czwartek, 13 czerwca 2019

Od Zory do Elijaha - Ad Mortem

Zbudziło ją słońce. Mieszkała we wschodniej części rezydencji, gdzie okna wpuszczały najwcześniejsze promienie słońca. Między innymi przez to budziła się najwcześniej spośród całej rodziny Mortem, a służba określała ją porannym ptaszkiem. Jednak ostatnie poranki były dla Zory trudniejsze, niż zazwyczaj. Niedawno matka dowiedziała się o notorycznym opuszczaniu przez Rumeysę zajęć z etyki dworskiej. Zagroziła, że jako jej rodzicielka zmusi męża do wydania córki z domu, niezależnie od jego ambicji w tej kwestii. Dziewczyna podejrzewała, że oficjalna zgoda ojca na rozpoczęcie szkolenia przysposabiającego do Inkwizycji wiele zmieniła i matka nie mogłaby od tak wyrzucić jej z domu. Jednakże wchodzenie w polemikę z lady Shahiyeną należało do wielce nierozsądnych posunięć, gdyż owa kobieta miała w sobie więcej uporu od muła ciągnącego pług, by dosięgnąć marchewki. Nie chcąc wysłuchiwać kłótni, w jakich stałaby się głównym obiektem zwady, biernie zgodziła się na kontynuację porannych lekcji dobrych manier, retoryki, kaligrafii i poprawnej dykcji. Treningi polowe zaczynała od godziny czternastej. Bolało ją, że nie może już spędzać godzin porannych tak jak wcześniej - w ogrodzie, w stajni lub na spacerze w lesie, gdzie uwielbiała chodzić boso po rosie. "W zasadzie to i tak się kłócą z mojego powodu. Matkę zawsze denerwowała moja obecność. Oraz fakt, że w ogóle się urodziłam. Może nie powinnam się starać zapobiec kolejnej kłótni? Pewnie i tak zaczną się użerać między sobą. Jeśli nie z mojego powodu, to o małego", myślała zaspana dziewczyna, nie potrafiąc skupić się na słowach guwernantki. Głowa uciekła jej w bok, w stronę okna. To okno jednak nie ukazywało widoku ogrodów, tylko plac przed rezydencją. Ten plac był wzorowany na miejsce iście królewskie - wjazd do grodu otoczony był białymi murami ze złotymi wykończeniami, a nad główną, wyłożoną kamieniami ścieżką wznosiły się kolumny, na których zainwentowano powietrzny ogród. Za bramą, wokół fontanny umiejscowionej przed wejściem do rezydencji, stały białe posągi przedstawiające różne postacie, lecz były to same anioły. Ich skrzydła roztaczały kamienny krąg wokół fontanny, zaś z ramion zwisały kołysane na wietrze jedwabne wstęgi i sprowadzane z bardzo daleka egzotyczne kwiaty. Warto przy tym wspomnieć, że w niemal każdym kącie pałacu czaiły się motywy przywodzące na myśl tropiki lub pustynię, gdyż właśnie z takich stron pochodziła lady Shahiyena.
Guwernantka krzyknęła na uczennicę, ponownie przyłapując ją na braku uwagi. Zora westchnęła cicho, spoglądając na ganiącą ją kobietę. Słowa guwernantki nie urażały dziewczyny, bo po latach stała się obojętna na obelgi, ale niesamowicie drażniło ją powoływanie się na zalecenia lady Shahiyeny. Tym bardziej, że były sprzeczne z tym, co Zora miała zaplanowane przez ojca.
- Lady dworu jest wysoce zawiedziona twoimi wynikami, Rumeyso - ciągnęła kobieta dobitnym, wzniosłym tonem. - Ja również nie pochwalam twojego lekceważącego podejścia do nauk potrzebnych młodym damom dworskim. Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że zgodnie z oczekiwaniami twojej matki, mam cię przygotować do zaślubin. A arystokratyczny tytuł nie wystarczy, by zdobyć uwagę godnych rodów! - Zakończyła z podkreśleniem oczywistości tej informacji, jak gdyby zamążpójście było jedynym marzeniem dziewczyny.
- Przepraszam, ale wydaje mi się, że niektóre kwestie wymagają dopowiedzenia - wtrąciła ostrożnie Zora po chwili zastanowienia, wiedząc, że źle zbudowana lub nieprawidłowo wygłoszona wypowiedź jest zupełnie ignorowana przez guwernantkę. - Mój ojciec wyraził zgodę na, em... na rozpoczęcie mojego szkolenia. Jako inkwizytorka... - Dziewczyna chciała wytłumaczyć, lecz kobieta jej przerwała.
- Twój ojciec, panienko Mortem, oczekuje od ciebie wypełniania obowiązków córki wobec matki, a ty jak dotąd nie wykazałaś się w tej kwestii.
Próbując zachować spokój i wysoką kulturę osobistą, dziewczyna zacisnęła palce na krawędzi stolika, przy którym siedziała, a jej zęby cichutko zgrzytnęły.
"Niby jak mam być dobrą córką, skoro tak naprawdę nie mam matki? Mam iść się utopić? Chyba to by ucieszyło je obie".
- Szkolenie inkwizytorskie nie zwalnia cię z obowiązku zdobywania niezbędnej wiedzy. Wręcz przeciwnie. – Kobieta przechadzała się przy niewielkiej tablicy, sztywno wyprostowana, z dłońmi ułożonymi przy talii.
Zora przewróciła oczami, co natychmiast sprowokowało nauczycielkę.
- Jak widzę, jesteś bardziej zainteresowana ośmieszaniem się.
- Może następnym razem powinna przekazać pani mojej matce, że wykazuję odpowiednie predyspozycje na dworskiego błazna, a nie damę – powiedziała Rumeysa bardzo wyraźnie, lecz ze słyszalną złością w głosie.
Dziewczyna nie dała sobie odpowiednio dużo czasu, aby przemyśleć skutki takiej odpowiedzi, ale czuła się zbyt przytłoczona przez narastające w ostatnich dniach emocje i nie miała ochoty dłużej wstrzymywać kąśliwych ripost. Co prawda żałowała swoich słów, ale też czuła się znacznie lżej po wyrzuceniu z siebie zakazanych sentencji.
Guwernantka nie wydawała się zaskoczona reakcją młodej arystokratki. Z jej twarzy można było wywnioskować, że wręcz oczekiwała na moment, w którym dziewczyna ujawni całą irytację. Oczy kobiety pozostały skupione, a głowa uniesiona, lecz na jej ustach rysowało się coś na wzór tłumionego rozbawienia.
- Nawet dworski błazen, panienko Mortem, musi posiadać odpowiednie wykształcenie, jakim ty obecnie nie możesz się pochwalić – podsumowała głosem przepełnionym zachwytem nad sposobnością wykazania swojej racji. -  Lecz wkrótce to się zmieni. Mogę to zagwarantować. – Zatrzymała się i obróciła ku uczennicy, patrząc na nią z góry. – Obecnie uważam lekcję za zakończoną. Chcę cię widzieć za półtorej godziny.
- Słucham? – Znużony wzrok Rumeysy utkwił w chłodnych tęczówkach guwernantki. – Mam wtedy zaplanowany trening z ojcem.
- Lord Mortem już zgodził się ze mną, że edukacja powinna przedkładać się nad szkolenie. Z mojej wiedzy wynika, że tego popołudnia miałaś zaplanowany trening konny. Zgadza się? – Moment milczenia utwierdził kobietę w przekonaniu, że tak właśnie było. – Twoje plany, panienko Mortem, nie uległy znacznej zmianie. Albowiem od dziś będziesz uczyć się kobiecej jazdy konnej. W kobiecym siodle – oznajmiła tonem sugerującym, że każdy inny sposób dosiadania konia przez kobietę jest niedopuszczalny.
Dziewczyna westchnęła ciężko, opierając się na krześle zupełnie krzywo i niepoprawnie. Wiedziała o tym, bo doskonale znała wszystkie zasady estetyki dworskiej, ale w tamtej chwili niewiele ją to interesowało. Spoglądała w okno, nienawidząc anielskich posągów bardziej niż kiedykolwiek. Nie mogła uwierzyć, że jej ojciec naprawdę wyraził poparcie tak idiotycznego szkolenia.
Rumeysa wstała, z trudem przeciskając przez zaciśnięte od stresu gardło formułki pożegnalne. Miała w planach przebrać się ze sztywnego, szkółkowego ubrania, w jakim zawsze musiała przychodzić na zajęcia, lecz uznała, że to bez sensu i udała się wprost do ogrodów, w nadziei, że znajdzie tam ojca.

Dzień w grodzie Mortemów upływał schematycznie, acz pracowicie. Ogrodnicy i stajenni pieczołowicie uwijali się między ogrodami, podjazdem do rezydencji zaopatrzonym w liczne szopy i magazyny, i stajniami. Zora kroczyła ścieżkami przeznaczonymi dla klasy robotniczej, żałując, że nie zmieniła ubrania, bo w prostej, ciasnej sukience nie mogła przebiec przez grządki pełne wysokich kwiatów. Szła więc szybkim krokiem, po drodze witając się ze zdumionymi ogrodnikami.
- Zora! – zawołał starzec, podnosząc się wolno znad różanego krzewu.
- Dziadyga! – Zaśmiała się dziewczyna, machając do niego energicznie. – Wszystko w porządku?
- Lata już nie te. – Starszy ogrodnik machnął ręką. – A ty? – Zmierzył ją wzrokiem, podpierając dłonią obolały od schylania się kręgosłup. – Szaty godne damy! Lecz niepasujące ci, Zoro.
- …Tak. To trochę skomplikowane. – Westchnęła nerwowo. – Właśnie. Widziałeś tu gdzieś mojego ojca?
- Lorda Aleksandra? Wierzę, że udał się do stajni. W końcu macie dziś odbywać wspólny trening, czyż nie?
- No właśnie nie – odrzekła zirytowana dziewczyna, na co zaciekawiony starzec uniósł brwi. – Guwernantka zmieniła mi plany.
- Ach… Lady Shahiyena… - Zamyślił się głośno starzec, wymawiając imię matki Zory z nutą pogardy.
- Też tak myślę, Anton, lecz nie ryzykuj. Może praca w grodzie Mortemów nie jest najwygodniejsza, ale wolę cię widzieć tutaj, niż żyć ze świadomością, że zostałeś wyrzucony przez moją matkę. – Dziewczyna rozwinęła zażyłą relację ze starym Antonem, który chętnie opowiadał jej bajki, gdy była mała, a także opowiedział jej o swojej kryminalnej przeszłości i nauczył otwierania nieskomplikowanych zamków. Można śmiało powiedzieć, że znała tego starca lepiej niż własnych rodziców i brata. Razem wziętych, rzecz jasna.
- Nie byłbym sobą, Zoro, gdybym bał się twojej „egzotycznej” matki – zachrypiał, szydząc z pochodzenia lady Shahiyeny.
- Wiem, Anton. Ale chociaż spróbuj udawać. – Obdarzyła go słabym uśmiechem.
- To, droga panno, jest coś, czego musimy dokonać oboje.
Zora kiwnęła głową w zrozumieniu i poszła odnaleźć ojca. Nie zajęło jej to długo, bo stał przed stajniami, zajęty oporządzaniem swojego konia – majestatycznego ogiera fryzyjskiego w typie barokowym, nazwanego dumnym imieniem Savior. Dziewczyna przystanęła, wodząc zmęczonym wzrokiem po innych koniach. Nie było żadnego przeznaczonego dla niej. „A więc to prawda. Ojciec wiedział”, pomyślała z goryczą. Miała ochotę odwrócić się i odejść do swojego pokoju, po czym zamknąć się w nim i nigdy więcej nie wychodzić, ale wydał ją Savior. Ogier zarżał donośnie i potrząsnął głową, po czym wyciągnął szyję i postąpił dwa kroki naprzód, pomimo przytrzymującej wodze dłoni lorda Aleksandra. Arystokrata obejrzał się zdumiony, aby sprawdzić źródło zainteresowania swojego wierzchowca.
- Ach! Rumeysa! – Zawołał, klepiąc konia po szyi. – Lubi cię, co?
- Zdarzyło mi się nim zajmować. Parę razy… - mruknęła dziewczyna, wiedząc, że ojciec niejednokrotnie ganił stajennych za dopuszczanie jego córki do inkwizycyjnych ogierów bojowych.
Mężczyzna zaśmiał się przyjaźnie. Najwyraźniej odkąd usłyszał, że jego córka chce zostać inkwizytorką, zwiększył się jego próg tolerancji dla podejmowanych przez nią niebezpiecznych czynności.
- A skąd taka mina? – zapytał po chwili.
Zora była nieco zaskoczona pytaniem. Planowała opowiedzieć ojcu o całym zajściu, ale jak dotąd tkwiła w przekonaniu, że ojciec tak naprawdę o niczym nie wie. Tymczasem wiedział. Co więc miała odpowiedzieć?
- Po prostu myślałam, że to ty będziesz mnie dzisiaj czegoś uczył – odparła smętnie, patrząc z utęsknieniem na dobrze wykonane, skórzane siodło Saviora i jego wykończoną stalowymi elementami uprząż.
- Na to jeszcze przyjdzie czas, córko. Posłuchaj. Twoja matka nie chce dla ciebie źle. – Gdy ojciec wypowiadał te słowa, Zora obróciła głowę w bok, by ukryć zmarszczone brwi i zaciśnięte usta. – Nosząc arystokratyczne nazwisko, musisz znać arystokratyczne zwyczaje. Inaczej narazisz się na kpiny rekrutów z niższych warstw społecznych. Pamiętaj, w oddziale każdy wart jest tyle samo, a o twoich postępach decydują czyny.
- No właśnie, czyny, tato. W czym może mi pomóc siedzenie na koniu bokiem? – prychnęła, krzyżując ręce na piersi, a przynajmniej próbując, bo ciasny materiał krępował jej łokcie.
- Och, przestań, Rumeyso. Wybitni inkwizytorzy często bywają na dworze samego Króla. Nie chciałabyś chyba odbierać specjalnego odznaczenia za swoje wyczyny, siedząc na koniu po męsku, hm? – Lord próbował zachęcić córkę, wyprowadzając przy okazji konia na drogę.
- A co w tym złego? – Zora rozłożyła ręce w geście niewiedzy, odsuwając się, by zrobić przejście dla Saviora. – Moim zdaniem to tylko potwierdza wagę wyczynu. Odbierając nagrodę za zabicie lorda wampirów wolałabym, żeby ludzie zapamiętali mnie przez siłę – powiedziała wzburzonym głosem. - …A nie, żeby gadali po kątach, że pewnie tylko podeszłam przybić kołek. – Opuściła głowę, bo samo wyobrażenie sobie tak okrutnego dobicia pokonanej istoty napawał ją wstrętem.
- Gadali? A cóż to za słownictwo wybrzmiewa z ust młodej damy? – Lord ponownie się zaśmiał. – Zaufaj mi, Rumeyso. Elegancja się ceni.
- Tak, zwłaszcza dla mojej matki – powiedziała z sarkazmem.
- Jakby nie patrzeć, nosi tytuł lady tego dworu.
- Tato, ona chce się mnie pozbyć! Chce mnie wydać za mąż! Właśnie to mnie czeka, kiedy zakończę edukację! – zajęczała Zora, uporczywie gestykulując i modląc się, by ojciec zwrócił na nią uwagę.
- Moja droga córko – zaczął ten, wsiadając na konia. – Po zakończeniu edukacji dworskiej czekają cię długie, wyczerpujące i trudne szkolenia polowe, a także dłużące się dnie spędzone nad księgami opisującymi każdego ze szkodników, na jakiego poluje Inkwizycja. – Ton arystokraty był poważny, a dosiad dumny i profesjonalny. – Czyżbyś zapomniała, że to ojciec ma ostateczny głos przy wydawaniu córki za mąż? – zapytał srogo.
- Nie… - bąknęła niepewnie Zora, patrząc na swoje eleganckie buciki, ubrudzone ziemią podczas przechodzenia wąskimi ścieżkami. – Nie zapomniałam… Tylko… Po prostu wiem, że wszystko, czego chce dla mnie matka, wiąże się właśnie z tym – wyjaśniła smutnym głosem. – Damska jazda konna też.
- Doprawdy? – Lord ujął wodze i zerknął w bok na swoją zmartwioną córkę. – I cóż miałabyś z tą zdolnością uczynić? Jeździć wokół nieszczęsnych chłoptasiów z okolicznych grodów, wymachując im swoimi zgrabnymi nogami i nakazując im robić uniki? – Aleksander prychnął, a Rumeysa wybuchła niekontrolowanym śmiechem. – I nawet gdyby koń szedł stępa, żaden z nich by nie podołał. Nie są warci uwagi córki Inkwizytora! – Savior zarżał, wtórując rozbawionej dziewczynie. – Widzisz, nawet on to wie.
- No chyba tak, ojcze. Prędzej podziała to na nich, niż na wampiry. Prawda? – Śmiała się.
- A jakże! To się nazywa dywersja, Rumeyso. Która pijawka oparłaby się wdziękom mojej córki, hm?! – zagrzmiał, wywołując rozbawienie u pracujących w okolicy stajennych.
- Obawiam się, że każda, ojcze.
- Wówczas spotkają się z moim mieczem! – oświadczył gniewnie, po czym obdarzył córkę łagodnym uśmiechem. – Muszę jechać. A ty przygotuj się do zajęć. Ach, bym zapomniał. Przekaż matce, że ze względu na naglące wezwanie nie będzie mnie na jutrzejszym rodzinnym obiedzie. W związku z tym zjemy dziś wspólną kolację.
- Tak jest, ojcze.
- Jeszcze jedno. Przekaż jej, że życzę sobie, aby przy kolacji obecny był mój syn, Elijah. – Po tych słowach lord popędził konia i odjechał szybkim galopem.
- …Och.
Zora poczuła, jak przechodzą ją ciarki. Potrafiła doskonale przewidzieć reakcję matki na to polecenie i nie miała ochoty przekazywać jej tego osobiście.

Pierwsza lekcja damskiego dosiadu upłynęła szybko. W normalnych warunkach Rumeysa byłaby niezwykle znudzona, gdyż wstępne zajęcia polegały na przyswojeniu wiedzy teoretycznej o prawidłowym sprzęcie, ubiorze (przy okazji dostało jej się za „niewystarczająco szykowną kreację”) oraz dosiadzie, ale dziewczyna była myślami daleko od białego konia, sukienki i guwernantki. Układała około czterdziestu razy wypowiedź, którą wkrótce miała przekazać matce. Czas mijał nieubłaganie, a Rumeysa wiedziała, iż musi iść do matki odpowiednio wcześniej, by ta miała okazję się przygotować… Siebie i syna.
Dziewczyna odczuwała nieprzyjemne łaskotanie w żołądku już wtedy, gdy wchodziła po schodach prowadzących do zachodnich komnat. Normalnie nie wolno jej było wchodzić do części przeznaczonej dla lady Shahiyeny i Elijaha. Czuła, jak jej serce nieprzyjemnie przyspiesza, gdy stanęła przed drzwiami otwierającymi wejście do salonu. Z kolei w tym salonie znajdowały się liczne pokoje przeznaczone dla lady i panicza Mortem – tych członków rodziny, których Rumeysa w ogóle nie znała.
„Pukać, nie pukać? Raczej mnie nie usłyszą… Ale może jest tam służba?”, zastanawiała się dziewczyna, stojąc niezręcznie przed drzwiami i bawiąc się palcami. „Och, po prostu wejdę. To w końcu jest moja matka…”.
Otworzyła drzwi, licząc na to, że lady Shahiyena będzie zamknięta w pokoju razem z synem. Niestety, myliła się. Żołądek podskoczył jej do gardła, gdy na środku salonu dostrzegła spoglądającą w okno kobietę w turbanie na głowie, odzianą w jedwabną, czarno-czerwoną suknię, ze złotymi bransoletami sięgającymi od nadgarstków aż po barki. Lady Shahiyena powiodła spojrzeniem ku otwartym drzwiom. Widząc w nich Rumeysę, odwróciła się powoli, a jej oblicze przybrało zgorszony wyraz.
- Mamo… - wykrztusiła dziewczyna, nie pamiętając, kiedy ostatnim razem zwracała się tak do własnej rodzicielki.
- Rumeyso. – Sam głos Shahiyeny, połączony z jej przywodzącym na myśl wężowe spojrzeniem skutecznie napawał strachem rozmawiające z nią osoby. – Nie powinno cię tu być. Czyż nie wyraziłam się jasno, zakazując ci wstępu do moich komnat?
- Tak, ale…
- Natychmiast wyjdź.
- Ojciec kazał mi coś przekazać – wyrzuciła z siebie pospiesznie, rozumiejąc, że nie wskóra niczego w inny sposób.
Kobieta zmrużyła oczy i przyglądała się Rumeysie, jak gdyby zastanawiała się, czy to wystarczający powód, by dopuścić córkę do głosu. Po kilkunastu sekundach kiwnęła głową i powróciła spojrzeniem do czegoś za oknem.
- Ojciec wyjeżdża i nie będzie go na jutrzejszym obiedzie. Życzy sobie, byśmy zjedli dziś wspólną kolację – powiedziała, czując, jak od środka zalewa ją smutek, a wnętrze ust staje się gorzkie.
Shahiyena ponownie kiwnęła głową.
- Czy to wszystko?
- Nie. – Rumeysa czuła, że brakuje jej oddechu w piersiach. – Kazał przekazać, że… - Czuła, jak załamuje się cała jej wola, jaka dotąd uchodziła za silną. – Życzy sobie, aby Elijah również był obecny.
Dziewczyna widziała, jak wyraz twarzy jej matki gwałtownie zmienia się ze zniesmaczonego na gniewny. Rodzicielka wbiła w nią spojrzenie, jakiego nie powstydziłaby się sama Meduza. W istocie, Shahiyena przypominała nieco wężowatych ludzi, lecz w tamtym momencie mogłaby pozować jako ucieleśnienie nienawiści i zemsty.
Rumeysa miała ochotę uciec przed złością matki, ale spodziewała się, że po prostu dane jej będzie przyjąć cały ten gniew na siebie. Wtem wydarzyło się coś, co musiało powstrzymać nawet coś tak straszliwego i niezłomnego, jak lady Shahiyena. Jedne z bogato zdobionych drzwi otworzyły się od środka, przepuszczając majestatyczne promienie popołudniowego słońca, w jakich skąpany był pokój. Rumeysa miała nadzieję, że to ktoś ze służby, kto być może odwróci uwagę jej matki. Zdziwiło ją, gdy z początku nie dostrzegła nikogo w drzwiach. Wówczas zniżyła nieco wzrok, a jej oczom ukazało się dziecko o tak uroczym wyrazie twarzy, że nagle cały ten lęk przed gniewem Shahiyeny zdał się zaledwie drobnostką przy sposobności dostrzeżenia czegoś tak ślicznego i niewinnego zarazem. Dziewczyna wielokrotnie odczuwała głuchą złość względem swojego brata, bo czuła, że to przez niego straciła matkę raz na zawsze. Jednak w tamtej chwili wszystkie negatywne emocje żywione względem chłopczyka wydawały jej się niepoprawne, nieodpowiednie. Było jej wstyd, że kiedykolwiek pomyślała o nim źle.
Elijah wpatrywał się przez krótki moment w Shahiyenę, po czym jego wzrok przesunął się na Rumeysę. Dziewczyna odczuła coś dziwnego, gdy napotkała spojrzenie małego braciszka. Jego oczy były urokliwe, jak zresztą on cały, a jego oblicze promienne i roztapiające najtwardsze serca. A jednak w głębi duszy Rumeysa poczuła smutek. Zamrugała, chcąc się upewnić, czy dziecko nie jest przygnębione. Lecz nadal widziała jego prześliczną, może nieco zdumioną buzię. Zaś gdzieś w jej głowie kotłowały się dziwne myśli. Przypomniała sobie, jak parę dni temu za stajnią zobaczyła martwego szczura. Zwierzę było w stanie rozkładu, a jego wnętrzności wyżerało obrzydliwe robactwo. Co gorsza, szczur był jedzony także przez okoliczne koty. Równie obrzydliwe, jak padlina – wychudzone, z chorobami skóry, z ropiejącymi ślepiami. Dziewczynę przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Starała się wyrzucić ten okropny widok z pamięci. „Dlaczego powrócił akurat teraz?”
Tymczasem chłopiec uniósł paluszek i wskazał nim na Rumeysę.
- Mamusiu, a kto to jest? – zapytał tak uroczym głosikiem, jakiego dziewczyna nigdy sobie nawet nie wyobraziła.
Rumeysa odkryła, że nie tylko na nią chłopiec ma duży wpływ. Oblicze lady Shahiyeny natychmiast złagodniało, a nawet stało się radosne i na tyle przyjazne, że można by ją w tamtej chwili podejrzewać o bycie dobrą matką. Kobieta energicznie obróciła się w stronę syna, protekcjonalnie podchodząc do niego i stając za nim. Pochyliła się i położyła dłonie na jego dziecięcych ramionkach.
- Ona jest twoją starszą siostrą, kwiatuszku – powiedziała miłym, dźwięcznym głosem. – Niestety, jest bardzo zajęta. – Wypowiadając te słowa, uniosła wzrok i korzystając z tego, że dziecko go nie widziało, utkwiła gniewne spojrzenie w córce. – Musimy wracać do środka.
Rumeysa odczuła, jak narasta w niej gniew. O wiele intensywniejszy, niż zazwyczaj. W jej głowie pojawiły się myśli, do jakich nigdy wcześniej się nie dopuściła. A to wszystko przez bezczelne kłamstwo matki. Nie liczyło się to, że nie znała tego dziecka. Ani to, że do niedawna odczuwała pasywną agresję na myśl o tym, iż gdzieś w komnatach w zachodniej części pałacu znajduje się jej brat, skupiający wokół siebie całą miłość matki. Teraz liczyło się już tylko to, że jako rodzeństwo mogli się poznać. Zawsze znalazłby się na to czas. Nawet teraz, gdy Rumeysa ma naprawdę niewiele wolnych chwil.
Nie mogła pojąć, skąd wziął się ten nagły gniew do matki i uwielbienie względem braciszka, ale jakoś nie miała ochoty na tłumienie żadnego z odczuć. I wiele wskazywało na to, że dziecko również polubiło swoją siostrę, bo chłopiec najzwyczajniej w świecie wyrwał się spod dłoni matki i pobiegł ku nowo poznanej osobie. Z ust lady Shahiyeny wyrwał się stłumiony dźwięk zaskoczenia, a na jej twarzy wymalowała się najprawdziwsza matczyna boleść. Czyżby jej wieloletnie starania miały właśnie pójść na marne?
Chłopiec zatrzymał się tuż przed zdziwioną siostrą, która w geście zdumienia uniosła nieco ręce, ale nie cofnęła się. Nie zwracała uwagi na matkę. Jej brat również, bo w swojej dziecięcej niewinności objął ją drobnymi rączkami. Rumeysa powiedziała ciche „ojej”, po czym zaśmiała się krótko. Przytuliła braciszka, by chwilę później nieco go odsunąć. Przyklęknęła naprzeciwko niego tak, by zrównać się z nim na wysokości spojrzenia.
- Wystarczy. – Rozbrzmiał podenerwowany głos matki. – Rumeysa, wracaj do swoich zajęć.
- Cześć, mały – przywitała się pogodnie, patrząc mu prosto w oczy i ukradkiem poprawiając szykowną suknię krępującą jej kolana w tej pozycji. – Ty jesteś Elijah, prawda? A ja Rumeysa Zora. Gdybyś chciał się pobawić… - mówiła, ale w tej właśnie chwili ich interakcja została przerwana przez rozeźloną rodzicielkę.
- Dość tego. – Kobieta wkroczyła niemalże pomiędzy nich i odepchnęła córkę, która ze względu na ograniczające ruchy ubranie zachwiała się i musiała podeprzeć ręką, by nie wylądować na plecach na podłodze. – Nie będę ignorowana. – Schyliła się i chwyciła za ramię Elijaha, łagodnie acz stanowczo ciągnąc go do pokoju.
Rumeysa wydała z siebie niekontrolowane westchnienie złości, podnosząc się do pozycji prostej, a salon wypełniło szlochanie zasmuconego chłopca, który właśnie tracił jedyną w swoim życiu okazję do pobawienia się z kimś.
- Elijah! – krzyknęła kobieta, próbując przywołać swoje ukochane dziecię do rozsądku. – Czyżbyś zapomniał o wszystkim, co ci tłumaczyłam? – W jej tonie pobrzmiewała desperacja.
- Co mu tłumaczyłaś, matko? Że nie może widywać się z własną siostrą? Zdaje się, że w ogóle nie wiedział o moim istnieniu. – Wtrąciła się Zora, czując nagły przypływ odwagi na myśl o tym, że ten malec znowu zostanie zamknięty w pokoju przez jakąś fanatyczkę.
Rozszlochany chłopiec spoglądał na matkę wzrokiem zbitego szczenięcia, a w jego oczach było widać błagalną prośbę zezwolenia mu na zabawę z siostrą. Lady Shahiyena jednak w tamtej chwili nie była skupiona na synu, a na córce, która ośmieliła się podważać jej rozkazy. Kobieta puściła dziecko i podeszła do Rumeysy, a Elijah podążał za nią wzrokiem.
- Ośmielasz się podważać MOJE metody wychowawcze? Śmiesz sądzić, że robię to dla WŁASNEGO dobra? Co ty i twój ojciec możecie wiedzieć o życiu, wyjaśnij mi? A o ile dobrze mi wiadomo, zdecydowałaś się pójść w jego ślady. – Głos kobiety wyraźnie sugerował, że dziewczyna przekroczyła dopuszczalną granicę.
Rumeysa również to czuła, ale duma nie pozwalała jej wycofać się w takim momencie.
- Wiedziałaś, że wychodzisz za Inkwizytora, matko – powiedziała z lekkim roztrzęsieniem, ale też z pewnością.
Kiedy tylko wygłosiła to, co miała do powiedzenia, wściekła matka wymierzyła jej bolesny policzek. Siła uderzenia zmusiła dziewczynę do cofnięcia się o krok. Odruchowo podniosła dłoń do piekącej twarzy. Miała ochotę zatkać też uszy, bo połowę rezydencji wypełnił ogłuszający wrzask rozpłakanego Elijaha, który bardzo nie lubił, jak jego matka się z kimś kłóciła, a na pewno nie był przygotowany na taką scenę.
Najbardziej oddalone drzwi w głębi salonu otworzyły się niemalże z hukiem, a ze skromnie urządzonego pomieszczenia wybiegło pospiesznie kilka kobiet.
- Lady Shahiyeno, czy coś się stało? – zapytała jedna z nich, rozgorączkowana, zupełnie ignorując obecność Rumeysy.
- Czy pan Elijah jest ranny?
- Czy to jakiś atak?
Jedna przez drugą zadawały pytania, starając się ustalić przyczynę dziecięcego napadu płaczu, a Zora obserwowała własną matkę, która wydawała się kompletnie nieprzygotowana na tę sytuację i tym samym całkowicie rozbita. Dziewczyna miała ochotę podbiec do brata, podnieść go i przytulić – nie wątpiła w to, że by go uniosła, bo wyglądał na o wiele lżejszego od ciężarów, jakie już niejednokrotnie dźwigała – lecz z orszakiem specjalnej służby oraz rodzicielką w pobliżu nie podejrzewała, że jej się to uda.
- Nie – wykrztusiła w końcu arystokratka. – Odejść. – Szybko wyminęła płaczącego syna, by nieco szerzej otworzyć drzwi jego pokoju i pociągnęła go do środka. – Przygotujcie moje szaty wieczorowe.
Po czym zatrzasnęła wrota zamykające przejście pomiędzy jej światem – światem matki i izolowanego syna – a światem, jaki znała Zora. Zanim drzwi się zamknęły, dziewczyna z konsternacją oglądała, jak Shahiyena z trudem przytrzymuje krzyczącego i wyrywającego się Elijaha. Chciała coś zrobić, ale przeczuwała, że będzie musiała jeszcze poczekać. Przyzwyczaiła się do cierpliwości, lecz tym razem zwlekanie wierciło jej dziurę w brzuchu. Co nie znaczyło, że w jej głowie nie pojawił się pewien pomysł.
Służące lady dworu ze zmartwieniem zapatrywały się w zamknięte już chwilę temu drzwi, zza których nadal dobiegał płacz dziecka. Rumeysa westchnęła i odwróciła się, żeby wyjść, chociaż dręczyło ją wrażenie, iż w tym salonie zostawia swoją własną duszę.
- A co pani tu robi? – Usłyszała zza pleców, kiedy już otwierała drzwi.
- Wychodzę. Nie widać? – rzuciła kąśliwie, nawet się nie odwracając.
Nie czuła potrzeby bycia uprzejmą wobec służących swojej matki. Wiedziała, że to nie czyni z niej eleganckiej damy, ale uważała, że skoro te panie nie starają się zachować wymaganych uprzejmości wobec niej – córki lorda Mortema – to ona tym bardziej nie powinna się dla nich wysilać.

środa, 12 czerwca 2019

Od Xarena do Miry - Nostalgię czas zacząć...

„Strasznie tu cicho jak na las obfitujący w jadalne owoce oraz pełen zwierzyny” – pomyślał sobie Xaren siedząc oparty o drzewo w głębi lasu. Przeszukując swoje kieszenie w poszukiwaniu jakiś drobnych, dostrzega niewiastę, która najwyraźniej miała problem z zapełnieniem koszy żywnością. Od razu zerwał się na równe nogi i pobiegł bezszelestnie w stronę rozmieszczonych wcześniej pułapek. Dezaktywował magiczne kręgi jeden po drugim by tylko ta dziewczyna była cała i zdrowa. Po usunięciu ostatniego kręgu napełnił pojemnik, który miał w podręcznym bagażu owocami i starał się wyczuć, gdzie niewiasta mogła mu uciec. Dostrzegł ją niedaleko krzewu. Była cala brudna od ziemi, z której usilnie próbowała wyrwać dziwnego rodzaju roślinę. Chłopak podszedł do niej i rozpoczął konwersację. Dziewczyna z początku bardzo się go bała, ale pomimo to przyjęła od niego podarunek i wsypała owoce z pojemnika do koszyka. Gdy ich drogi się rozeszły, Xaren poczuł, że coś jest z nią nie tak i potwierdził to ujrzawszy siniaki na jej ramionach oraz w okolicy goleni. „Była bita… zapewne i katowana… tylko kto mógł się tego dopuścić. Nie wyglądała na inkwizytorkę, ale to nie są rany zadane przez nich. Oni uwielbiają się pastwić nad ofiarami, ale raczej rzadko zdarza się by taka osoba uchodziła z tego cało” – Rozmyślał Xaren. Opuszczając las, chłopiec dostrzegł miasteczko oddalone dobre kilka godzin od jego aktualnej pozycji. „No cóż wypadałoby coś zjeść i się rozejrzeć za pracą. To miasto jest raczej wolne od inkwizycji więc nic mi nie grozi” – zapewniał siebie w głębi duszy młody mężczyzna. Podróż odbyta bez większego problemu zaczęła nużyć młodzieńca, dlatego postanowił zmienić drogę i wstąpić do okolicznych domostw znajdujących się poza miasteczkiem. „Dobrzy byłoby się przespać i odświeżyć zanim ruszę na targowy szał cenowy” – uśmiechnął się sam do siebie Xaren. Zapukał do drzwi starszego faceta, zamieszkującego dom z młodszą od siebie żoną i dwójką dzieci. „Przepraszam Pana czy jest może u państwa miejsce dla zmęczonego podróżnika?” – zapytał się mając nadzieję na usłyszenie odpowiedzi pozytywnej. Próby konwersacji jednak na nic się zdały, ponieważ facet traktował swoje domostwo jak własną dusze. To on i tylko on mógł decydować tam o wszystkim. Siadając bezradnie na ławce chłopiec dostrzega jak ten starszy człowiek karmi w swojej ogromnej zagrodzie krowy… „Zaraz zaraz, to są byki… żadna krowa nie ma przecież takich rogów” – chwycił się za głowę i zastanawiał co z nim nie tak. Po jakiś 5 minutach usłyszał hałas dochodzący właśnie zza tego ogrodzenia. Zauważył tego samego faceta, którego jeszcze kilka minut temu prosił o schronienie, bijącego i znęcającego się nad dziewczyną, którą miał przyjemność poznać w lesie. Próba krzyczenia, że zaraz facetowi przemówi do rozsądku jak nie przestanie nie zdała się na nic. Jedyne co usłyszał w odpowiedzi na swoją reakcję to śmiech mężczyzny. Wtedy chłopak nie wytrzymał wskoczył przez ogrodzenie i zablokował kolejny cios pasem wymierzonym w bogu ducha winną istotkę.
„Dlaczego to robisz. Do tego jeszcze własnemu dziecku? Zastanów się czy chciałbyś by Ciebie tak ojciec traktował” – wycedził mu prosto w twarz młodzieniec. Wtedy właśnie usłyszał jak mężczyzna spokojnym głosem opowiada jak to jego ojciec, a później ojczym lali go niemiłosiernie i że jemu akurat nikt nigdy nie pomagał. Chłopak nie wytrzymał i dobył rękojeści sztyletu. Chociaż były one tylko pamiątką i nie walczył nimi nigdy wcześniej, użył ich jako straszak na niewdzięcznego starca. Gdy doszło do szarpaniny młodzieniec opuścił sztylet i zaczął bić się na pięści z starcem. Było mu ciężko, gdyż co po chwilę starali się ich rozdzielić, jednak na próżno. Kolejne Ciosy dosięgały zarówno twarzy Xarena jak i starca. Podczas bójki Xaren umieścił kilka pieczęci i wysadzając przez przypadek bramę otworzył klatki byków, a one nie czekając na kolejną okazję wybiegły i zaczęły taranować wszystko na swojej drodze. By uratować całą sytuację chwycił sztylet, leżący na ziemi i schował do pochwy przytwierdzonej na plecach. Biegnąc za stadem, które już taranowało całą okoliczną przestrzeń wlecieli do miasteczka… Gdzie zarówno ludzie uciekali przed bykami i odwrotnie. „Prawdziwa kwintesencja równości” – zaśmiał się pomimo beznadziejnej sytuacji Xaren. Dostrzegł biedną dziewczynę z jedzeniem w ręku, kucającą na drodze tych bezwzględnych bestii. Młodzieńcowi udało się jednak opracować plan i zatrzymać byki przed bezpośrednią konfrontacją z tajemniczą dziewczyną. Zablokował on ucieczkę jak i dalszy bieg byków dzięki ustawieniu i wysadzeniu beczek z olejem zwierzęcym za pomocą magii kręgu. Dostrzegł jednak, że speszona dziewczyna uciekła dalej w boczną uliczkę.
„No cóż będę musiał pobawić się z nią w kotka i myszkę zanim dowiem się o niej czegoś więcej – uradowany całą sytuacją, biegł i rozglądał się szukając tropów i krzycząc za nią bez przerwy…
Jednak na próżno się to zdawało. Dziewczyna zniknęła mu z pola widzenia i nawet nie mógł jej wyczuć z powodu jej mało charakterystycznego perfumu. Jednak nie przerywał poszukiwań i szukał dalej, swojej nowej znajomej…

< Twoja kolej Gepardzio :3 jak miło znowu móc z tobą pisać <3 >

wtorek, 11 czerwca 2019

Nowa Postać - Rumeysa Mortem

✰ Rumeysa || 13 lat || Człowiek ✰
"Rumeysa urodziła się jako pierwsze dziecko lorda Aleksandra Mortema, wybitnego inkwizytora, cztery lata po jego hucznych zaślubinach z lady Shahiyeną. Stała się znamienitym zwieńczeniem związku, jaki z wielu powodów w oczach społeczeństwa miał uchodzić za idealny. Jednak nic nie było idealne. Lord Mortem pragnął syna, który w przyszłości poszedłby w jego ślady i zapewnił mu dumę. Powierzył wychowanie córki egzotycznej wybrance, podczas gdy on odbywał wielotygodniowe wyprawy i piął się w hierarchii królewskiej. Dziewczyna nie pamięta tych czasów, ale z opowieści służących wywnioskowała, że już wtedy matka nie chciała się nią zajmować. To kucharka słyszała, jak Rumeysa wypowiada pierwsze słowo. Sprzątaczki uczyły ją stawiać pierwsze kroki. Zaś ogrodnicy opowiadali jej bajki o cudownych oraz przeklętych stworzeniach. Z braku opieki, dziewczynka od maleńkości wymykała się na dwór i przebywała tam całymi dniami, niejednokrotnie wracając do domu z otarciami i siniakami. Chętnie pomagała służbie w codziennych zajęciach, ponieważ nauczyła się postrzegać ich jako rodzinę, a nie niewolników – w przeciwieństwie do jej rodziców. Nawet dzisiaj nie lubi być obsługiwana i czuje się bardzo niezręcznie, gdy ludzie, którzy ją wychowali, zwracają się do niej per „pani”. Rumeysa może i miałaby szansę na zbliżenie się do rodzicielki, gdyby nie fakt, że Shahiyena ponownie wydała na świat potomstwo, kiedy dziewczynka miała zaledwie sześć lat. Akurat wtedy dane jej było przystąpić do nauki kaligrafii, dyktowania i retoryki. Bała się, iż nie będzie mieć już nigdy czasu na bieganie po ogrodach, pomaganie w stajni, czy podkradanie owoców z sadu (które i tak należały do niej, ale skradanie się należało od zawsze do jej ulubionych zajęć), lecz o wiele bardziej cieszyła ją myśl, że w końcu pozna swoją matkę. Zgodnie z regułami dworskimi, wyedukowana matka udziela niezbędnych lekcji swojej córce. Jakże żałośnie smutne było oblicze Rumeysy, gdy oglądała zza uchylonych drzwi własną matkę przechadzającą się po pokoju z cichutko szlochającym zawiniątkiem. To wtedy po raz pierwszy usłyszała, jak matka śpiewa. Bowiem Shahiyena chętnie nuciła kołysanki swemu nowonarodzonemu synkowi, Elijahowi, chętnie do niego mówiła, a na jej twarzy gościł wówczas promienny uśmiech i zachwyt, jakim nigdy nie obdarzyła córki. [...]"

Nowa Postać - Xaren Idealo

✰ Xaren || Wiek niezn. || Spaczony ✰
"Na początku drogi swojego życia był małym chłopcem, zamieszkującym przedmieścia Królestwa Mue’Casta. Już w wieku 4 lat chciał być kimś wielkim. Uczyć się i stać się osobą, która zakończy to co zaczęło się wieki temu. Jego rodzice, wspaniała i nienagannie urodziwa mama, którą kochał nad życie oraz surowy, lecz opiekuńczy i kochający ojciec zawsze tłumaczyli mu sumiennie, że różnice rasowe nie mają najmniejszego znaczenia… że tak naprawę liczy się wnętrze istoty i jej pragnienia, cele w życiu. Te idealistyczne podejście do życia sprawiło, że mały chłopiec dostrzegał zło w aniołach oraz dobro w demonach. Widział bardzo wiele, ponieważ wraz z rodzicami chodził na parady inkwizycji. Celem ich uczestnictwa nie było triumfalne wznoszenie toastu za kolejnych zamordowanych nadprzyrodzonych, lecz oddanie im pewnego rodzaju szacunku i współczucia, że musieli się urodzić w świecie takim jak ten. Pomimo swojego podejścia do sprawy nie mieli wrogów wśród społeczeństwa, które zamieszkuje stolicę, Serce Wielkiej Inkwizycji. Wszystko jednak obróciło się o 180% w jedną noc, gdy do ich domu zawitał nieproszony gość. W poszarpanych szatach, goniony przez oprawców prosił Pana domu o to by schował go gdziekolwiek i że mu się odwdzięczy jak tylko nadejdzie na to pora. [...]"

Od Miry - Nostalgię czas zacząć

"Nigdy bym nie pomyślała, że ten rozdział podróży tak szybko się skończy"- pomyślała Mira, gdy machała do Tenge, która także jej odmachiwała już z daleka. A jeszcze kilka dni wcześniej razem przeżywały niezłą akcję z Isarionem, który też z resztą musiał odejść w całkiem inną stronę. A jakieś 10 minut wcześniej Mira nie chciała puścić nogi Tenge, bo była załamana, że ta musi odejść.
Mira mimo smutku była trochę przyzwyczajona do samotnej podróży, jednak nie była przygotowana na taką sytuację. Tenge została natychmiast wezwana w pewne odległe miejsce, niestety sama, ponieważ to jakaś sprawa tajna, na pewno niemałej wagi. Zmiennokształtna nadal patrzyła na oddalającą się sylwetkę przyjaciółki, trzymając w dłoni niewielkie drewienko, takie otwierane, w którym był wspólny portret Miry i Tenge, który dostały, gdy spotkały na polnej drodze ulicznego rysownika.
Gdy sylwetka zniknęła za pagórkiem, a jednocześnie horyzontem razem z oddziałem kruków, które radośnie skrzeczały na pożegnanie, Mira zmarszczyła brwi i westchnęła. Otworzyła drewienko, które było jak okładka książki bez kartek w środku i zobaczyła sobie jeszcze raz na rysunek, zanim schowała go w swoim torbo plecaku.
- No cóż - westchnęła, zawiązując plecak - czas iść coś wszamać.
Mimo co jakiś czas poburkującego żołądka, myśli Miry nie odbiegały ani trochę od wcześniejszych przeżyć. Mimo, że niektóre ucieczki sprawiały, że jej włosy jeżyły się na głowie, to i tak bardzo miło wspominała czas z krukowatą kobitą.
Jej nostalgię przerwał nagły, mega słodki zapach jakiegoś dziwnego sosu, któego jeszcze wcześniej nigdy nie spotkała. To oznaczało, że miasteczko już blisko, a gdzie miasteczko- tam żarcie. Podbiegła więc za krzaki a przed jej oczami wyrosły kamienno drewniane chałupy. Uradowana zaczęła więc dreptać w obszar karczmowo- targowy.
Gdy tak chodziła i zachwycała się wyglądem i zapachami różnorodnego jedzenia, nagle zobaczyła, jak niektórzy ludzie wbiegają do swoich (lub nie) domów, inni wyglądają z okna pobliskiej jadłodajni, a jeszcze inni po prostu się patrzą. Mira także spojrzała w miejsce zamieszki, gdzie zobaczyła na serio jakąś zamieszkę, ale to typowe, także strażników nikt nawet nie wzywał, o ile tutaj jacyś są. Mira, wykorzystując całą sytuację, od razu chapnęła bagiete, a z innego kramiku łapnęła gruszkę, a jeszcze z jednego obok jakiegoś zdechłego, chudego kurczaka, obskubanego z piór. Po tym natychmiast skoczyła w jedną z wąskich uliczek i biegła tak z buta jeszcze chwilkę upewniając się, że nikt za nią nie podąża. Odetchnęła z ulgą, gdy się obejrzała, po czym przykucnęła za jakąś beczką, by schować zdobycze do plecaka.
- Pam, param pam... - uśmiechając się i nucąc, wstała na równe nogi, ale w oddali usłyszała, jakby jakieś stado biegło w stronę, gdzie ona się znajduje. Odwróciła głowę w prawo i nagle zbledła z przerażenia. Stado ludzi biegło chyba jakiś maraton, bo zapierniczali tak, aż się ziemia trzęsła. U Miry od razu pojawiła się myśl: "Ja piernicze. To wszystko przez te głupie bagiety", następnie wzięła nogi za pas, i skręciła w jakąś alejkę, by później wyskoczyć na jeden z dachów.
Siedząc tak z oczami jak u gołębia, dostrzegła, że stado ludzi przed czymś ucieka. Wyjrzała więc bardziej znad ściany, by zobaczyć mniejsze stado młodych byków pędzących tak, że sie kurzy. Dostrzegła także, że za tym całym stadem biegnie jeszcze jedna postać, ale niestety Mira nie miała aż tak perfekcyjnego wzroku, aby dostrzec dokładnie kto to. Do tego nad ziemią unosiła się dosyć spora chmura dymu przez oba stada...

<Tajemnicza postacio? I mean Łuki>

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Nowa Postać - Elijah Mortem

✰ Elijah || 7 lat || Maldykantur ✰
"Można by rzec, że ten mały siedmioletni chłopiec tak naprawdę nie posiada swojej własnej, wykreowanej przez los historii, a to wszystko za sprawą matki, która nadmiernie się nim opiekowała wręcz nie spuszczając go z oczu, nigdzie nie wychodził, służba przynosiła wszelakie rzeczy do komnaty jego i matki. Oderwany on normalnego życia stał się nieco introwertyczny, a momentami nawet milkł na kilka minut. W końcu o czym ma rozmawiać skoro jedyny widok jaki ma na świat to ten za okna. Wszelakie tematy poruszane przez jego rodzicielkę stały się nudne, miał w pamięci wyuczone odpowiedzi. Zaczął się zastanawiać dlaczego właściwie jest trzymany w jednym pomieszczeniu pod ścisłą ochroną. Czyżby był chory? A może to inni są jacyś spaczeni? Niestety te myśli kiełkowały coraz bardziej pobudzając w chłopcu niesmak do rasy ludzkiej. Od głosów za ściany – wywnioskował, że to ojciec, dowiedział się, że ma siostrę, starszą siostrę. Tak bardzo chciał się z nią pobawić, zaznać chociaż trochę normalności, ale matka zawsze stała na przeszkodzie, rujnując każdą próbę ucieczki. Tak więc do tej pory wyglądało jego życie…"

sobota, 8 czerwca 2019

Od Chavaca do Naliaki - Bo do kąpieli trzeba dwojga

- W pewnym okresie mojego życia zdarzało się dosyć często, jednak nie zdarzało mi się omdlewać. Przyszło to dopiero wraz z wiekiem. Kiedy czułem, że to już ten czas starałem się jak najszybciej znaleźć najbardziej odległe zakamarki jaskini by w razie dłuższej „nieobecności” Inkwizycja mnie nie dopadła. Skromnie mówiąc, nie sądzę by chcieli mnie zabić, jestem im zbyt potrzebny. Wiem to czego oni nie wiedzą, a szczególnie zależy im na moim dzienniku. Ale odpowiadając na pytanie, nie zdarza się to nazbyt często. – spojrzał na nią niepewnie.
Naliaka powoli przebierała nogami, idąc ku rzece, kiedy Chavac jej odpowiadał. Głowę miała uniesioną do góry, ale jej spojrzenie gubiło się gdzieś w koronach drzew, widać, że zamyśliła się nad czymś. Gdy skończył mówić, jeszcze kilka sekund milczała, po czym zaczerpnęła oddechu i otworzyła usta, bo widocznie chciała coś powiedzieć, ale jej czółko się zmarszczyło i z powrotem je zamknęła. Popatrzyła na Chavaca, który podnosił się z ziemi, zmierzyła go wzrokiem. Jej oczy przeobraziły się w te wężowe. Po czym znowu odwróciła głowę, tym razem gapiąc się w wodę, bo stanęła przy brzegu. Była skupiona i wyraźnie niezadowolona. Mężczyzna powoli zbliżył się do niej nie wykonując przy okazji żadnych gwałtownych ruchów, bo wiedział jak to się może dla niego skończyć. Nie zamierzał znowu tracić czasu tylko po to by zgubić ociężałe cielsko wężowej kobiety w lesie. Westchnął cicho spoglądając na kobietę, która wpatrywała się w taflę płynącej rzeki. Dlaczego akurat jak wszystko już mu się układało pojawiła się ona? Kobiety zawsze coś rujnowały, były kruche i to zawsze mężczyźni musieli je bronić. Ukucnął przy brzegu i niepewnie włożył dłoń pod wodę. Była chłodna, ale przyjemna. Nigdy tak naprawdę nie spędzał dużo czasu w tym miejscu. Było to bowiem miejsce, które jeszcze dość niedawno namiętnie przeszukiwała inkwizycja. Przymknął powieki a przed jego oczyma pojawił się jego ojciec z biczem w ręku. Śmiał się. Chavac momentalnie otworzył oczy i w przypływie chwilowego strachu wpadł do wody pociągając przypadkiem za sobą biedną blondwłosą dziewczynę.
- Poradziłabym sobie - burknęła, odruchowo kuląc ramiona zupełnie tak, jakby jej było zimno. Nie miało to jednak związku z uczuciem chłodu. - Ja... - Zacięła się i stała tak skulona, patrząc w ziemię szeroko otwartymi oczami, mogła się wydawać niespełna rozumu, co niewiele odbiegałoby od prawdy. - Nie lubię, jak mnie ktoś dotyka. – Powtórzyła.
Chavac zorientował się, że dziewczyna musiała przeżyć w życiu coś naprawdę okropnego, ale nie chciał jej o to pytać. To nie była jego sprawa. On sam niezbyt lubił rozmawiać o swojej przeszłości. Na samą myśl o tym wszystkim jego ręce automatycznie zacisnęły się na sztyletach, zaczął ciężko oddychać. Przypomniał sobie o tym jak traktowało go rodzeństwo, w jaki sposób się nad nim znęcali, aż w końcu przed nim pojawił się obraz jego brata, któremu osobiście wepchnął pukiel włosów z haczykiem do gardła. Tkwił tak w miejscu jeszcze przez chwile po czym jego ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała. Kobieta uniosła wzrok.
- Przykro mi, że tak bardzo cię drażnię - rzuciła z wymuszoną ironią, ale jej głos był zbyt niski i zduszony, by nie było słychać, że tylko próbuje ukryć zdruzgotane samopoczucie. Gdzieś w głębi naprawdę było jej przykro, że nie podziękowała za pomoc tak, jak powinna uczynić młoda dama. - Ale i tak miałam już stąd iść. Ty masz swój las i inkwizycję, ja mam pustynię... - wymamrotała.
Kąciki jej ust opadły w dół. Chciało jej się płakać na samo wspomnienie pustyni. Była sucha i, jak sama nazwa wskazuje, pusta. Nie było tam kwiatów i ptaków, do których tak bardzo przyzwyczaiła się od małego. Nigdy nie poczuła się częścią plemienia Teyc'an. Inni wężowaci również postrzegali ją raczej jako dalszą krewną, a nie siostrę. Nie chciała tam wracać, ale nie miała też drogi powrotu do dawnego życia. Nie przynależała więc nigdzie.
- Nalia… - przerwał nie wiedząc czy może sobie pozwolić na wymówienie jej imienia. – Słuchaj, to…znaczy ja…nie chciałem byś poczuła się źle. Nie kontroluję do końca tego co robię w przypływie tak silnych emocji…bo widzisz, ja…to wcale nie tak, że się na Ciebie gniewam bo nie podziękowałaś, po prostu coś mi się przypomniało, coś związanego z moją przeszłością… - westchnął ciężko. Przybił go nieco fakt, że w końcu poznał kogoś kogo nie zabił w przeciągu kolejnych kilku minut a ta osoba już mu ucieka. Naliaka uniosła wzrok. W jej oczach nie było zaskoczenia, tylko jakiś dziwny blask. Źrenice z wężowych przeobraziły się w ludzkie, szerokie. Dziewczyna nie wiedziała, co powiedzieć. Po raz pierwszy od wielu lat ktoś był dla niej miły. Jasne, plemię na pustyni również wyciągnęło do niej pomocną dłoń, ale Naliaka nigdy nie powiedziałaby, że są przyjaźni. Irytował ją brak manier i uprzejmości panujący u Teyc'anów, ale ukrywała to i próbowała wtopić się w tłum. Bezskutecznie. Potrafiła być agresywna, ale nigdy nie zbliżyła się do naturalności zwyczajów wężowatych urodzonych na pustyni. Oni o tym wiedzieli i ona również czuła, że pomiędzy nimi nie ma nici porozumienia.
Brakowało jej życia, do którego wiedziała, że już nie wróci. Dawno temu pogodziła się z faktem, że wszystkie ucieszne chwile spędzone z bratem - momenty wypełnione śmiechem, zabawą i miłymi słowami - były tylko iluzją. Jedną z tych, jakie mijają z czasem. Bowiem to czas był odpowiedzialny za osłabianie ludzkich emocji. Złości, smutku i niestety miłości także. Naliaka nie umiała myśleć o ludziach w inny sposób niż w ten, iż przemijają. Żałowała tylko, że ból wywoływany jej wspomnieniami nigdy nie chciał ustać.
Spoglądała na chłopaka smutnym wzrokiem, z tym dołującym przeświadczeniem, że należy odejść. Bo przecież wiedziała, że tak będzie lepiej i tak właśnie należy postąpić, kierując się nabytym doświadczeniem.
Pomyślała o bracie, o przeszłości, a także o przyszłości czekającej ją na pustyni. Uniosła drobne rączki i zaczęła się bawić palcami. Ponownie opuściła wzrok.
- Może powiesz mi, co się stało? - powiedziała głosem, który niejednego mógłby przerazić. Nie dlatego, że brzmiał ochryple lub ciężko, jak to zazwyczaj miało miejsce, gdy dziewczyna przeobrażała się w gorgonę. Dlatego, że po raz pierwszy od wielu lat Naliaka przemówiła swoim prawdziwym głosem. Dźwięcznym i delikatnym, przypominającym dziecięcy. - No bo... No bo ja nie wiem, jak się z tobą rozmawia - orzekła trochę tak, jakby była małą dziewczynką tłumaczącą dorosłemu swój nietakt.
- Ja…cóż, nie jestem pewny czy jest to historia, którą chciałabyś usłyszeć, ale jeśli to w jakiś sposób sprawi, że kolejna osoba mnie nie opuści to jestem w stanie się przemóc. – spojrzał na nią tym samym skrzywdzonym wzrokiem, którym kiedyś dawno temu obdarzył swoją ukochaną nianię podczas gdy ta przymuszona, wystawiła małego chłopca przed wielkie drzwi posiadłości i tam zostawiła. – Nazywam się, a właściwie nazywałem Vael Chavac. Zostałem wydziedziczony i nie wypada posługiwać mi się już tym nazwiskiem…poza tym czuję do niego urazę. Urodziłem się jako ósme dziecko mego…ojca. Nigdy nie poznałem matki, powiedziano mi, że niedługo po porodzie uciekła. Moje rodzeństwo z jakiegoś powodu mnie nienawidziło, byłem i jestem chory…może to im przeszkadzało. Jako dziecko niewiele rozumiałem, wszystko doszło do mnie dopiero wtedy kiedy zostałem tak po prostu wyrzucony za drzwi posiadłości. Ojciec powiedział, że nie chce widzieć w domu kogoś spaczonego taką chorobom. Dość długo błąkałem się po świecie, czasami znalazłem kogoś z kim zostawałem na dłużej, ale szybko to traciłem. Moje życie odmieniło się dopiero w momencie kiedy Inkwizycja pojmała mnie, niesłusznie oskarżając o zabójstwo staruszki u której pomieszkiwałem. Torturowano mnie, próbowano wymusić zeznania, których tak naprawdę nie miało prawo być bo w końcu nic jej nie zrobiłem. Ale… – tutaj na chwilę się zawiesił – W końcu udało mi się uciec. Nie pamiętam w jaki sposób. Trafiłem w pewne miejsce gdzie chęć przeżycia zmusiła mnie do podjęcia decyzji…albo zjem ludzkie mięso, albo umrę z głodu. Chciałem żyć, wiedząc, że za chwilę choroba i tak mnie wykończy, jednak tak się nie stało. Zauważyłem, że kiedy spożywam ludzi…moja choroba cofa swoje stadium. Od tamtej pory nałogowo żywię się ich mięsem, zabijam dla zabawy. Zamordowałem już siostrę i nieco bardziej okrutnie jednego z braci. Obiecałem sobie, że na tym świecie już niedługo nie będzie nikogo kto będzie nosił to spaczone nazwisko. – Mężczyzna ścisnął dłonie w pięści.

<Naliaka?>
Template by...