienawidziło, byłem i jestem chory…może to im przeszkadzało. Jako dziecko niewiele rozumiałem, wszystko doszło do mnie dopiero wtedy kiedy zostałem tak po prostu wyrzucony za drzwi posiadłości. Ojciec powiedział, że nie chce widzieć w domu kogoś spaczonego taką chorobom. Dość długo błąkałem się po świecie, czasami znalazłem kogoś z kim zostawałem na dłużej, ale szybko to traciłem. Moje życie odmieniło się dopiero w momencie kiedy Inkwizycja pojmała mnie, niesłusznie oskarżając o zabójstwo staruszki u której pomieszkiwałem. Torturowano mnie, próbowano wymusić zeznania, których tak naprawdę nie miało prawo być bo w końcu nic jej nie zrobiłem. Ale… – tutaj na chwilę się zawiesił – W końcu udało mi się uciec. Nie pamiętam w jaki sposób. Trafiłem w pewne miejsce gdzie chęć przeżycia zmusiła mnie do podjęcia decyzji…albo zjem ludzkie mięso, albo umrę z głodu. Chciałem żyć, wiedząc, że za chwilę choroba i tak mnie wykończy, jednak tak się nie stało. Zauważyłem, że kiedy spożywam ludzi…moja choroba cofa swoje stadium. Od tamtej pory nałogowo żywię się ich mięsem, zabijam dla zabawy. Zamordowałem już siostrę i nieco bardziej okrutnie jednego z braci. Obiecałem sobie, że na tym świecie już niedługo nie będzie nikogo kto będzie nosił to spaczone nazwisko. – Mężczyzna ścisnął dłonie w pięści.

<Naliaka?>

piątek, 5 kwietnia 2019

Od Naliaki do Chavaca - Bo do kąpieli trzeba dwojga

Wężowata z zaskoczeniem oglądała, jak umysł Chavaca opuszcza świadomość. Jego ciało opadło bezwładnie na ziemię. Spodziewała się takiego obrotu wydarzeń, widząc dziwny wyraz twarzy mężczyzny i niespokojne drgania źrenic. Nie wiedziała jednak, co w takiej sytuacji powinna zrobić. Głęboko w pamięci zaszumiało wspomnienie z dzieciństwa, gdy radośnie biegła ku potykającym się starcom, by ich wesprzeć. Wówczas wszyscy uśmiechali się do niej i głaskali ją po głowie. Ten obraz był bardzo szczęśliwy i kolorowy, ale ta barwność skrywała mglistą, mdłą powłokę. Wspomnienie przywiodło ze sobą postać Inushiego, niegdyś kochającego brata. Naliaka zacisnęła pięści w przypływie gniewu. Odepchnęła irytujące myśli, powracając skupieniem do bladego blondyna. 
Czuła się niezwykle spięta. W jej mózgu doszło do dysonansu – starcia dwóch odruchów, z czego jeden wykluczał drugi. Wężowa natura Naliaki kazała porzucać słabych. Wężowaci co prawda dbają o siebie nawzajem, ale ci osłabieni w niekorzystnych okolicznościach przechodzą do wyższej fazy klątwy. Z tego względu, w stosunku do przeklętych, nadgorliwa pomoc jest wręcz niewskazana i niepożądana. 
Zaś z drugiej strony znajdowała się zakopana głęboko pod skorupą nienawiści i wężowej skóry czułość Naliaki, która nadal pamiętała ludzkie zwyczaje i chciała pomóc dziwnemu nieznajomemu. Chociaż przedstawili się sobie, a rozmowa stanowiła dla obojga z nich swoistą ulgę, to Naliaka nie umiała zaakceptować myśli, iż mogłaby rozwinąć z Chavem jakąś relację. Sam pomysł zaprzyjaźnienia się z kimś wydawał jej się zdradą własnego sumienia. 
Zamrugała, przyglądając się nieprzytomnemu mężczyźnie i odczuwając coraz większy dyskomfort. Szczerze powiedziawszy, trudno było czuć się dobrze, stojąc jak słup naprzeciwko osoby, jaka hipotetycznie mogła potrzebować pomocy. W końcu podjęła decyzję, że powinna przynajmniej ustalić, co spowodowało utratę przytomności. Podczas rozmowy z Chavem zapamiętała kilka ważnych informacji. Tak więc nie powinien zemdleć z powodu choroby, bo niedawno jadł. Oraz nie mógł ulec zatruciu, gdyż uważał się za znawcę leśnego terenu. Naliace przemknęło przez głowę, że Chavac może chcieć ją oszukać. Udawać nieprzytomnego, aby się jej pozbyć. Zwierzęcy instynkt nadal pamiętał ostrze wbite tuż obok głowy. Z drugiej strony, kobieta od początku ich rozmowy prezentowała się jako osłabiona i wątła. Nie przeszkadzało jej to, bo wiedziała, iż potrzebuje tylko kilku sekund na przyjęcie pełnej formy gorgony. A jednak groźba odbijająca się echem gdzieś z tyłu głowy była bardzo rzeczywista. 
Bo jeśli faktycznie jest taki sprytny, to podjąłby dodatkowe działania, aby mieć pewność, że uśmierci potwora i zapobiegnie walce, która z pewnością nie okazałaby się dla niego korzystna. 
To chyba właśnie ta myśl sprowokowała Naliakę na tyle, że ruszyła się z miejsca i poczęła ostrożnie stawiać kroki ku leżącemu. Słaby przy nieruchomych celach wzrok i znikomy słuch utrudniały jej stwierdzenie, czy mężczyzna naprawdę jest nieprzytomny. 
Wtem poczuła coś nietypowego. Powiew chłodu nieprzyjemnie smagnął ludzkie obszary jej skóry. Przystanęła i rozejrzała się. Wokół niej wszystko wyglądało identycznie. Doskonały węch także nie odnotował niczego specjalnego. Lecz do jej uszu dotarł dojmujący szum. 
Czoło wężowatej zmarszczyło się. Stroskane, acz skupione oblicze zwróciło się ku niebu. Nad dwójką osamotnionych dusz zawiał upiorny wiatr. Ciemne, ciężkie chmury zakryły słońce, płynąc wśród przestworzy tak, jakby wycie wichury było dla nich rozkazem. Korony drzew zafalowały w szalonym tańcu, który kołysał ich pniami na boki. Wątły słuch Naliaki wyłapał o wiele więcej doznań, niż powinien. Nieznośny, dmący w uszy szum, trzeszczenie kory, szelest liści, ryk wzburzonej wody. A na samym końcu, zrodzone dawno temu w głębi jej duszy syki. Syczące szepty wypełniające umysł, zaślepiające ludzką wolę. 
Kobieta zacisnęła powieki i schyliła głowę. Czuła, że jeszcze trochę i sama wyłoży się na wznak. Spięła się, wstrząsana dziwnymi odruchami. Umiała odróżnić własną nienawiść od szaleństwa, jakie chwilami dręczyło gorgony. To był właśnie jeden z tych momentów. 
- Odejdź – zachrypiała Naliaka, kuląc się i wplatając palce we włosy. – Wynoś się… Nie masz tutaj władzy! 
Jej ciało jeszcze przez chwilę doznawało bolesnych skurczów, a myśli wypełniał złowrogi, przesycony jadem o wiele gorszym od jej własnego szept. Kucnęła, walcząc z lekkimi drgawkami. Czekała, aż objawy ustaną. I ustały – po kilkunastu sekundach, które wydawały się dla niej co najmniej trzydziestoma minutami. Wszystko wokół ucichło, a dźwięki śpiewających ptaków, lekkich powiewów wiatru i szelestu strumienia ponownie wydawały się oddalone ze względu na słaby słuch. Wówczas otworzyła zmęczone powieki. Pobieżnie rozglądnęła się po intensywnie barwnej, skąpanej w południowym słońcu polanie. Westchnęła krótko i cicho. Nie była pewna, czy scena, jakiej doświadczyła chwilę temu, wydarzyła się naprawdę. Nie należała też do osób obawiających się mrocznych sił. Towarzyszyła jej tylko irytacja spowodowana niewiedzą, a świadomość, że całe jej życie mogło być zabawkową kością rzucaną przez jakąś istotę wyższą, doprowadzała ją do granic rozżalenia. 
Tym razem bez ociągania się podeszła do Chavaca i nawet nie wiedziała, kiedy przy nim kucnęła. Odruchowo ułożyła go na plecach i wsunęła dłoń pod jego głowę, by upewnić się, czy nie jest uszkodzona. Na jego szczęście, ziemia w pobliżu strumienia była od zawsze miękka, żyzna i pokryta gęstą trawą. Naliaka przyglądała się nieprzytomnemu obliczu blondyna, które nawet teraz wydawało się zmęczone. Poważnie zastanawiało ją, czy stracił przytomność z tego samego powodu, z jakiego ona przez moment nie czuła się sobą. Jednocześnie odniosła wrażenie, że nie ma ochoty rozmawiać o tym z kimś nowo poznanym. Nie wyznała tego nawet Qelezarrowi, gdy ten zapytał ją na osobności o przyczyny częstej utraty kontroli. 
Westchnęła raz jeszcze, tym razem ciężej i dłużej. Przysiadła na klęczkach i ułożyła sobie Chavaca na nogach zakrytych płótnem sukni, która teraz podwinęła się i odsłaniała łydki. Czekała, aż mężczyzna się obudzi, jednocześnie zerkając wrażliwym na ruch okiem w stronę leśnej gęstwiny. 
Po kilku minutach sposób oddychania nieszczęsnego blondyna zmienił się. Wężowata spodziewała się, że odzyskał już przytomność, ale nie odezwała się ani też nie zmieniła pozycji, by go nie niepokoić. Spodziewała się nagłej reakcji. I nie pomyliła się. Gdy tylko otworzył oczy, jego źrenice rozszerzyły się, a on sam napiął mięśnie i zerwał się z jej kolan, zanim chyba był w stanie zrozumieć, co tak naprawdę się stało. Nie zaskoczyło to Naliaki. Obserwowała go ze spokojem, nadal przysiadując na kolanach. Miała już nieco zdrętwiałe łydki, ale nie przeszkadzało jej to. Długotrwałe przebywanie w formie gorgony zdążyło osłabić nogi kobiety o wiele bardziej, niż mogłoby je uszkodzić przesiadywanie na łydkach. 
- Wszystko w porządku? – zapytała spokojnie, ze swoją zwyczajową obojętną miną. 
Mężczyzna kiwnął głową i obrócił się przodem do niej. Przyglądał jej się przez chwilę. Najprawdopodobniej próbował pojąć fakt, iż leżał na udach gorgony. A raczej bazyliszka, lecz o tym nie mógł wiedzieć. 
- Długo byłem w tym stanie? Nie czuję się komfortowo z tym, że widziałaś co się ze mną dzieje, podczas tej jednej minuty… 
Wężowata natychmiastowo uniosła jedną brew. 
- Minuty…? Tak, zapewne. – Uśmiechnęła się jednym kącikiem ust. Wstała i poprawiła sukienkę. – Często tak ci się dzieje? – Przestała się uśmiechać i spojrzała na niego czujnymi oczami. 
Miała dość czasu, by przemyśleć całe zajście i dojść do wniosku, że jego omdlenie nie zostało wywołane przez chorobę. A przynajmniej nie tylko przez to.

<Chavac?>

czwartek, 4 kwietnia 2019

Z naszego świata zniknęły dusze I

Nie popadajcie jednak w żal i rozpacz, zapadli w wieczny sen, który przyniósł im ukojenie.




Template by...