czwartek, 28 marca 2019

Od Riny do Kirana - A więc tak/Poszukując celu

Minęły już godziny odkąd się rozdzieliliśmy, nie byłam pewna czy to dobry pomysł by zostawiać Hash samą w tym lesie... No, ale cóż... Tak wybrało przeznaczenie. Szwędałam się gdzieś za lasem próbując wytropić gdzieś tego mieszańca, który uciekł z ruin nie patrząc na niebezpieczeństwo. Boże... A mogłam po prostu go zabić i by nie było problemu. Doszłam do dróżki, której jeszcze nigdy tu nie widziałam. Zaciekawiona poszłam jej śladem, aż doszłam do wniosku, że poznaje okolice. Nie wiedziałam jednak skąd ze względu, że czułam bardziej takie deja vu. Droga była jednolita, prowadziła w stronę innych ruin. Nie byłam pewna, gdzie dokładnie jestem ani dokąd zmierzam ale coś kazało mi iść ku ponurym zgliszczom. Czułam bardzo duży niepokój kiedy tylko przechodziłam przez "opuszczone miasto", które wyglądało przerażająco pomimo, że nikogo tu nie było, co było jeszcze bardziej straszne niż się spodziewałam. Pierwszy raz poczułam taki mocniejszy strach, nigdy nie sądziłam że taki niepewny niepokój zamieni się w coś bardziej niepokojącego. Czułam jak coś za mną chodzi, jednak nie wiedziałam do końca co. Chwyciłam ręką za sztylet, który miałam w pochwie i wolałam jednak mieć go blisko siebie na wypadek gdyby jednak coś mi wyskoczyło na twarz, jeszcze ten śmiech tego pieprzonego cwela w moim ciele...
Po wędrówce dopiero po chwili ujrzałam, że poznaję te miejsce, były to ruiny Calenhad ale dlaczego ich wcześniej nie poznałam? Zaczęła mnie boleć głowa przez ten stres, jednak nie przeszkodziło mi to w dalszej wyprawie. Zaraz za ruinami zauważyłam ścieżkę, która prowadziła do jakiejś krypty. Dość śmierdziało mi tutaj tym skunksem, którego poznałyśmy ze Słowikiem. Otworzyłam kryptę i postanowiłam zejść niżej. Okazało się, że właśnie dostałam się do lochów jakimś innym wejściem. Na ziemi zobaczyłam krople krwi, które należały do innej osoby, spojrzałam w górę i zauważyłam wisielca, który miał wiele cięć na całym ciele. Pokręciłam głową i ruszyłam dalej, miałam delikatną nadzieję że jednak z Kiranem wszystko dobrze. Idąc dalej wyczułam, że nie jestem tu sama... Bardzo szybko schowałam się za jakąś ścianą, z drugiej strony wyszło paru mężczyzn przebranych w dziwne stroje. Zaczęłam im się przyglądać, zauważyłam że odprawiają jakieś kurwa modły do jakiejś celi. W mgnieniu oka dostrzegłam posturę mężczyzny, był to Kiran, jednak prawie coś mi umkło... Obok Kirana była jeszcze jedna osoba, której nie mogłam dostrzec tej osoby. Jeden z gangu debili podszedł do celi z ostrym sztyletem. Wyczułam krew, która skapła z jednej ofiary z celi, olśniło mnie kiedy tylko poczułam zapach... Ta krew należała do Hasharian. Zacisnęłam pięść, że właśnie ktoś ją jak kolwiek skrzywdził... Ogarnęło mnie całe piekło, przez adrenalinę właśnie przemieniłam się w krwiożerczą bestię, która zaatakowała grupkę ludzi. Doszło do takich rękoczynów, że każde ciało rozrywałam na części, flaki jak i inne organy były porozrzucane po całym korytarzu zaś dwójka z nich straciła łby. Po ratunkowej akcji doszłam do siebie, po napadzie szału nie zauważyłam że owe debile właśnie poharatały mi ciało w bardzo ostry sposób, mój żołądek był podziurawiony przez dźgnięcia nożem a ramiona były całe pocięte. Podeszłam do pomieszczenia gdzie wisiały dwa gamonie... To był moment mojej słabości, słabości strachu że mogę stracić osobę mojego życia... Udało mi się ich ściągnąć jednak musiałam się bardzo spieszyć, nie wiadomo kiedy wróci reszta tych dzikusów a właśnie miałam dwie nieprzytomne osoby... No świetnie.
Próbowałam jakkolwiek dobudzić Kirana bo był o wiele mniej ranny niż Hasharian, cudem mi się to udało...

<Kiran?>

Od Ignis do Lucy – Porażka dołuje, doświadczenie wzmacnia/Ognisty taniec

Zastanawiałam się, czy nadejdzie ten dzień, w którym nie będę musiała przed nikim spierdzielać. Na razie nic na to nie wskazywało – co gorsza straciłam moje dwie ostatnie strzały, przez co naszą jedyną bronią stały się noże i własne pięści. A to na jednego rozjuszonego smoka za mało, nie mówiąc już o dwóch. Zatrzymałyśmy się dopiero, kiedy nie mogłam już złapać oddechu. Moje niedawne odrodzenie dawało o sobie znać za pomocą obniżonej sprawności fizycznej, w tym wytrzymałości. Musiałam się oprzeć drzewa bo wątpiłam, że Lucy mnie da radę utrzymać biorąc pod uwagę, że sama była tym wszystkim zmęczona.
- Kurwa… mać… ile… jeszcze… - wydyszałam, nabierając powietrze po każdym wyrazie.
Lucy nic nie powiedziała, poprawnie wyczuwając w mojej wypowiedzi pytanie retoryczne. Moje nogi niekontrolowanie zaczęły się trząść. Resztki adrenaliny już całkowicie opuściły mój organizm. Całkowita utrata sił była już tylko kwestią czasu, którego nie zostało mi za wiele. Że też te jebane jaszczury musiały nas w tamtej chwili znaleźć.
- Ignis? Czy…
- Nic mi nie jest – warknęłam.
Nienawidziłam litości, gdyż kiedy ktoś mi ją okazywał, docierało do mnie jak słaba jestem. Bezużyteczna. Zacisnęłam mocno pięść, próbując zagłuszyć to uczucie, które powodowało u mnie chęć oddania się w łapy tej paskudnej lodówce. Ostatecznie zaczęłam swoimi pięściami bić w pień drzewa. W głowie ciągle miałam słowa wszystkich feniksów z gniazda.
- Odmieniec… bezużyteczna gówniara… - poczułam jak coś a raczej Lucy łapie mnie za nadgarstek, uniemożliwiając wykonanie kolejnego uderzenia.
Pozwoliłam jej aby zmusiła mnie do siadu pod drzewem i dałam jej obejrzeć moje zakrwawione dłonie. Sówka niewiele myśląc, sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej skrawki materiałów, którymi szybko opatrzyła moje świeże rany.
- Co to było?
- Nic…
- Ignis? – dociekała zmiennokształtna.
Milczałam, nie patrząc na nią, nie byłam w stanie. Ostatnie wydarzenia uświadomiły mnie jak bardzo brązowowłosa się naraża, ciągle będąc przy mnie. Szczerze, gdyby się odłączyła to smok nie poszedłby za nią. W końcu to na mnie poluje i każdy kto spędza ze mną dłużej czas, przestawał być bezpieczny. Do tego dochodziły moje wybuchy złości.
Tylko westchnęłam i podniosłam rękę do góry, dając towarzyszce znak, że chce wstać. Lucy bez problemu zrozumiała przekaz i chwilę później, stałam na własnych nogach z niewielką jej pomocą.
- Smok lodu nie zaatakuje nas za szybko. Będzie czekał, aż jego oko się zregeneruje i dopiero wtedy, wróci do gry. Ten drugi raczej też nie powinien się chwilowo uaktywniać. Mamy możliwość aby chwilę odsapnąć – powiedziałam spokojnym jak na siebie głosem.
- Co proponujesz?
- Znajdźmy jakieś miejsce i zatrzymajmy się na kilka dni. Musimy odpocząć i uzupełnić zapasy oraz strzały. Później pomyślimy co dalej.

<Lucy?>

niedziela, 24 marca 2019

Od Chavaca do Naliaki - Bo do kąpieli trzeba dwojga

- Nie wiem kim jestem. O mojej chorobie wiem tylko tyle, że kiedy pożywiam się ludzkim mięsem cofa się ona do takiego momentu, który nie utrudnia mi życia. W przeciągu ostatnich lat, w najgorszym przypadku, rzygałem krwią widząc przy okazji rzeczy, których wcale nie było. - nie czuł potrzeby utajania jego choroby, po prostu nigdy nie miał komu opowiedzieć co tak naprawdę zjada go od środka.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie jesteś człowiekiem? - zapytała, mierząc go wzrokiem od stóp do głów. - Rozpoznałabym ludzki zapach. Nie umiem ci pomóc, ale... - Przez chwilę się zastanawiała nad tym, co następnie miała powiedzieć. - Mogłabym cię zabrać do kogoś, kto powinien wiedzieć, kim jesteś i co ci dolega. A jakby nie wiedział, to wreszcie miałabym okazję do podważenia jego kompetencji. - Uśmiechnęła się krzywo. - Jest dumny jak cholera, ale zgaduję, że to przywilej wężowatych mężczyzn. - Westchnęła cicho. - Jako potwory, są słabsi od kobiet. Ale za to potrafią nad sobą panować. Nad ciałem, nad umysłem. Niech nie zwiedzie cię to, że jesteśmy pustynnym plemieniem. Wątpię, czy gdziekolwiek znajdziesz lepszych medyków i alchemików, jeśli nie będzie ich u wężowatych.
- Tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem człowiekiem. Nigdy jednak nie szukałem informacji na swój temat. Nie potrzebowałem tego. - wzruszył ramionami jakby z obojętnością na swój dotychczasowy los - Ale jeśli mam szanse by dowiedzieć się kim tak naprawdę jestem i co mnie dręczy, to czemu by nie? Powiedzmy, że cieszę się iż twój przyjaciel raczej nie będzie próbował mnie zmiażdżyć swoim cielskiem, tak jak Ty.  - puścił jej oczko po czym sięgnął do torby po notatnik. - Zechcesz mi opowiedzieć nieco więcej o swojej rasie? - pokazał jej mnóstwo zapełnionych stron, które zawierały dokładne informacje o każdej rasie z którą miał styczność, oraz bardzo szczegółowe zarysy wyglądu owych przedstawicieli.
- Ta... nie będzie próbował... - potwierdziła dziwnym, trochę ironicznym tonem. - Cóż więcej mogę ci o nas powiedzieć? - Spojrzała na notatnik. - Zdarzyło ci się poznać naszą siłę. Widzisz też, jak wyglądam ja. - Podniosła rękawy, ukazując wężową skórę na rękach, po czym opuściła je i wysunęła do przodu stopę z identyczną przypadłością. - Ale nie zawsze przeklęci mają cechy węży. To jest klątwa, ale rozwija się podobnie do choroby. A ze wszystkich rzeczy, o jakich jeszcze powinieneś wiedzieć, jest kwas. Kwas żołądkowy jest naszą główną bronią, a nie siła. Człowiek oblany naszym kwasem topi się żywcem, a po niecałej minucie zostają tylko odsłonięte kości. - Uśmiechnęła się krzywo. - Jeśli chcesz wiedzieć więcej o naszej kulturze, to musisz udać się na pustynię. Teyc'an nie są zbyt gościnni, ale zazwyczaj jest to kwestia gorgon. Dam ci radę. Nie próbuj atakować gorgony na naszym terenie. Niezależnie od twoich intencji, Teyc'an cię za to zabiją. W naszej kulturze kobiety znajdują się wyżej od mężczyzn. - Zaśmiała się krótko i wrednie. - Jakże odmiennie od reszty cywilizowanego świata, czyż nie?
- Zdążyłem zauważyć, jak tutejsi mężczyźni traktują kobiety. Niezbyt mi się to podoba, ale cóż ja mogę zrobić? Zabić oprawce, by kobieta miała jeszcze gorzej? Szlachta jest bezwzględna. Widziałem jak mój ojciec traktował kobiety. Byłem tylko kilkuletnim chłopcem, bez wystarczającej siły w małych, słabych dłoniach. - Westchnął, bardziej ze zrezygnowania niżeli niechęci. Miał dziwne wrażenie, że kobieta tylko czekała aż wspomni coś o rzekomej wyższości mężczyzn. On sam nie miał żadnych doświadczeń jeśli chodzi o płeć przeciwną stąd niektóre jego zachowania mogły podchodzić pod flegmatyzm. - Nie przeszkadza mi odmienna kultura twojego plemienia. Powiedziałbym wręcz, że niektórzy mężczyźni powinni dostać nauczkę będą na łasce płci pięknej.
- Tak, to prawda. Tym bardziej, że większość z nich to obrzydliwi materialiści, którzy byliby w stanie wepchnąć kosztowności we wlasne gardło i udusić się razem z nimi, byleby nie oddać ich innym. Widzisz, wężowaci też mają słabość do kosztowności. Niektórzy mylą nas przez to ze smokami. Pewne skarby są obciążone klątwą. - Zaśmiała się. - Jeszcze trochę i zacznę podrzucać je szlachcicom z Miposii. Wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? To, że nasza kultura nie jest kwestią wyboru. To instynkt. Chociaż, z drugiej strony... - Przerwała i zamyśliła się, po raz pierwszy od początku dyskusji zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów. - ...najprawdopodobniej nie pomogłoby to ludzkim kobietom. Instynkt wężowatych obejmuje jedynie innych wężowatych, a nie inne rasy... Ale - kontynuowała, chcąc szybko uzupełnić swoją wypowiedź - bywa, że zaprzyjaźniamy się z innymi rasami, pomimo niechęci. Jeżeli ktoś dołącza do rodziny wężowatego, staje się nietykalny dla całej reszty. Widzisz, w przeciwieństwie do ludzi, my potrafimy żyć w zgodzie. To dlatego... izolujemy się. Oni nie tolerują nas, a my nie tolerujemy ich. Całkiem nam z tym dobrze.
- Jeśli mam być szczery, większość ludzi jest mi obojętna. Możesz powiedzieć mi za chwilę, że chyba jednak tak nie jest, ale swoje ofiary wybieram najczęściej przez pryzmat tego jak toczy się ich życie. Jeśli widzę, że ktoś już wręcz nie nadaje się do życia, po prostu go zabijam. Jego cierpienie się kończy, a ja nie umieram z głodu i choroby. Trochę mnie to bawi kiedy głębiej sobie o tym pomyślę. Wracając jednak do waszych zwyczajów. Podziwiam za to, że jesteście tak zgodni. Ludzkie serca przepełnia pycha i duma. Zresztą nie tylko ich, ja sam nie mogę powiedzieć o sobie, że moje myśli są w pełni czyste. Nie czuję jednak wielkiego pociągu do kosztowności i wielkich, bogato zdobionych willi. To nie moja bajka i raczej nigdy nie będzie. - schował notatnik do torby. - Tak ogólnie....wydaje mi się, że zapomniałem o czymś bardzo istotnym. Nazywam się Chavac Vael, chociaż nazwisko mógłbym sobie już odpuścić. Wydziedziczono mnie.
- Mhm. A czy ja muszę się przedstawiać? Czy może imię potwora z Miposii jest ci znane? - zapytała obojętnym tonem. - Jeśli mam być szczera, to nie spodziewałam się jakiejkolwiek sławy. Naliaka z rodu Cerentio.
- Przynajmniej w końcu wiem jak się do Ciebie zwracać. - Uśmiechnął się głupio, nie do końca wiedział jak ma się teraz zachować. Zanim jednak zdążył cokolwiek więcej powiedzieć upadł na kolana słysząc znajomy głos w głowie. Walczył z nim od lat i tak czy siak pojawiał się dużo rzadziej niż kiedyś. Znowu dyktował mu co ma robić, zmuszał do tego czego Chavac tak bardzo się obawiał. Trzymający się za głowę mężczyzna, wrzeszczał z bólu jaki towarzyszył mu w tej sytuacji. Ostatnim co widział była rozmyta sylwetka Naliaki. Później stracił przytomność.

<Naliaka?>

Od Naliaki do Chavaca - Bo do kąpieli trzeba dwojga

- A więc jest chociaż jedna rzecz, która nas łączy. Mnie również nie interesuje los osób, które zabijam. Bo widzisz, jestem mordercą. Nie z przeznaczenia, ale z wyboru. Chociaż kto wie? Nikt o tym nie wiedział, ale byłam przeklęta od urodzenia. Nie wiem, na co chorujesz, ale ty nie wiesz, czym jest klątwa wężowatych. Mam rację? - Powiedziała to wszystko z takim naturalnym wyrazem twarzy, jakby nie rozmawiali o mordowaniu, tylko jakby się spotkali na ulicy i pytali się o zdrowie.
- Zdążyłem już zauważyć, że jesteś czymś o czym nie mam zielonego pojęcia. - skrzyżował ręce na piersi - Nie wiem czym jest ta twoja klątwa, ale w życiu nie pomyślałbym, że kobieta o twojej posturze, może zamienić się w coś, czego paszcza ma możliwość rozszerzenia się co najmniej dziesięciokrotnie. - Przyglądał się jej uważnie.
- Tak, to prawda, jesteśmy wybrykami natury. Bawi mnie to, że niektórzy z moich braci i sióstr z pustyni są przekonani o tym, iż Matka Natura nad nami czuwa i to ona obdarzyła nas tym "darem", jak to zwykli nazywać klątwę. A ty? - Spojrzała na niego wyczekująco. - Wierzysz w to, że Matka Natura jest po twojej stronie?
- Nigdy w to nie wierzyłem i nie uwierzę, chociażby przez pryzmat tego czym zostałem obdarzony przy narodzinach. Do pewnego momentu nie przypuszczałem, że zacznie mnie to zabijać. Ciało Inkwizytorki, a raczej jego resztki, które znalazłaś w jaskini, były pozostałościami po moim posiłku, który sprawił, że moje ciało znów wróciło do stanu sprzed kilku dni. Gdyby ona w ogóle przejmowała się tym jak żyją jej dzieci, ja nie musiałbym zabijać by przeżyć, a inne istoty nie musiałyby ginąć.  - przeszły go ciarki na samo wspomnienie Inkwizytorskich lochów w których był przetrzymywany.
- A słyszałeś o innych...? - Zaczęła Naliaka, ale jej głos wydawał się mniej pewny niż zazwyczaj, nieco przypominający ton wypowiedzi dziecka, które nie jest pewne, czy dobrze zapamiętało zasłyszaną raz informację. - O Otchłani? Mawiają, że Matka Natura stworzyła cały świat, życie i śmierć, a razem z nimi cholerną Otchłań. Ale... Nie wiem, czy chciałabym to wiedzieć na pewno. - Wówczas jej ton powrócił do normalności, na powrót stał się głośny, donośny i przepełniony pewnością siebie. - Więc nie dziwi mnie, że zabijasz, a nawet gdybyś nie podał mi przyczyny, to ja bym o nią nie pytała. Ale jedno mnie zastanawia. Dlaczego tortury? - Utkwiła w nim wzrok, a jej źrenice zwężały się i rozszerzały. - Ja również cierpiałam i nienawidzę ich wszystkich, a jednak nie potrafię wymierzać im takiego bólu, jaki sama odczuwam każdego cholernego dnia.
- Napawam się ich strachem, cierpieniem oraz wrzaskami bólu, które uśmierzają na pewien czas rany przeszłości. Nauczyłem się tak żyć, nie potrafię już inaczej. Kiedy robisz coś co Ci się podoba, coś czego nie powinieneś, zaczynasz zagłębiać się w to jeszcze bardziej. Bez zastanowienia zacząłem wymierzać ludziom taki los jaki oni próbowali wymierzyć mi. Ofiarą, która dała mi największą przyjemność z tego co robię był mój brat, który w dzieciństwie brutalnie się nade mną znęcał. Patrzyłem jak dławi się puklem włosów z ukrytym hakiem, który sam wepchnąłem mu prosto w przełyk. Czułem się wtedy spełniony. - ścisnął bark swojej bezwładnej ręki.
- Hm. - Nie spuściła głowy, ale jej wzrok powędrował ku ziemi, a brwi nieco się uniosły w chwilowym zamyśleniu. - Ja również zamordowałam swojego brata.
- Zamordowałaś go bo? Nie spodobały Ci się zabawki, które kupił? - Mężczyzna w ten sposób chciał wydobyć z kobiety więcej informacji na ten temat, gdyby powiedział, że go to nie ciekawi, zwyczajnie by skłamał.  Przyglądał się uważnie czekając na jej reakcję.
- Zabawki...? - Jej oczy nagle stały się szersze. Podniosła spojrzenie na swojego rozmówcę. - Zabawne, że o to pytasz. Widzisz, miałam mnóstwo zabawek. Drogich, pluszowych, sprowadzanych z bardzo daleka. Teraz pamiętam, teraz przypomniało mi się, jak miękkie były w dotyku. Lecz zupełnie o nich zapomniałam. Po tym, jak wydał mnie za tego... - Urywa na chwilę, a jej postura się zmienia, zupełnie jakby podświadomie chciała kogoś zaatakować. - Za to ludzkie ścierwo. Byłam poniżana przez kilka lat. Bita, jeśli cię to interesuje. Gwałcona, bo inaczej tego nie nazwę. - Parsknęła krótkim śmiechem, ale nie była rozbawiona. - Kiedy się stamtąd uwolniłam, można by rzec, że wyrwałam, pragnęłam tylko zemsty. Wówczas połknęłam jego nowo narodzone dziecko w całości, nie myśląc o tym, co stało się z moimi zabawkami. Zapewne miały zostać przeznaczone dla tego bachora.
Mężczyzna parsknął śmiechem słysząc ostatnie zdanie wypowiadane przez dziewczynę. Próbował sobie wyobrazić to w jaki sposób je połknęła, jak głośno darła się matka owego bachora. Gdyby mógł, chętnie by to wszystko zobaczył. - To nieprzyjemne w jaki sposób Cię potraktowano. Wydaje mi się, że słyszałem już gdzieś podobną historię w jednym z miast w którym miałem okazję polować na swoje ofiary. Czyżbyś to ty była tym "potworem"? - nie oczekiwał odpowiedzi - Gdybym miał możliwość potraktowałbym twojego skurwiałego brata jednym z moich zniszczonych już teraz narzędzi, ale nie zrobię tego bo to o czym mówisz, działo się lata temu, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie, a poza tym on już dawno nie żyje. A szkoda. - mówiąc ostatnie zdanie próbował nastawić sobie bark, jednak cały czas nie przynosiło to żadnych efektów.
Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, co najmniej tak, jakby opowiedział jej dwuznaczny żart.
- Wiele razy myślałam o tym, jak inaczej mogłabym postąpić tamtego dnia. Ale za każdym razem przytłacza mnie nienawiść tak wielka, że czuję się nią zbyt zaślepiona, by umieć wyobrazić sobie czyjeś cierpienie. Zgaduję, że panujesz nad sobą lepiej niż ja, potwór z Miposii. - W jej głosie można było dosłyszeć pewne pochlebstwo.
- Muszę przyznać, że twoje działania wymagają pewnej... finezji. Geniuszu. Ścisłego umysłu także.
Nie wiedział do końca jak ma przyjąć słowa, które ona wypowiedziała. Pierwszy raz w całym życiu ktoś skomplementował jego osobę. Spodobało mu się to do takiego stopnia, że na jego twarzy można było dojrzeć delikatny uśmiech.
- Kiedy uciekłem z lochów, wisiałem na skraju życia i śmierci. Musiałem podjąć decyzję, która na zawsze odmieniła całe moje życie. Na początku byłem zupełnie tak jak Ty. Nie męczyłem ich, po prostu ich mordowałem by zdobyć pożywienie. Dopiero kiedy odkryłem, że pożywianie się ludzkim mięsem cofa moją chorobę do pewnego etapu, zacząłem ich torturować, nagle poczułem, że chcę by cierpieli tak jak ja. Skoro ja muszę nosić takie brzmię to oni będą cierpieć na koniec swojego marnego życia. Nauczyłem się panować nad sobą, ale nie do końca. Zdarzają się dni kiedy nie jem zbyt długo, a wtedy dzieją się rzeczy, których sam nie chciałbym pamiętać. - W końcu udało mu się nastawić bark, słysząc przy tym charakterystyczne chrupnięcie.
- Często mówisz o chorobie. A jednak nie rozpoznaję ani twojej przypadłości, ani rasy. Co ci jest? - Zmieniła temat, jednak nie z braku szacunku, a z nagłego przypływu sympatii do obcego, bo wcześniej nie interesowały ją niczyje choroby.

<Chavac?>

Od Isariona do Miry - Piękne zachody słońca/Całkiem inny dzień

Nie sądziłem, że poczuję takie bolesne odczucie na swoim ciele, początkowo sądziłem że może mi coś dolegać gorszego ale nie byłem pewien co. Po "akcji ratunkowej" podeszła do mnie Mira, zaczęła mówić coś o rozdzieleniu się ale nie za bardzo jej słuchałem, bardzo bolał mnie żołądek razem ze skrzydłem, które zostało trafione przez tamtego strażnika. W pewnym momencie właśnie usłyszałem coś, czego nigdy w życiu nie usłyszałem, kobiecy głos który był spokojny i łagodny jak powiew wiatru na plaży... "Idź", to rzekła kobieca mowa, po tym słowie wszystko nagle wróciło do normy. Dotarły do mnie słowa Miry dopiero po chwili gdy moja męka się zakończyła, odpowiedziałem na jej pytanie, które brzmiało "Wszystko okej?" kiwając tylko głową, że nic mi nie jest. Dziewczyny widocznie bardzo spieszyły się ku swojemu przeznaczeniu, ja zaś tylko wzruszyłem ramionami i ruszyłem w swoją stronę, dziewczyna zdziwiła się moim zachowaniem kiedy tak bez namysłu odszedłem. Nie wiedziałem co się akurat ze mną dzieje, poczułem coś nowego czego nigdy w życiu nie czułem. Przez moje ciało przechodziło ciepło, które było bardzo przyjemne a jednocześnie uspokajające. Przystanąłem na chwile pod jakimś drzewem i zsunąłem się na ziemię opierając się o wielką roślinę. Przymknąłem oczy i zacząłem nasłuchiwać ćwierkanie ptaków, szelest liści a także biegające zwierzęta gdzieś w dali. Nie minęło dużo czasu, ale to co stało się potem znów mnie zaskoczyło... Kolejny kobiecy głos, tym razem chłodniejszy. Przemówił: "Idź, podążaj, nie zostawiaj". Mój zmysł zaczął szaleć, wystraszyłem się tego na tyle, że gwałtownie się przewróciłem na ziemię. Oczy miałem całkowicie otwarte a skrzydła rozprostowane, oddech był bardzo niespokojny a moje ciało drżało. Co się ze mną działo?!
To było tak nieprzyjemne uczucie, że czułem jakby coś zżerało mnie od środka a jednocześnie chciało mi coś powiedzieć. Wstałem gwałtownie i aż odskoczyłem od drzewa, przez mój nagły ruch wszystko wróciło do normy. Nie wytrzymałem już tego i zacząłem biec przed siebie, mając nadzieję że to wszystko jest tylko schizą, która powinna zaraz minąć... Taką miałem przynajmniej nadzieję...
Dopiero po dotarciu do jakiegoś lasu, którego nigdy nie widziałem, wszystko się uspokoiło. Byłem zdyszany oraz strasznie wyczerpany po tak długiej wędrówce, która odbyła się długim maratonem. Złapałem się pobliskiego drzewa i w końcu mogłem nieco odetchnąć od tego co mnie spotkało, co gorsza nie wiedziałem co się właściwie stało tego czasu. Nie obchodziło mnie dopóki nie uświadomiłem sobie, że odczułem znajomy zapach dochodzący właśne z tego lasu... Czy to właśnie nie ten las o którym mówiła Mira? Zdziwił mnie ten bardzo mocny przypadek, rozejrzałem się i zauważyłem ludzkie ślady, które prowadziły w głąb lasu. Niby powinienem zostawić te dziewczyny, ale jednak coś mi nie dało spokoju... Nie chciałem ich jakoś zostawić, więc po prostu ruszyłem za ich tropem.

<Mira??>

Od Chavaca do Naliaki - Bo do kąpieli trzeba dwojga

Mężczyzna jeszcze przez chwilę leżał na zimnej, kamiennej posadzce zastanawiając się, co właściwie się wydarzyło. Wstając poczuł promieniujący na całą rękę ból. Był on wynikiem incydentu, który zadział się w jaskini dosłownie kilka minut temu. Niestety ale mimo próby nastawienia jej na powrót we właściwe miejsce, nijak nie zamierzała ona współpracować. Zrezygnowany Chavac wyjął z kamiennej ściany jeden ze swoich sztyletów, a drugi podniósł z ziemi. Kobieta wytrąciła go z pasa, wręcz rzucając się na chłopaka. Westchnął ciężko i zabierając torbę ze wszystkimi swoimi notatkami, spojrzał ostatni raz na jego „dom”. Wszystko co tutaj miał zostało doszczętnie zniszczone, co za tym idzie, nie miał już czego szukać w tym terenie. Jeśli Inkwizycja zabrałaby ze sobą swoje tropiące psy, wywęszyły by one owy zapach, który pojawił się w pieczarze, po czym dotarli by prędzej czy później do niego samego. Zaczynał żałować decyzji o ochronie swojej głowy przed upadkiem. Teraz miał bezwładną rękę, która wszystko mu utrudniała. Miał tylko nadzieję, że nie wpadnie na wężową pannę bo mogłoby się to skończyć co najwyżej jego śmiercią. Cóż, obecnie jego jedynym celem było odnalezienie nowego schronienia w którym nikt go nie odnajdzie. Przypomniał sobie, że górzystej części lasu można spotkać całkiem spore jamy do których Inwizycja niechętnie się pcha. Niestety ale musiał przejść przez potok w którym w ostatnim czasie zażył niezbyt przyjemnej kąpieli. Właściwie to zastanawiał się czemu akurat jego musiało to spotkać, żył sobie w swoim własnym świecie i nic nie mogło tego zaburzyć, a tu nagle pojawiła się ona i jego dotychczasowe życie legło w gruzach. Chyba nie bez powodu będąc w mieście za młodego wiele starych mężczyzn powtarzało mu by nigdy ale to przenigdy się nie żenił. On sam nawet nie potrafi sobie wyobrazić życia z kobietą…nigdy żadnej nie miał i kompletnie nie wie jak się do nich odzywać, po prostu zawsze uciekał. Cóż, być może było to z lekka dziwnie odbierane przez tamtejszą społeczność, ale chłopak nigdy nie czuł się dobrze w dużej chmarze innych istot, więc izolowanie się od niego było mu na rękę. Po kilku minutach był już na miejscu, trochę dłuższych niż zwykle ale ciężko przedzierać się przez chaszcze jedną ręką. Zdecydowanie było to zbyt męczące jak na to ile potrafił jednego dnia przejść. Przysiadł na chwilę przy korycie rzeki, a jego wzrok powędrował na skórzaną torbę leżącą praktycznie zaraz obok. Nie chciał być wścibski, ale ciekawiło go co zostawiła agresywna dama i po co tutaj w ogóle przyszła. Po otwarciu zastał w niej tylko zioła, rośliny na truciznę, tak naprawdę wszystko co rosło w tym lesie. Zapewne byłaby rozwścieczona gdyby zobaczyła, że ktoś dotyka jej własność więc zamknął ją dokładnie i odłożył na miejsce w którym wcześniej była. Westchnął cicho przypominając sobie wzrok skrzywdzonej kobiety, był zupełnie taki sam jak jego za młodzieńczych lat.
~18 lat wcześniej~
Chłopczyk złapał się za bolące ramię, które zostało mocno obite przez jednego z jego starszych braci. Jura był najbrutalniejszy z całego jego rodzeństwa. Właściwie nie wiadomo czemu wszyscy się tak na niego uwzięli, może po prostu szukali źródła zabawy, a on był słaby i nie mógł się bronić. Mimo tego jak był traktowany prawie codziennie starał się uśmiechać. Można powiedzieć, że cały czas był pod opieką niańki. Przykre było to, że nie była w stanie nic zrobić na zachowanie reszty szlacheckich dzieci. Bała się, że kiedy coś powie to w najlepszym wypadku straci pracę a w najgorszym…życie. Służba nie miała łatwo na tym dworze, dochodziło do licznych wykorzystywań na tle seksualnym przez samą głowę rodu, do przemocy. Ci, którzy przychodzili do pracy jak najszybciej uciekali. Woleli żyć pod mostem niż pracować u takiego tyrana jak ojciec Chavaca. Wiele razy chłopczyk spoglądając w lustro widział na swojej twarzy fioletowe siniaki, które także pokrywały resztę jego ciała. Nigdy nie znikały bo dbano o to by pojawiły się kolejne. Śmiało był w stanie powiedzieć, że był znienawidzonym dzieckiem mimo tego, że przed laty wnoszono modły do Bogiń by przeżył kolejne noce. Coś się zmieniło, coś co wpłynęło na zachowanie wszystkich dokoła.
~~~
Z wspomnień wybudził go odgłos łamanych gałęzi. Odwrócił się w stronę hałasu, zobaczył tam dziewczynę, której już dzisiaj spotkać nie chciał. Wyglądała na zmęczoną, ledwo trzymającą się na nogach. Najwyraźniej musiała w jakiś sposób uszkodzić sobie nogę, ponieważ kulała idąc w stronę potoku. Zupełnie nie zwracała uwagi na siedzącego prawie obok niej mężczyznę. Zmyła ze swojej twarzy i włosów resztki brudu. Ukradkiem dostrzegł, że kobieta spogląda na swoją torbę, jednak później skierowała swój wzrok na niego.
- Znowu tutaj? Zgubiłeś coś? – zapytała tonem pełnym urazy. Nie była zadowolona z tego, że go widzi, on zresztą też nie.
- Raczej to ja powinienem o to zapytać. Zostawiłaś torbę, pomijając już sam fakt, że zniszczyłaś mój dorobek, musze się stamtąd wynosić, inaczej prędzej czy później wywęszy mnie inkwizycja. – westchnął ciężko nie ukrywając swojego niezadowolenia. Dopiero jednak teraz dostrzegł, że głowę kobiety przyozdabia korona. Nie zamierzał o to pytać, nie była to jego sprawa.
- Tak, zostawiłam. A ty w niej grzebałeś. Nie patrz na mnie takim wzrokiem. To, że nie rozpoznałam twojego odoru w nocy, nie znaczy, że cię nie czuję. - Wstała z dostrzegalnym trudem, podniosła torbę i przewiesiła ją przez ramię. - Twój dorobek nie jest moim problemem. Jeśli myślisz, że jesteś jedynym, który coś w życiu stracił, to się mylisz - powiedziała tonem przepełnionym niechęcią i jadem.
- Ale to Ty go zniszczyłaś! - Kobieta podniosła mu ciśnienie, ale nie zamierzał wykonywać gwałtownych ruchów by nie wywoływać z niej agresji. Powoli wstał, jednak nie zamierzał się do niej zbliżać. - Słuchaj no, pojawiasz się nagle na MOIM terenie, demolujesz MOJĄ jaskinię po czym stwierdzasz, że nie tylko ja coś w życiu straciłem. Nie uważam się za jedynego pokrzywdzonego przez ten świat....więc nie próbuj mi tego wmawiać. - wysyczał unosząc jeszcze bardziej głos. Niesamowicie denerwowała go ta niedawno poznana istota.
Kobieta zaczęła się śmiać, ewidentnie kpiła sobie z niego, a on czuł się nieco zmieszany. W salwach tego śmiechu nieco się zgięła, uderzając kilkakrotnie dłońmi o uda.
- Zniszczyłam? - Ponownie się zaśmiała, tym razem krótko i powróciła do wyprostowanej pozycji i obojętnej mimiki. - Jakże mi przykro, że zniszczyłam przyrządy, które służyły do... jakby to powiedzieć... Niszczenia cudzego ciała? Cudzej woli? - Przekrzywiła głowę z szerokim uśmiechem, który mógł wydawać się straszny wraz z jej nienaturalnie rozwartymi powiekami. - Moje ciało zostało zbrukane. Moja wola zdeptana, zmieszana z obojętnością osób, które nauczyły mnie kochać. Więc oto jestem. Może to nie jest przypadek, że się spotykamy. Podoba ci się to, co widzisz?
Mężczyzna milczał nie wiedząc jak odpowiedzieć kobiecie. Był totalnie zmieszany jej wypowiedzą a to go irytowało.
- Czy wyglądam Ci na osobę, którą obchodzi ludzkie cierpienie? Tak, to co widziałaś i co doszczętnie zniszczyłaś służyło mi do torturowania momentami zupełnie niewinnych ludzi, pozwalałem im cierpieć, tak jak ja cierpiałem w przeszłości. Nie wspomnę ile sprawiło mi to przyjemności. Nie pojmiesz tego, nie poczujesz dławiącej Cię choroby, która powoli zabija Cię od środka. Nigdy nie będziesz wiedziała jak to jest nosić na barkach ciężar setki zamordowanych ludzi, a to wszystko tylko po to abym sam mógł dalej egzystować. - Nie wyglądał na zbyt przejętego swoją wypowiedzią ani tym bardziej przejętego tym, że podczas ostatnich dziesięciu lat zamordował tyle ludzi, że skończył liczyć przy setce. Wiedział, że jest pieprzonym egoistą, ale nie chciał się do tego głośno przyznawać.

<Naliaka?>

sobota, 23 marca 2019

Od Katherine - Pomocna dłoń

Veronica otworzyła drzwi pokoju sypialnianego, po cichu weszła do niego. Kierując się w stronę wielkiego zasłoniętego okna zerknęła na śpiącą osobę na łóżku z baldachimem. Na wielkiej warstwie najlepszej jakości poduszek spała z otwartą buzią młoda blondynka, leżąc tak wyglądała jak małe dziecko. Na całe szczęście po brodzie nie ciekła jej ślina. Służąca odsłoniła zasłony,a promienie słońca momentalnie rozświetliły pokój. Kilka z nich padało centralnie na twarz śpiącej dziewczyny, która z grymasem zaczęła przekręcać się na bok.
Tak, tą śpiącą dziewczyną byłam ja. Podniosłam lekko głowę do góry patrząc się zaspanymi oczami na Veronice. Zdając sobie sprawę, że dzisiaj znowu mam wziąć udział w balu opadłam z westchnięciem na poduszkę. Nie mogłam znieść tego, że ojciec tak bardzo stara się mnie zeswatać z jakimś wpływowym mężczyzną, żeby połączyć spółki handlowe. Dla niego liczył się tylko status i pieniądze.
- Panienko Kitty, pani ojciec prosi, żeby panienka zaraz po śniadaniu stawiła się w jego biurze - powiedziała to, w międzyczasie nalała wody do miski stojącej na toaletce
Chcąc nie chcąc musiałam wyjść spod ciepłej kołdry. Z pomocą służącej zostałam umyta, uczesana jak i ubrana. Będąc gotowa wyszłam ze swojego pokoju, zostawiając Veronice samą, która zajęła się pościeleniem łóżka. Szłam wzdłuż korytarza kierując się w stronę jadalni znajdującej się na parterze. Znajdując się na schodach minęłam się z bratem i jakimś chłopcem z rodziny Lotty, oboje praktycznie mnie zignorowali i pobiegli do pokoju Cedrica. Wreszcie gdy dotarłam do jadalni, zajęłam miejsce obok Williama, Lotty i matki. Brat burknął coś pod nosem, że znowu się spóźniłam. Przecież to nie moja wina, że poprosiłam Veronicę, żeby pozwalała mi dłużej spać, a ona po prostu wykonuje swoją pracę. Służąca podała mi tace sycie zastawioną po czym odeszła w stronę kuchni. Zamieniłam kilka słów z domownikami, temat ciągle jednak dotyczył dzisiejszego balu i wspomnienia jak to mój brat i Lotta zostali zeswatani przez matki. W ich przypadku nie było to małżeństwo z przymusu, bo mimo zainteresowania rodzin potencjalnymi kandydatami dla swoich pociech, ta dwójka już od kilku lat miała się ku sobie. Po skończonym śniadaniu tak jak poleciła Veronica udałam się do gabinetu ojca. Zapukałam.
- Proszę - powiedział ojciec i wtedy nacisnęłam na klamkę wchodząc do gabinetu
Siedział na fotelu nie odrywając wzroku od warstw papieru przed nosem. Wyciągnął jeden skrawek ze sterty, przez chwilę czytał go, napisał coś na nim i odkładając go na stertę podniósł na mnie wzrok.
- Katherine - zwrócił się do mnie poważnym tonem - Zapewne nie będziesz zadowolona, że znowu poruszam ten temat, jednak jesteś już w tym wieku w którym powinnaś być przynajmniej już zaręczona, a tobie tylko pstro w głowie
- Ależ ojcze, przecież to nie prawda - powiedziałam z lekkim uśmiechem na twarzy - Przecież rozmawiałam z Alexandrem i Conradem. Nie dałam im może jeszcze odpowiedzi, jednak ...
- I nie dasz - przerwał mi wstając i podchodząc do okna - Na wczorajszym spotkaniu w Hali rozmawiałem z Claudiusem Klugewolfem. Ma syna, Olivera w podobnym do ciebie wieku. Chciałbym, żebyś dzisiaj na balu mu towarzyszyła - chciałbyś ?, przecież to jest ewidentnie rozkaz - Już ponad rok temu zadebiutowałaś w towarzystwie, a nadal nawet nie masz potencjalnego kandydata. Nie chciałabyś przecież zostać obiektem kpin i ośmieszyć rodziny, prawda?
- Prawda... będę towarzyszyła Lucasowi - odpowiedziałam, a na twarzy ojca pojawiło się coś na kształt uśmiechu - Nie mogę przecież przynieś wstydu rodowi Rehenwildeów
- Nie rozczaruj mnie - powiedział zapobiegawczo
Kiwnął głową na znak, że to koniec rozmowy. Również kiwnęłam po czym wyszłam. Będąc na korytarzu zrezygnowanie oparłam głowę o drzwi. Oby ten Oliver nie okazał się tylko dupkiem jak poprzedni kandydaci.
- Kitty? - usłyszałam głos młodszego brata - Coś się stało?
- Skądże - odpowiedziałam od razu na twarz przybierając uśmiech - Po prostu źle się poczułam. A gdzie zgubiłeś ... - zawahałam się zdając sobie sprawę, że nie pamiętam imienia kuzyna Lotty
- Lucas poszedł do cioci Wandy. Tak na prawdę to go nawet nie lubię. Wszystko ma być po jego myśli, jest głupi i ma piegi. - burknął krzyżując ręce
Czyli nie byłam jedyną osobą, której coś się nie podobało. Śmiejąc się nakazałam Cedricowi jeszcze przez dwa dni znieść zachowanie krnąbrnego dzieciaka. Ten na do widzenia wystawił mi język i odbiegł. Nie chcąc żeby ktoś jeszcze zobaczył moją smętną minę, stwierdziłam że najlepszym pomysłem będzie udanie się na przejażdżkę. Wróciłam do pokoju przebrać się w strój do jazy. Służąca musiała wcześniej już poinformować, że wybieram się na przejażdżkę, bo stajenny od razu widząc mnie przyprowadził mi gotowego do drogi Onyksa. Szybko usadowiłam się na jego grzbiecie i skierowałam się w stronę bramy.
- Panienko, proszę zaczekać - usłyszałam za sobą głos starszej służącej
Słysząc jej głos, było pewne że zaraz zawoła jakąś osobę do towarzyszenia mi. Ignorując jej prośbę, rzuciłam komendę Onyksowi,a ten przyśpieszył kroku. Szybko minęłam bramę i znalazłam się na rozdrożu. Bez wahania skierowałam się w stronę pobliskich wiosek. Zwolniłam tempa, chcąc przez chwilę się ciesząc otaczającym krajobrazem, niestety informacja przekazana przez ojca nie dawała mi spokoju. To był największy minus bycia córką z bogatej rodziny. Co mi po tych wszystkich rzeczach, jak nie miałam możliwości decydowania o sobie. Bolało mnie to strasznie, że bałam się przeciwstawić ojcu. Kto wie co by zrobił, gdybym miała odmienne zdanie...
Jechałam tak w ogóle nie patrząc na drogę, wpatrywałam się za to w siodło na którym wyszyte były moje inicjały. I wtedy to się stało. Jakby w zwolnionym tempie, w jednej chwili siedziałam na grzbiecie Onyksa, w drugiej wylądowałam na zakurzonej ścieżce. Upadek był nieprzyjemny. Chwilę mi zajęło dojście do siebie. Jednego czego byłam pewna to, że znajdowałam się w samym polu i na dodatek mój wierzchowiec uciekł w popłochu. Pomimo kontaktowania nadal widziałam przez mgłę. Tuż przed moją twarzą zobaczyłam jakąś bladą plamę, która z każdą chwilą robiła się wyraźniejsza. Tą plamą była czyjaś ręka. Nie zastanawiając się ani chwili złapałam za nią i zostałam gwałtownie podciągnięta do góry.

<pomocny ktosiu?>
Template by...