niedziela, 17 marca 2019

Od Insaniego do Saber - Głębiny

- To naprawdę wszystko na cię stać? - Zapytał chłopak uśmiechnięty od ucha do ucha, a przed nim leżał mag. Był to już bardzo stary mężczyzna, praktycznie łysy, ale z długą siwą brodą, przynajmniej miał taką przed walką, teraz została już przycięta.
- Uhh… Żałosny potwór… - Wysyczał przez zęby staruszek i spróbował się podnieść na równe nogi, ale szybko z powrotem znalazł się na ziemi. Obecnie byli jedynymi osobami w pomieszczeniu. Było to podziemne laboratorium starego maga. Obecnie ciężko by było to rozpoznać, w końcu chłopak przed nim bardzo lubił niszczyć wszystko w zasięgu wzroku.
- Mówisz że jestem żałosny, ale to ty przecież umierasz, kto tu jest niby żałosny? - Zapytał chłopak i ponownie się roześmiał, naprawdę bawiła go ta sytuacja. - I co teraz? Byłeś taki pewny siebie, naprawdę liczyłem że pokażesz mi coś ciekawego. - Westchnął zrezygnowany i zamachnął się swoją bronią, pozbywając się całej krwi z ostrza.
Tracąc zainteresowanie konającym wrogiem, chłopak zaczął się rozglądać po tym co zostało z laboratorium, choć nie zostało tego wiele. Podniósł dziennik i jakby nigdy nic zaczął go przeglądać, nie zwracając nawet że autor owego dzieła zabija go wzorkiem.
- Haha, całkiem niezłe badania tu prowadziłeś. - Odezwał się chłopak po kilku minutach lektury. - Kto by pomyślał że taki szarak jak ty, będzie w stanie wpaść na coś takiego? - Przeczytał jeszcze kilka następny stron i dziennik został wchłonięty przez jego ciało.
- Ktoś ci to zlecił? Kradzież moich badań?! - Pomimo swojego nieciekawego stanu, kiedy tylko pomyślał że ta katastrofa, która stała przed nim i uśmiechała się do niego, została spowodowana przez czyjąś chciwość, poczuł jak jego ciało ogarnia nowy przypływ siły.  - Kto ci to zlecił?! Gadaj!!! - Jakimś sposobem udało mu się podnieść na równe nogi, choć wyglądał jakby mógł się przewrócić w każdej chwili.
- Ej, ej ej. Spokojnie, zagalopowałeś się trochę. - Powiedział chłopak powstrzymując śmiech. - Nikt mi tego nie zlecił, jest tylko jeden powód dla którego to wszystko cię spotkało, chcesz wiedzieć? - Pomimo tego że znał odpowiedź i tak postanowił zapytać.
Mag nic mu nie odpowiedział, tylko patrzył na niego wzrokiem jakby chciał go rozerwać na strzępy. Chłopak podszedł do niego spokojny krokiem, przytrzymał go za ramiona i najzwyczajniej w świecie wyjawił swój powód.
- Ponieważ uznałem że tak będzie interesująco. - Wyjaśnił, to w taki sposób jakby właśnie opowiadał o pogodzie która nie zmienia się od kilku dni. Staruszek zamarł. Tak bardzo chciał się dowiedzieć co było powodem tej katastrofy która na niego spadła. Chciwość? Nienawiść? Może złamał jakieś święte prawa i to miała być jego boska kara? Nie. Jedynym powodem był kaprys jakiegoś, w jego mniemaniu, dzieciaka który miał siłę by robić co mu się podoba. Jego umysł w tej właśnie chwili, rozsypał się. Chłopak puścił jego ramiona, a ten upadł na podłogę. - No cóż, mam nadzieję że zaspokoiłem twoją ciekawość. A teraz żegnam. - Odwrócił się i pomachał mu na pożegnanie, nie zainteresował się nawet tym, by go dobić.
- Hahahaha! - Kiedy chłopak już miał wyjść, nagle rozległ się głośny śmiech, stary umierający z wykrwawienia mag, śmiał się jakby jutra miało nie być. No cóż, w jego przypadku to prawda. - Chciałbym ci powiedzieć naprawdę wiele rzeczy, ale… - Zaczął rozmowę i ponownie podniósł się na równe nogi, tym razem jednak stał tak, jakby nic mu nie było. - Nie sądze by cokolwiek do ciebie dotarło, dlatego właśnie… Pozwolę ci zobaczyć wyniki moich badań. - Skończył mówić i złączył razem dłonie. W następnej chwili przestrzeń w całym pomieszczeniu zaczęła się rozpadać, a razem z nią ciało i dusza maga. - Mam nadzieję że spotka cię najgorszy możliwy dla ciebie los. - Dodał tylko i rozpadł się, a sekundę po nim, rozpadła się przestrzeń.
Chłopak który jeszcze chwilę temu był w laboratorium , teraz wędrował gdzieś w przestrzeni, chwilę później poczuł że wylądował gdzieś na kamieniach. Chciał się podnieść, lecz zanim zdążył to zrobić, usłyszał nad sobą kobiecy głos.
- Żyjesz?


< Saber? >

Od Nessy do Insaniego - Początek wycieczki i szczur...

Gdy mężczyzna kazał mi się sprawdzić jako kucharka, myślałam że zwariuję. Cały czas coś, jednak postanowiłam tak szybko nie odpuszczać. Po rozbiciu obozu, przygotowałam co mogłam i zasiedliśmy do kolacji. Przyznam, że widok jak w ekspresowym tępię rozbił obóz, rozpalił ognisko i zapewnił nam bezpieczeństwo było czymś zdumiewającym. Legendy o tym nawiedzonym miejscu były prawdy, ale widząc chłopaka nie dziwiłam się że potrafi przeżyć. Widocznie życie  w tym lesie tak go nauczyło. Im więcej czasu z nim spędzałam tym bardziej byłam zafascynowana. Obserwowanie go sprawiało mi dużo frajdy, a on przynajmniej miał jakąś rozrywkę. Łaskawie zgodził się na moje towarzystwo - oczywiście pod warunkiem, że będę mniej upierdliwa. Przez kilka dni wędrowaliśmy, polowaliśmy a nawet zdołaliśmy pokonać kilku rabusiów. Chodź bardziej on to robił bo nie dał mi się pobawić. Często ignorował mnie albo wyśmiewał za powolne tempo.
-Ale ja nie jestem takim potworem jak ty! - Tak zazwyczaj brzmiała moja odpowiedź, gdy narzekał na mnie. Kolejnej nocy znów zaciągnął nas na inny kraniec lasu by rozbić obóz." Nigdy w tym samym miejscu, w krótkim odstępie czasu." - To była jego jedna z zasad. Nie dziwię się, zwłaszcza że pewnie nie mam pojęcia jeszcze o połowie rzeczy jakie mogą znajdować się w tym lesie. Jednak ta noc miała być inna. Po kolacji, natychmiast ułożyliśmy się do snu. Dzień był męczący, a w ostatnim czasie odpoczynku mało. Wzięłam pierwszą wartę, jednak nie mogłam dotrzymać jej do końca. Pomimo mojego pragnienia zostania tu i dalszego obserwowania Insaniego musiałam uciec. Przez chwilę zapomniałam czemu wędrowałam. W końcu stwierdziłam, że zanim będę mogła alej mu uprzykrzać życie to muszę pozbyć się mojego ogona. Zebrałam moje rzeczy do torby i przerzuciłam przez ramię. Nie wiem czy ciemnowłosy już się obudził, ale jeśli tak to nie dał tego po sobie poznać. Uśmiechnęłam się i ruszyłam przed siebie.
-Jeszcze się kiedyś zobaczymy, obiecuję..


<Koniec wątku>

wtorek, 12 marca 2019

Nowa Postać - Naliaka Cerentio

✰ Naliaka || 86 lat || Wężowata (Bazyliszek) ✰
" [...] Rozwścieczony szlachcic podszedł do Naliaki i pociągnął za koronę na jej głowie z zamiarem wydarcia jej z kobiecego posiadania, lecz zamiast ją ściągnąć, pociągnął ją w dół i uderzył głową kobiety o stół. Może i uderzyłby kolejny raz, gdyby nie okrutny, dobywający się z głębi duszy potwora warkot. Puścił i cofnął się, niepewny, czy powinien od razu sięgnąć po miecz i odciąć Naliace głowę, co było błędem kosztującym go życie. Leżąca twarzą na stole kobieta zaparła się dłońmi o blat, ujawniając prędko przemieniającą się, wężową skórę oraz rosnące pazury, a następnie uniosła głowę. Jej usta nienaturalnie poszerzyły się, ociekały śliną, krwią i kwasem topiącym drewno oraz złoto, a w środku skrywały zęby przypominające szpile. Mebel wraz ze wszystkimi, bezwartościowymi w obliczu śmierci kosztownościami został odepchnięty przez ogromny, prędko wypełniający salę ogon, jaki wyrósł ze złączonych nóg jasnowłosej. Powietrze wypełniło się rykiem potwora i krzykiem człowieka, chociaż z perspektywy czasu trudno powiedzieć, które z nich było większym potworem; zaś podłogę wypełniło drewno niegdyś znamienitych stołów, złoto oraz wnętrzności stopione do krwi przez kwas gorgony. Niewiele lepszy los spotkał mieszkańców dworka Inushiego; z fioletowym kryształem w dłoni, pod osłoną nocy, gorgona wyważyła drzwi swoim cielskiem, zmiażdżyła i zadusiła służbę, a Inushiemu nie pozwoliła na przemyślenie swojego błędu ani na błagania, na które ona również nie otrzymała zezwolenia – powiesiła brata na wymyślnych, diamentowych hakach na ubrania. Los jego żony i dziecka oficjalnie pozostaje nieznany, jednakże Naliaka dobrze pamięta co się wydarzyło – czerwonowłosą Żmiję zatopiła we własnym kwasie, unosząc ją owiniętą wężowym ogonem i wymiotując, aż z jej kości nie zostało zupełnie nic, zaś odnalezione w kołysce dziecko… połknęła w całości.
Po dokonaniu swej zbrodni uciekła do zapadliska, gdzie przebywała przez kilka lat, ucząc się panowania nad wężową naturą. Później udała się na pustynię Dey’Siento, gdzie dołączyła do reszty wężowatych z plemienia Teyc’an."

poniedziałek, 11 marca 2019

Od Saber - Głębiny

Saber siedziała sobie na klifie, tuż nad przepaścią do wody. Odpoczywała po długiej wędrówce. Była w tylu miejscach, zdobyła tyle pamiątek i skarbów, oraz zobaczyła dużo więcej niż, by przypuszczała. Teraz przyszedł czas na odpoczywanie. Jej oczy były skierowane na rzeźbę tuż nad zamkiem. Dwa piękne białe ptaki. Wyglądały jakby miały zaraz odlecieć. Takie majestatyczne i dostojne.
- Królestwo Pre'Kharna. - powiedziała do siebie. Przyglądała się im, dopóki nie usłyszała głosu... Oceanu wzywał ja. Błagał o pomoc. Nie mogła, tak o zostawić swojego domu. Wyskoczyła do wody. Zanurzyła się głębiej i poczuła jak woda, otula jej ciepłe ciało. Nóżki zniknęły, a w ich miejsce pojawił się piękny długi ogon.
Miała obręcze przy końcu ogona, piękne i delikatne, choć mocne płetwy. Jej ogon też był zakończony jedna płetwa, inaczej niż u innych syren/trytonów. Takie niecodzienne.
Ruszyła w głębiny. Musiała, sprawdzić co się dzieje z oceanem. W wodzie porusza się tak szybko i bardzo zwinnie. Jakby ocean nadawał jej prędkości.
Na miejscu była już po kilku minutach, okazało się, iż w głębi oceanu, kryje się coś, czego nawet sam ocean nie wiedział. Zbliżyła się znacznie bliżej, ale nie chciała wpływać. Nie była co do tego taka pewna.
Na nowo usłyszała wołanie oceanu, jego płaczliwy ton. Ten lament i to jakby chciał, wpaść w jej ramiona i się przytulić.. Wiedziała, iż nie może dłużej czekać. Musi działać.
- Ocean jest po twojej stronie. Gdy mu pomożesz, on pomoże ci. - usłyszała głos swojej matki. Tak dawno go nie słyszała. Był taki odległy, choć wydawał się jakby była tuż przy niej. Zapewne to dzięki oceanowi.
Uśmiechnęła się, a tuż po chwili wpłynęła do podwodnej groty, po czym wynurzyła się na powierzchnię. Powoli i bardzo ostrożnie spoglądała czy, aby na pewno jest bezpiecznie. Pociągnęła się na brzeg, a wówczas mogła odkryć ogon piaskiem, by nieco wciągnął piasek jej wilgoć. W międzyczasie oglądała wnętrze jaskini. Oświetlały ja kryształy i stalaktyty. Były także wodne świecące żyjątka. Jak z jakiejś legendy o zaginionym świecie.
Gdy ogon został osuszony, pojawiły się nogi, a ona mogła wstać. Choć tyle, że ma na sobie ubrania. Powoli zaczęła kroczyć dalej, tak jakby kryształy wiedziały, że przyjdzie. Uśmiechnęła się i powoli kroczyła ostrożnie dalej. Wówczas zobaczyła światło. Był także portal z boku i rozciągający się widok. Jakby z bezludnej wyspy. Było też światło, jakby krater wulkanu, ale nie było lawy, tylko woda i jakby wnętrze ziemi ogrzewało to tajemnicze miejsce. Chciała przejść przez portal, by zobaczyć, dokąd może ją zaprowadzić. Jednakże była zbyt bardzo oczarowana tym miejscem, by gdziekolwiek iść dalej.
Sufit był przy ozdobiony sztucznym słońcem oraz kryształami. Był lasek, z nienaturalnym kolorem drzew. Różne kwiaty, wodospady, jezioro, oraz gejzery. Występowały też zwierzęta, rozmaite.
Saber ruszyła powoli schodami, które były w skale i ruszyła przed siebie, by po rozglądać się po okolicy. Stanęła, gdy zobaczyła jakiegoś ludzkiego osobnika. Kucnęła nieopodal i wzięła, patyk delikatnie go dotykając.
- Żyjesz?

<Ktoś?>

niedziela, 10 marca 2019

Nowa Postać - Chavac Vael

✰ Chavac || Między 21 a 25 rokiem życia || Oświecony ✰
"[...] Głosiły legendy, że włamuje się do domostw i wykrada dzieci w bardzo młodym wieku, że one nigdy nie wracają, chociaż ostatnia z tych rzeczy jest jednak prawdą. Żadna z jego zdobyczy jeszcze nigdy nie uciekła. Na tej liście znalazł się jeszcze jeden z jego braci. Już kilka dni wcześniej wiedział czego użyje by zadać mu jak największe cierpienie, w jaki sposób i czym odetnie mu kończyny by później pożywić się jego mięsem. Porwał pod osłoną nocy rodzonego brata i z dużym impetem cisnął nim o ostry kamień w mrocznej grocie. Bez trudu przywiązał go do kołków mocno wbitych w ziemie. Przerażona ofiara zaczęła krzyczeć jednak on szybko ją zakneblował. Wepchnął mu do gardła pukiel starych włosów tak by ten skutecznie się uciszył. Przerażenie jakie malowało się na jego twarzy było czymś cudownym dla oprawcy. Aby jego braciszek zobaczył po raz ostatni z kim zadarł, zdjął opaskę zasłaniającą jego twarz. Ukazała się jego blada cera i czerwone oczy przepełnione nienawiścią. Jura wiedział kim owy mężczyzna jest. Zepsute chorobą dziecko teraz okazało się jego największym koszmarem. Przez to jak zaczął się nerwowo majtać i przełykać ślinę zaczął dławić się garścią włosia wciśniętego w jego przełyk. Chavac ukrył tam mały haczyk, który powoli rozdzierał wnętrze jego braciszka. Patrzył jak ten próbuje coś zrobić by to wyciągnąć. Zarechotał tylko a następnie unosząc wysoko tępą siekierę, odciął mu nogę pod kolanem. Bez najmniejszych skrupułów podniósł świeży kawał mięcha z wylewającą się krwią i zwisającymi żyłami po czym wgryzł się patrząc jak zwierzyna z obrzydzenia wymiotuje a następnie dławi się swoimi rzygami. Po wielu godzinach cierpienia serce Jury stanęło, a roześmiany od ucha do ucha mężczyzna konsumuje resztki jego ciała."

niedziela, 3 marca 2019

Od Zorka do Ignis - Ognisty taniec/Porażka dołuje, doświadczenie wzmacnia

Nie minęło sporo czasu od ucieczki dwóch dziewczyn, w tym tego śmierdzącego feniksa. Zastanawiałem się dlaczego ja ją w ogóle zaatakowałem? Nie mam czasu na jakieś bzdety by przejmować się randomowym feniksem, który i tak zaraz zginie od paszczy tego lodowatego jaszczura. Po sprzeczce smok nawet na mnie nie spojrzał a był wręcz wkurwiony całą tą sytuacją, widocznie gadzinka nie miała dobrego kontaktu z feniksem... Więc się zaczęło, zawsze jak smok gania za feniksem lub inną zdobyczą to rozpoczyna się rywalizacja o nazwie "kto pierwszy złapie ofiarę, ten wygrywa". I tak właśnie było ze mną... Smok odleciał tą samą drogą, którą uciekły obie dziewczyny. Warknąłem do siebie i zacząłem się rozglądać by móc wydostać się z krzaków w których niemalże utknąłem przez tę dziwkę, jezu jak ja siebie nienawidzę. Po dłuższej szarpaninie udało mi się uwolnić z sideł natury i z szybkim pędem zmieniłem się w smoka i zacząłem tropić moją ofiarę, jednak wolałem być bardziej chytry niż ten kurwa biały pedał ze skrzydłami. Zapach przyciągnął mnie do mniejszej części lasu, do
takiej części gdzie zwykły smok sobie po prostu nie wejdzie gdyż jest za gruby w biodrach.
Wróciłem do ludzkiej formy i zacząłem się powoli zbliżać ku zdobyczy, nadal nie wiedziałem po co mam to robić... Widocznie mi się nudziło a rywalizacja o ofiarę tętniła swoim życiem w moim umyśle. "To co chodzi, trzeba zabić" wmawiałem sobie, coraz gorzej się czując z tym, że chodzę w takim lesie, gdzie można łatwo dostać klaustrofobii. Po chwilowym spacerku w moich butach poczułem coś o wiele gorszego... WODĘ?! Od razu się odsunąłem z lekkim zawałem serca, myślałem że zaraz płuca wypluję przez nagłe oddychanie. Przez taką mniejszą część lasu nawet nie zauważyłem, że dotknąłem stopą tafli rzeki. Już lepsza śmierć z rąk mojego ojca niż zawał przez jebaną wodę. Rozejrzałem się czy nie ma jakiegoś mostka lub kamieni by móc chociaż przeskoczyć z jednego na drugi, ale oczywiście pech mnie kochał. Rzeka nie była rwąca więc z łatwością mógłbym przejść, w myślach zacząłem się modlić do Stwórcy żebym nie zaliczył zgona przez głupią wodę. Zanurzyłem delikatnie swój but i powolnymi krokami zacząłem przechodzić na drugą stronę, z moim szczęściem zaczęło się robić odrobinę głębiej co sprawiało u mnie większe mdłości. Po przejściu przez wodę złapałem oddech i zacząłem się uspokajać, to nie było dla mnie lada wyzwanie...
Końcem końców, znów zacząłem iść zapachem obu samic, które wpadły w niezłe sidła... W
końcu znalazłem je przed wielkim jaszczurem, który miał zamiar dokończyć swoją zemstę. Zacisnąłem pięść i zgodnie ze smoczą naturą, miałem prawo zaatakować swojego pobratymca i nawet go zabić. I to też zrobiłem. Rzuciłem się na niego jako smok i zaczęła się istna rzeźnia, zacząłem swoimi szponami drapać jego ciało a ten wbijał swoje kły tam gdzie popadnie. Nie skończyło się tylko na drapaniu i gryzieniu, ja swoim całym ciałem próbowałem bić jaszczura, który wbił mi po czasie kły w szyję przez co nie mogłem się wydostać... Do czasu. Biały smok nagle poluzował swój uścisk i przewrócił się z nagłym rykiem, spojrzałem na niego zauważając wbitą strzałę między jego pyskiem a okiem, nie tylko jemu się oberwało. Feniks, który miał zostać moją ofiarą przestrzelił mi oko jedną ze swoich strzał, przez co nie mogłem złapać równowagi. Dziewczynom tym razem udało się uciec...

<Ignis?>

sobota, 2 marca 2019

Od Hasharian do Riny - A więc tak/Poszukując celu

Na moje policzki wdał się wielki, czerwony niczym dorodny pomidor, rumieniec. Nie spodziewałam się Kirana wbiegającego do tego pomieszczenia o poranku. To zdecydowanie była najbardziej dziwna sytuacja jaką dotychczas przeżyłam i zdecydowanie najbardziej żenująca. Przerwało to mi i Rinie miłosne zaloty. Obie szybko się ubrałyśmy. Zaniepokoiło mnie zachowanie mężczyzny i jego szybka ucieczka z pokoju, nie wydawał się przecież zbytnio przejęty całą sytuacją, którą tutaj zastał. Myślę, że widział coś co niestety często zwodzi tutejszych przybyszów, a jeśli mam racje Kiran jest w ogromnym niebezpieczeństwie. Złapałam ukochaną za rękę i wbiegłam na schody. Myślałam, że nigdy się nie skończą, jednak w końcu dotarłyśmy do wyjścia. Oślepił nas blask promieni słonecznych. O mało się nie wywróciłam, zawsze tak jest kiedy na chwilę tracę wzrok. Niby powinnam się przyzwyczaić do połowicznej ślepoty ale jednak czasami czuję jakbym miała obie pary oczu. Nerwowo wbiegłyśmy do lasu chcąc jak najszybciej znaleźć towarzysza. Rina pobiegła w jedną stronę, a ja w drugą, chociaż przyznam, że nie był to najlepszy pomysł na świecie. Elfy miały poniekąd dar do wyczuwania energii innych istot, a zatem ja czułam te których nigdy nie chciałabym spotkać. W pewnym momencie biegu odbiłam się od kogoś po czym upadłam na ziemię. To był on, nasz ucieczkowicz.
- Kiran... - zaczęłam ledwo łapiąc powietrze - Mógłbyś tak więcej nie znikać bez słowa? Ten las roi się od niebezpie...
Nie zdążyłam dokończyć a za mężczyzną stanął gigantyczny stwór. Nie zdążyłam nic powiedzieć bo oboje z nas powalił swoją wielką łapą. Kiedy nas zabierał posłałam tylko głuchy krzyk w wielką, leśną przestrzeń.
Obudziłam się przykuta do ściany metalowymi łańcuchami. Rzekłabym, że widziałam już kiedyś to miejsce, ale nie wiem czy przy tym bym nie skłamała. Może o tym czytałam? Sama już nie wiem, lochy jak lochy, co na znowu bredzę. Rozejrzałam się dookoła. Kiran wisiał prawie obok mnie. Jego ciało było pokryte świeżymi ranami...musiałam chyba coś przegapić. Najwyraźniej całkiem przypadkiem, w wyniku niefortunnych zdarzeń i ucieczki wielkiego odkrywcy świata trafiliśmy do niewoli jakiś dzikusów. Fantastycznie...dopiero po chwili poczułam jakbym została ugodzona co najmniej kilka razy jakimś tępym nożem. Po mojej sinej nodze spływała krwisto czerwona ciecz, zemdlałam.

<Rina?>
Template by...